08.12.2025, 20:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.12.2025, 20:54 przez Stanley Andrew Borgin.)
Niby żył ale co z tego? Co to było za życie? Czy wieczna ucieczka, ukrywanie się i spoglądanie za siebie, aby upewnić się, że nikt ciebie nie goni, to było życie? Jeżeli ktoś uważał, że tak, cóż - wielce się mylił. Stanley też nie uważał tego za coś, co chciałby robić całe życie, ale jaki miał wybór? Żaden. Może trzeba było się wykrwawić aby mieć już święty spokój? Aby nie musieć dalej brać udziału w tym wszystkim? W tej wojnie, konflikcie czy całości zamieszania, która dotyczyła jego osoby? To było piękne rozwiązanie... ale nie dla Borgina. On nie był tchórzem i nie miał zamiaru zginąć w tak nieznaczący sposób. Śmierć w jakiejś bocznej alejce z wykrwawienia? O nie, nic z tych rzeczy. Śmierć w walce? Jak najbardziej, chociaż tutaj też by się znalazły osoby, które były przeciwko tego typu pomysłom.
Przez kilka chwil przyglądał się flakoniku, który wyciągnęła ze swojej torby. Co to w ogóle było i dlaczego Flint biegała z takimi rzeczami w swojej torbie? Już nie miała czego nosić, że akurat padło na wszelkiej maści eliksiry i Merlin jeden wiedział jeszcze co.
Nie protestował i powoli wypił zawartość tej buteleczki. Nie było to szczególnie dobre, a już na pewno nie smakowało jak schłodzona ruda, co tylko utrudniało spożycie tego ustrojstwa. Z drugiej strony nie był w pozycji aby podnosić niezadowolenie na otrzymany napitek.
I co miał jej powiedzieć? Że zamordował kogoś tej nocy? Że użył avady, pomijając fakt czy było to konieczne, czy też nie? Że tą całą pożogę ze zniszczeniem to tak naprawdę jego wina i innych ludzi, którzy też opowiedzieli się po stronie Czarnego Pana? Czy naprawdę musiał to mówić? Zwłaszcza, że Cynthia bardzo dobrze wiedziała co robił, gdzie był i dlaczego mógł mieć takie rany. Nie był żadną ofiarą i te wszystkie sznyty nie wynikały z faktu, że został napadnięty przez Śmierciożerców. To znaczy został zaatakowany ale jako forma obrony przed czynami Stanleya i jego "pobratymców" spod czarnej szaty. To była próba stawienia oporu przed złem, które zostało wyrządzone zeszłej nocy.
- Nic wielkiego - rzucił mało wylewnie, ewidentnie zamylając temat - Nie wszystko idzie zawsze po nasz... - syknął, kiedy Cynthia złapała go przy lewym boku - Po naszej myśli- dokończył. Rany wskazywały na co innego ale nie potrafiły mówić, co było akurat na rękę Borginowi. Ostatnią rzeczą na jaką chciał pozwolić to fakt, aby miała się zamęczać tym co miało miejsce zeszłej nocy. Najważniejsze było to, że jeszcze żył. Jakoś żył, bo oddychał i miał szansę na wylizanie się z tych wszystkich okaleczeń. Jak to się mawiała - do wesela się zagoi.
Zgodnie z jej prośbą, położył się, chociaż nie odezwał się słowem, popadając w zadumę. Jego wzrok utkwił na suficie, który nie był jakimś szczególnie ciekawym obiektem do zawieszenia oka. Nie chciał jednak utrudniać jej pracy, wiedząc jak to się może skończyć - niepotrzebną reprymendą, która nic by nie zmieniła w zaistniałej sytuacji.
Ufasz mi prawda? To było bardzo dobre pytanie i Stanley nie potrafił w zasadzie odpowiedzieć na nie jednoznacznie. Z jednej strony wiedział, a raczej chciał wierzyć, że nie zrobiłaby nic przeciwko niemu - nie skrzywdziła, nie wydała Ministerstwu czy nie zrobiłaby niczego innego, co skazywałoby Stanleya na niekorzystny rezultat sprawy. Z drugiej strony, był przekonany, że oddawanie pełni władzy w ręce Flint byłoby błędem. Gdyby tylko mogła decydować o kolejnych krokach dotyczących jego osoby, wiedział, że to byłby już koniec. Koniec wojny, koniec cierpienia, koniec wszystkiego co było mu znane do tej pory... ale ta toksyczna męskość kazała mu dalej walczyć do samego końca. Do chwili, aż zabraknie mu tchu albo aż ta cała wojna się po prostu zakończy. Środek wojny to nie był czas na zmianę stron i Stanley dobrze o tym wiedział. Opowiedział się po jednej ze stron, musiał przy niej tkwić do końca, bo był człowiekiem, który dotrzymywał swoich słów. Mógł się nie zgadzać z całą ideologią Czarnego Pana, bo tak naprawdę to był zwolennikiem wyższości rasy czysto magicznej i pozostawienia świata magii w ich jurysdykcji, a ta cała nadmiarowa przemoc była niepotrzebnym elementem w jego opinii. Niestety jego zdanie nie miało żadnego znaczenia.
- Tak - dodał po dłuższej chwili, starając się pozostać w bezruchu, co by nie utrudniać jej pracy. Już i tak za bardzo wykorzystywał jej dobroć, a Francis musiał dostać reprymendę za swoje zachowanie - Zróbmy to co konieczne i miejmy to już za sobą - stwierdził, ciężko wzdychając.
Przez kilka chwil przyglądał się flakoniku, który wyciągnęła ze swojej torby. Co to w ogóle było i dlaczego Flint biegała z takimi rzeczami w swojej torbie? Już nie miała czego nosić, że akurat padło na wszelkiej maści eliksiry i Merlin jeden wiedział jeszcze co.
Nie protestował i powoli wypił zawartość tej buteleczki. Nie było to szczególnie dobre, a już na pewno nie smakowało jak schłodzona ruda, co tylko utrudniało spożycie tego ustrojstwa. Z drugiej strony nie był w pozycji aby podnosić niezadowolenie na otrzymany napitek.
I co miał jej powiedzieć? Że zamordował kogoś tej nocy? Że użył avady, pomijając fakt czy było to konieczne, czy też nie? Że tą całą pożogę ze zniszczeniem to tak naprawdę jego wina i innych ludzi, którzy też opowiedzieli się po stronie Czarnego Pana? Czy naprawdę musiał to mówić? Zwłaszcza, że Cynthia bardzo dobrze wiedziała co robił, gdzie był i dlaczego mógł mieć takie rany. Nie był żadną ofiarą i te wszystkie sznyty nie wynikały z faktu, że został napadnięty przez Śmierciożerców. To znaczy został zaatakowany ale jako forma obrony przed czynami Stanleya i jego "pobratymców" spod czarnej szaty. To była próba stawienia oporu przed złem, które zostało wyrządzone zeszłej nocy.
- Nic wielkiego - rzucił mało wylewnie, ewidentnie zamylając temat - Nie wszystko idzie zawsze po nasz... - syknął, kiedy Cynthia złapała go przy lewym boku - Po naszej myśli- dokończył. Rany wskazywały na co innego ale nie potrafiły mówić, co było akurat na rękę Borginowi. Ostatnią rzeczą na jaką chciał pozwolić to fakt, aby miała się zamęczać tym co miało miejsce zeszłej nocy. Najważniejsze było to, że jeszcze żył. Jakoś żył, bo oddychał i miał szansę na wylizanie się z tych wszystkich okaleczeń. Jak to się mawiała - do wesela się zagoi.
Zgodnie z jej prośbą, położył się, chociaż nie odezwał się słowem, popadając w zadumę. Jego wzrok utkwił na suficie, który nie był jakimś szczególnie ciekawym obiektem do zawieszenia oka. Nie chciał jednak utrudniać jej pracy, wiedząc jak to się może skończyć - niepotrzebną reprymendą, która nic by nie zmieniła w zaistniałej sytuacji.
Ufasz mi prawda? To było bardzo dobre pytanie i Stanley nie potrafił w zasadzie odpowiedzieć na nie jednoznacznie. Z jednej strony wiedział, a raczej chciał wierzyć, że nie zrobiłaby nic przeciwko niemu - nie skrzywdziła, nie wydała Ministerstwu czy nie zrobiłaby niczego innego, co skazywałoby Stanleya na niekorzystny rezultat sprawy. Z drugiej strony, był przekonany, że oddawanie pełni władzy w ręce Flint byłoby błędem. Gdyby tylko mogła decydować o kolejnych krokach dotyczących jego osoby, wiedział, że to byłby już koniec. Koniec wojny, koniec cierpienia, koniec wszystkiego co było mu znane do tej pory... ale ta toksyczna męskość kazała mu dalej walczyć do samego końca. Do chwili, aż zabraknie mu tchu albo aż ta cała wojna się po prostu zakończy. Środek wojny to nie był czas na zmianę stron i Stanley dobrze o tym wiedział. Opowiedział się po jednej ze stron, musiał przy niej tkwić do końca, bo był człowiekiem, który dotrzymywał swoich słów. Mógł się nie zgadzać z całą ideologią Czarnego Pana, bo tak naprawdę to był zwolennikiem wyższości rasy czysto magicznej i pozostawienia świata magii w ich jurysdykcji, a ta cała nadmiarowa przemoc była niepotrzebnym elementem w jego opinii. Niestety jego zdanie nie miało żadnego znaczenia.
- Tak - dodał po dłuższej chwili, starając się pozostać w bezruchu, co by nie utrudniać jej pracy. Już i tak za bardzo wykorzystywał jej dobroć, a Francis musiał dostać reprymendę za swoje zachowanie - Zróbmy to co konieczne i miejmy to już za sobą - stwierdził, ciężko wzdychając.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972