– Chyba nie warto – uśmiechnęła się do Laurence’a na jego słowa, że rozważał spanie w swoim gabinecie. Nie było chyba sensu pokazywać, że w Ministerstwie mogą wejść nam na głowę aż tak bardzo, że w kryzysowym momencie całe swoje życie przeniosą do pracy. Ta była przecież tylko dodatkiem… a przynajmniej miała być. Victoria, choć tej pracy miała ogrom, przy sprzątaniu bałaganu, to jednak nie planowała mieszkać przy swoim biurku, co to, to nie. Może co innego, gdyby nie miała już absolutnie gdzie się zatrzymać – wtedy by to rozważyła. Mimo wszystko liczyła jednak na to, że sytuacja w najbliższym czasie uspokoi się na tyle, że choć nadal będzie napięta, to nie będzie to już struna, która może w każdej chwili pęknąć. Jednak artykuł, jaki wczorajszego dnia wydrukował Prorok, raczej tylko sytuację zaogni – tak przynajmniej wydawało się pannie Lestrange.
– Tak, pewnie tak – odparła Rodolphusowi grzebiąc w swoim talerzu. Była to pewnego rodzaju możliwość odwrócenia uwagi, złapania oddechu i myśli, choć ta rozmowa wcale nie była ciężka, ani męcząca. Victoria po prostu nie czuła się na tym polu zbyt pewnie, bo nie lubiła wypowiadać się za kogoś, a jeśli jej siostry się nie pojawią, to zapewne będą pytania. I już czuła w kościach rozmowę na uboczu po kolacji, z matką, która swoje niezadowolenie wyleje właśnie na Victorię, bo to ona przecież wzięła siostry do siebie. Nie była jednak ich niańką, ani nie zamierzała ingerować w ich życie czy wybory. Nie nazywała się Isabella.
– Nie ma co zabezpieczać tak właściwie – westchnęła cicho. – Jedyne co przetrwało to nasze książki… To wszystko zabrałyśmy. I krzesło. Reszta to… – mało brakowało a machnęłaby ręką. Zamiast tego jednak zacisnęła dłoń w pięść. Tak, mówiła o ich domu, który skończył gorzej niż Warownia Longbottomów, w której wciąż dałoby się mieszkać. Oni nie mieli do czego wracać. Ten dom trzeba by było wybudować od zera. Książki przetrwały tylko dlatego, że ich matka wiedziała jak je zabezpieczyć tak, by nie imał się ich ogień i nauczyła tego swoje córki – ewentualni rabusie nie mieli tam więc czego szukać, a jednak… – Ktoś wszedł na te zgliszcza. Rozkopał ziemię, zakopał tam zwłoki kury. Znalazłam pentagram, ołtarz, trzy powieszone laleczki – ktoś miał makabryczne poczucie humoru, bo jak mieli to rozumieć? Interpretacja nasuwała się sama. – Czarne płatki kwiatów – uśmiechnęła się cierpko, bo albo ktoś pofarbował inne płatki, albo zabrano je stąd, z Maida Vale. – To miałam na myśli, Rudi – bo to, ze Dolina Godryka ucierpiała… Tak. Nie bardziej niż Londyn z pewnością, ale nie było sensu nawet tego porównywać. – Ale nie ma chyba sensu psuć nastroju. Lepiej opowiedzcie co u was, to znaczy poza pracą.
// Kolejka do 13.12 do 23:59.