09.12.2025, 00:24 ✶
Magowie byli różni. Czy naprawdę ciekawsi niż mugole? Z pewnością lepsi. Obrazą dla rzeczy świętych było rozrzedzać starą krew z krwią niemagiczną. Moc była darem dla pierwszych czarodziejów stworzonych na obraz Boski. Bogów na ziemi. Mistycznych pretendentów do awansu na drabinie świata, którzy głowy chylić mieli jedynie przed Najwyższą. Boska łaska, dar tak wielki, tak święty — ta magia płynąca w starej krwi — powinien być kultywowany, czczony, traktowany z szacunkiem. Nie rozrzucany lekkomyślnie po świecie.
Mugole nie potrafili uszanować Natury, a ponieważ nie zostali obdarzeni mocą, błądzili po grzesznych ścieżkach ku stworzeniu bluźnierczej karykatury przyrodzonej czarodziejom potęgi. Rozwieszali między wieżami z drewnianych kołków metalowe sznury, w które próbowali zaklinać nieprzeznaczoną dla nich moc. Spalali zasoby wyszarpane przemocą z żył ukrytych w Ziemi, zabijając Ją przy tym. Jak mogli równać się czarodziejom, którzy moc tę czerpali w sposób naturalny, czysty i piękny? Helloise brzydziła się mugolami. Brzydziła się tym, jak bezczeszczą świętą ziemię. Brzydziła się tymi wśród magicznych, którzy owe bluźniercze wynalazki wnosili do świata czarodziejów. Mugole wraz ze swoimi brudnymi korzeniami krzewili wśród nich cywilizację śmierci i braku szacunku do Ziemi — tej, która przez wieki w rytmie naturalnej harmonii zapewniała czarodziejom byt.
Nie było grzechu większego niż wprowadzanie nieokrzesanych barbarzyńców w ich świat, niż mieszanie się z nimi.
Zielonej krwi nigdy nie znalazłby wśród mugoli.
Gdy Gabriel przysiadł naprzeciwko Helloise, czarownica zabrała jego kartę i ukryła ją w kieszeni płaszcza. Nie chciała mu jej oddawać.
Nie od razu przemówiła, pochłonięta kontemplacją nad nutami zapachu, które powoli stawały się rozróżnialne, mimo że zdominowane smrodem krwi. Klęcząc wśród ogrodu, kobieta uniosła oczy na księżyc, niby szukając na jego srebrzystej tarczy słów przewodnictwa.
Gdy wreszcie spuściła nieruchomy wzrok na Gabriela, uśmiechała się.
— Mówią, że mięso szczęśliwego zwierzęcia lepiej smakuje. — Polizała palce, szukając ostatnich wspomnień eliksiru, choć znalazła głównie woń ziemi, z której wykopała flakon. — Nie wyobrażam sobie, żeby te, których krew wysączono do buteleczki, skończyły szczęśliwie. Grzech tej krwi próbowali zmyć wodą różaną, tak piękną, tak upojną. Grzech tej krwi próbowali zasypać kwiatem księżycowej rosy. Tej, z której tworzymy nasze leki. Tej, z której warzą trunki poprawiające nastrój i ogrzewające serca.
Mugole nie potrafili uszanować Natury, a ponieważ nie zostali obdarzeni mocą, błądzili po grzesznych ścieżkach ku stworzeniu bluźnierczej karykatury przyrodzonej czarodziejom potęgi. Rozwieszali między wieżami z drewnianych kołków metalowe sznury, w które próbowali zaklinać nieprzeznaczoną dla nich moc. Spalali zasoby wyszarpane przemocą z żył ukrytych w Ziemi, zabijając Ją przy tym. Jak mogli równać się czarodziejom, którzy moc tę czerpali w sposób naturalny, czysty i piękny? Helloise brzydziła się mugolami. Brzydziła się tym, jak bezczeszczą świętą ziemię. Brzydziła się tymi wśród magicznych, którzy owe bluźniercze wynalazki wnosili do świata czarodziejów. Mugole wraz ze swoimi brudnymi korzeniami krzewili wśród nich cywilizację śmierci i braku szacunku do Ziemi — tej, która przez wieki w rytmie naturalnej harmonii zapewniała czarodziejom byt.
Nie było grzechu większego niż wprowadzanie nieokrzesanych barbarzyńców w ich świat, niż mieszanie się z nimi.
Zielonej krwi nigdy nie znalazłby wśród mugoli.
Gdy Gabriel przysiadł naprzeciwko Helloise, czarownica zabrała jego kartę i ukryła ją w kieszeni płaszcza. Nie chciała mu jej oddawać.
Nie od razu przemówiła, pochłonięta kontemplacją nad nutami zapachu, które powoli stawały się rozróżnialne, mimo że zdominowane smrodem krwi. Klęcząc wśród ogrodu, kobieta uniosła oczy na księżyc, niby szukając na jego srebrzystej tarczy słów przewodnictwa.
Gdy wreszcie spuściła nieruchomy wzrok na Gabriela, uśmiechała się.
— Mówią, że mięso szczęśliwego zwierzęcia lepiej smakuje. — Polizała palce, szukając ostatnich wspomnień eliksiru, choć znalazła głównie woń ziemi, z której wykopała flakon. — Nie wyobrażam sobie, żeby te, których krew wysączono do buteleczki, skończyły szczęśliwie. Grzech tej krwi próbowali zmyć wodą różaną, tak piękną, tak upojną. Grzech tej krwi próbowali zasypać kwiatem księżycowej rosy. Tej, z której tworzymy nasze leki. Tej, z której warzą trunki poprawiające nastrój i ogrzewające serca.
dotknij trawy