• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[22.09.1972] No mourners, no funerals

[22.09.1972] No mourners, no funerals
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#19
08.12.2025, 08:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.12.2025, 08:39 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine skinęła z powagą głową, jak gdyby obojętne machnięcie ręką Baldwina było decyzją, na jaką czekała. To jemu oddawała zawsze przywilej wygłaszania na głos modlitwy przed posiłkiem. Odkąd wszyscy zamieszkali razem w Necronomiconie, i zaczęli wspólnie wieczerzać, zdążyło im to więc wejść w nawyk. Modlitwa była zwykle krótka, bo nikt nie miał czasu na klepanie przydługich pacierzy, a i dziecięca cierpliwość Fridy nie była nieskończona. Chociaż słowa wypowiadanych nad stołem modlitw cechowała powtarzalność, codziennie towarzyszyła im zupełnie nowa intencja, którą mógł wybrać... Ktokolwiek. Baldwin. Scarlett. Lorraine. Alhazred. A nawet mała Frida. Życie w Necronomiconie było bardzo zrytualizowane, a jednak nie były to rytuały sztywne, narzucone jego mieszkańcom siłą. W ich powtarzalności i prostocie wydawali się odnajdywać spokój. Dlatego Lorraine dopiero na nieme przyzwolenie Baldwina zasiadła za stołem, rozpoczynając tym samym ucztę.

Gdy Flint snuł swoją opowieść, na nim skupiona była pełnia uwagi Lorraine. Widać było, że wsłuchuje się z przejęciem w jego słowa... Nie przeszkadzało to jej jednak zerknąć od czasu do czasu na Fridę, przytulającą się do siedzącej obok Maeve. Mrugnąć do Abigail, i do Stanleya, który wciąż jeszcze nie zdjął skleconej przez nią na drutach czapki i szalika. Głos Flinta był jednak na tyle absorbującym, że w końcu spuściła oczy na podołek, od niechcenia bawiąc się tkwiącym na palcu rodowym pierścionkiem. Obracała go w rytmie swych oddechów, a oddychać wydawała się w rytmie morskich pływów, które decydowały o kursie żeglarza. O kierunku jego opowieści. Zanurzyła się w niej, westchnąwszy lekko dopiero wtedy, gdy Flint zaczął zbliżać się do konkluzji. Jak rozbitek wyrzucony na brzeg, którego ciało nagle przypomina sobie, że należy nabrać powietrza. "Byłem pierwszym i ostatnim, który nic od niego nie chciał..." Lorraine odwróciła głowę w stronę Peregrinusa, jak gdyby chciała mu coś powiedzieć, a może po prostu zobaczyć, co odbija się we wszystkowiedzących oczach jasnowidza, ale rozproszyło ją zamieszanie po przeciwnej stronie stołu. A konkretnie, Maeve, która niechcący oblała winem siebie i Fridę.

Rzut na percepcję. Czy Lorraine widziała, że Maeve zrobiła to specjalnie?
Rzut N 1d100 - 96
Sukces!

Tak... "Niechcący".

Normalnie zażartowałaby z pokrętną miną, "jaka szkoda, a tak długo zastanawiałaś się, w co się ubrać!", ale dzisiaj milczała. Tylko żywo błyszczące oczy zdradzały nieme przyzwolenie na konspirację ukochanej, gdy ta wstała od stołu, zgarniając ze sobą małą ghoulkę. A niechże ją przebiera, Lorraine nie miałaby nic przeciwko, tym bardziej jeżeli ktoś miał ją w tym wyręczyć... Bardzo dobrze szło jej jednak udawanie, że trzyma pozory dyscypliny, nie mogła przecież ulegać wszystkim dziecinnym zachciankom. Inaczej zapanowałby w Necronomiconie jeszcze większy chaos! Zabawnym było zresztą patrzenie, jak Frida uparcie klei się do Maeve, która do tylu dziecinnych czułości nie była nawykła. Siostry Chang od małego były w końcu hartowane, żeby opierać się wszelkiego rodzaju truciznom, ale miłość, będąca najsłodszą z nich, pozostawała słabością Maeve. Mojej słodkiej Maeve, pomyślała Lorraine, uśmiechając się w końcu pod nosem. Bo Maeve może i zalała Fridę winem, ale Frida zalała ją swoją miłością. Lorraine już zaczęła ćwiczyć w głowie zaskoczoną minę, jaką zrobi na widok odstrojonej córeczki.

Bez zawahania ujęła rękę Peregrinusa, gdy Dægberht rozpoczął modły. "Jeżeli ty nie wierzysz, ja muszę zatem wierzyć tym silniej", nie tak mu powiedziała? Zwłaszcza, że nie o wiarę tylko się dziś rozchodziło, a o bycie razem mimo wszystkiego, co ostatnio przeszli. Maeve nie było obok, a Stanley był trochę za daleko, by mogła się ku niemu nachylić, więc Lorraine wolną rękę oparła na klatce, w której siedział złapany przez Maeve szczur.

Też był przecież stworzeniem bożym.

Kiedyś Lorraine bała się myszy i szczurów. Pamiętała, jak nie spała przez kilka pierwszych nocy po przeprowadzce do Little Hangleton, bo przerażały ją popiskiwania na strychu. Walczące ze sobą gryzonie skrobały o podbitkę, kotłując się ze sobą agresywnie, a Lorraine chowała głowę pod kołdrę, starając się nie rozpłakać. "Był sobie król, był sobie paź, i była też królewna", śpiewała jej kiedyś piastunka, jedna z wielu kobiet, które przewinęły się przez dom, gdy Miranda jeszcze koncertowała: żadna z nich nie zabawiła w rezydencji Malfoyów długo, bo macosze nie podobało się, że wszystkie najmowane przez nią guwernantki prędzej czy później zaczynały Lorraine rozpieszczać. Zbyt łatwo ulegały jej wielkim oczom, niewinnej buźce cherubinka z barokowych obrazów. Cienkiemu głosikowi, który prosił grzecznie, aby przeczytać jeszcze jedną bajkę na dobranoc. "Króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła", tak kończyła się piosenka piastunki, a Lorraine podciągała kołdrę pod brodę niby w przestrachu, nieudolnie próbujac przesłonić drżące usteczka. Już wtedy wiedziała, że w ten sposób uda jej się dostać to, czego chciała. A chciała poznać zakończenie bajki dzisiaj, a nie jutro. Niechybnie rozpłakałaby się, gdyby musiała czekać do jutra... A przecież panienka nie mogła pójść spać zapłakana! Obudziłaby wtedy potem w środku nocy pana Malfoya, a pan Malfoy bardzo nie lubił być budzony, gdy odsypiał grzechy minionych dni. A gniewu nie wyładowałby przecież na ukochanej córeczce, tylko na służbie, która jej nie przypilnowała. "Zaśpiewaj mi jeszcze, zanim mamusia wróci do domu", kończyła po dziecinnemu prośbę Lorraine, sformułowaną poza tym niesłychanie formalnymi jak na czteroletnie dziecko słowy. "Przecież możesz powiedzieć, że odmawiałaś ze mną do późna pacierze, żeby mamusia była zdrowa". Już wtedy kłamała bez choćby mrugnięcia okiem. Ale to było białe kłamstwo, tata zawsze tak mówił, gdy kłamał, kłamstwo w słusznej sprawie nie było złym kłamstwem. A sprawa w ocenie Lorraine była słuszna, bo każdej bajce należało się porządne zakończenie, nieważne, czy szczęśliwe, czy nie. Guwernantka wzdychała więc ciężko, i śpiewała dalej. "Lecz żeby ci nie było żal, dziecino ukochana, z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana." Tyle dobrego, że skutecznie obrzydziła tym Lorraine słodycze, których Miranda i tak nie pozwalała jej nigdy jeść zbyt dużo.

Gdy szczury kotłowały się nad jej głową, na skromnym stryszku rozwalającej się chaty w Little Hangleton, Lorraine myślała o piosence swej piastunki. O bajkach, jakie opowiadał jej ojciec, o dopuszczającym się niegodziwości królu. Nawet wielka wieża, w której mieszkał, nie uchroniła go przed pożarciem przez myszy. Może więc niczym rezydencja pod Londynem nie różniła się od chaty w Little Hangleton. Może szczury przyszły ją zjeść, bo była niegodziwa, tak, jak powtarzała jej mama? Zasnęła cała zapłakana. Gdy obudziła się nad ranem, pomodliła się do Matki w podzięce za to, że nie została zjedzona. Może była tak niegodziwa, że nawet szczury nie chciały jej zjeść? A może po prostu nie była smaczna. Nie miała przecież żadnych łakoci, ani marcepanu, ani tym bardziej piernika. Nawet cukier został zużyty przez Mirandę na przetwory... Ale przyjacielska sąsiadka przyniosła im trochę miodu, którym Lorraine po kryjomu posmarowała suchy chleb. Pokruszyła go wkrótce na małe kawałeczki, i zostawiła przy jednej dziur w ścianach. Odkąd zaczęła razem z chłopakiem z sąsiedztwa, Cainem, podchodzić pod bramy cmentarza, gdzie szczurów było pełno, przestała się ich bać.

Po skończonej modlitwie zrobiła to samo, co lata temu. Sięgnęła po kromkę chleba, po czym zaczęła smarować ją miodem. Część pokruszyła, a okruchy również unurzała w miodzie, nie przejmując się klejącymi palcami. "Zachowując powagę, przysiadłem na ziemi, wyciągnąłem z pudełka chleb i naderwałem go", przypominała sobie opowieść Flinta. "I część zjadłem ja, a część pożarł cień góry Beinn Dòbhrain, co go zwano niegdyś Garmailtem". Wyciągnęła w stronę klatki stojącej na krześle Fridy talerzyk, na którym wznosił się stos chlebowych kuleczek. Takimi samymi kuleczkami oswoiła szczury na swym strychu. Nadała im nawet imiona, na które zaczęły reagować. Wszystkie pochodziły ze sztuk Szekspira, które czytywała bardzo namiętnie. Najgłośniej piszcząca szczurzyca otrzymała imię Katherine z "Poskromienia złośnicy". Największego psotnika Lorraine ochrzciła mianem Ariela, zaś stare, posiwiałe szczurzysko z naderwanym uchem zwało się Kalibanem.
Szczury niewiele różniły się od okolicznych kotów, łazęg, które Lorraine powoli przekonywała do siebie, oddając im własne jedzenie. A jednak zniechęcały do siebie ludzi, jak wszystkie szkodniki, bo przecież niszczyły mienie, psuły żywność, przenosiły choroby... Kotki mruczały, miały przeurocze kocięta i piękne pyszczki. Grzechem szczurów było być może to, że rodziły się brzydkie. Lorraine bała się ich dotykać, nawet wtedy, gdy gotowe były jeść jej z ręki. "Nie jesteśmy jak szczury, kochany", napisała niedawno w liście Baldwinowi, choć sama kupiła mu przecież dawno temu szczura na prezent z okazji Yule. Dawno już przestała się bać gryzoni, których na Nokturnie i Podziemnych Ścieżkach było pełno. Zaklinała je będąc dzieckiem jeszcze, chociaż nigdy nie traktowała żadnego jako domowego zwierzątka. A jednak... Zaczęła mruczeć pod nosem uspokajającą melodię, podsunąwszy ku zamkniętemu w klatce, spasionemu szczurowi, chlebową kulkę pod nos.

Czym flecista z Hameln różnił się od pianistki z Nokturnu?

– Tylko nie pijcie na pusty żołądek – rzuciła w stronę reszty towarzystwa, wciąż pogrążona w zamyśleniu, nie podnosząc oczu znad klatki, którą teraz trzymała na kolanach. Zjadłszy podany mu kawałek chleba, szczur z zaciekawieniem zaczął obwąchiwać palce, które Lorraine wsunęła na powrót między pręty.

"Jedyną rzeczą, o którą ich poprosiłem, była bowiem kromka chleba posmarowana miodem, co żem ją wpakował do pudełka i szedłem tak długo, aż nie spotkałem Garmailta..."

– Garmailt to chyba dobre imię – zwróciła się po cichu do szczura.


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baldwin Malfoy (1581), Bard Beedle (4115), Dægberht Flint (2005), Lorraine Malfoy (5169), Maeve Chang (1536), Peregrinus Trelawney (1784), Scarlett Mulciber (1898), Stanley Andrew Borgin (1644)




Wiadomości w tym wątku
[22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Lorraine Malfoy - 10.11.2025, 10:00
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Bard Beedle - 10.11.2025, 10:04
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Dægberht Flint - 14.11.2025, 17:49
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Scarlett Mulciber - 15.11.2025, 15:53
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Bard Beedle - 16.11.2025, 15:34
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Bard Beedle - 01.12.2025, 14:32
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Stanley Andrew Borgin - 16.11.2025, 16:55
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Peregrinus Trelawney - 16.11.2025, 21:30
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Maeve Chang - 16.11.2025, 22:31
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Bard Beedle - 17.11.2025, 09:04
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Baldwin Malfoy - 17.11.2025, 21:35
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Lorraine Malfoy - 19.11.2025, 20:58
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Scarlett Mulciber - 28.11.2025, 18:48
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Dægberht Flint - 28.11.2025, 21:01
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Maeve Chang - 30.11.2025, 00:31
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Stanley Andrew Borgin - 30.11.2025, 17:14
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Peregrinus Trelawney - 30.11.2025, 21:00
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Baldwin Malfoy - 02.12.2025, 10:02
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Lorraine Malfoy - 08.12.2025, 08:38
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Bard Beedle - 08.12.2025, 08:41
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Stanley Andrew Borgin - 15.12.2025, 22:20
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Scarlett Mulciber - 10.01.2026, 12:50
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Peregrinus Trelawney - 02.02.2026, 12:59
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Bard Beedle - 17.03.2026, 20:57
RE: [22.09.1972] No mourners, no funerals - przez Lorraine Malfoy - 17.03.2026, 20:57

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa