• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius

[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
09.12.2025, 03:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2025, 04:06 przez Benjy Fenwick.)  
Wielka Sala wyglądała tego wieczoru inaczej niż zwykle - nie przez czary, nie przez girlandy, nie przez świece, tylko przez to, że wszyscy siedzieli przy jednym stole - jednym, długim, ciągnącym się od drzwi aż pod podwyższenie, jakby ktoś nagle zdecydował, że przez kilka godzin nie obowiązują domy, kolory, podziały. Siedziałem z chłopakami mniej więcej pośrodku, w idealnym miejscu, by mieć oko na wszystko, chociaż w większości skupialiśmy się na jedzeniu. Śmialiśmy się głośniej, niż pozwalały na to zasady, ale nikt nas nie uciszał, nawet profesorowie byli dziś jakby bardziej miękcy. Talerze i półmiski same się napełniały, pieczenie pachniały tłuszczem i ziołami, a słodkie rzeczy - cynamonem, miodem i czymś jeszcze, ostrym, zimowym. Śnieg sypał za oknami tak gęsto, że chwilami miałem wrażenie, iż ktoś próbował zasypać Hogwart od zewnątrz, cegła po cegle, płatek po płatku.
Patrzyłem na to znad talerza, na którym od dobrego kwadransa toczyła się nierówna walka między mną a trzecią dokładką pieczonej kaczki - przegrywałem spektakularnie i byłem z tego powodu absolutnie szczęśliwy. Byłem w cholernie dobrym humorze, takim głupim, lekkim, niespodziewanym, ale uzasadnionym - w końcu zostałem tu na święta, korzystając z tego, że ojciec i matka wyjechali w Alpy, nie postanawiając zabrać nas ze sobą, byśmy czekali na nich po konferencji, na szczęście. Dzięki temu byłem tutaj, w zamku, z kumplami. Śmiałem się szczerze, głośno, bardzo swobodnie, nawet nie próbowałem udawać cynika - nie miałem takiej potrzeby, nie tutaj, nie w takim dniu. Ktoś rzucił suchym dowcipem, ktoś inny prawie się zakrztusił dyniowym napojem, ktoś naprzeciwko spytał mnie o powód mojej nagłej wesołości, a ja tylko wzruszyłem ramionami, z pełnymi ustami, bo właśnie kończyłem coś, co było połączeniem pieczonej gruszki i alkoholu, którego na pewno nie powinno tu być, bo sami go przemyciliśmy.
Odchrząknąłem i odruchowo spojrzałem w kierunku, w którym nie powinienem patrzeć i prawie natychmiast zbeształem się w myślach, jakbym został złapany na czymś głupim. Wbiłem widelec w pieczone ziemniaki z większą siłą, niż było trzeba, odruchowo wracając do rozmowy. Minęło kilka minut, może mniej, może więcej - znów zerknąłem, tym razem bardziej ukradkiem, tylko kątem oka. Włos spadł jej na policzek i poprawiła go tym jednym, szybkim ruchem, który od razu wydał mi się zbyt znajomy, chociaż przecież nie miałem prawa go znać. Złapałem się na tym, natychmiast, więc odwróciłem wzrok, wracając do rozmowy, za szybko coś komentując, jakbym próbował zagadać własną głowę. Przez chwilę było dobrze, prawie zapomniałem, prawie.
Kolacja zbliżała się jednak do końca szybciej, niż bym chciał - talerze znikały, pojawiały się deserowe półmiski, świeczki wypalały się coraz niżej, a rozmowy zaczęły cichnąć w ten charakterystyczny sposób, który oznaczał jedno - zaraz każą nam się rozejść. Ktoś jęknął teatralnie, ktoś inny przeciągnął się z udawanym dramatyzmem, głosy oddalały się jeden po drugim, krzesła przesuwały się po kamiennej posadzce z tym charakterystycznym dźwiękiem, profesorowie zaczęli wstawać.
Wyszedłem z Wielkiej Sali wolniej, niż planowałem, na długo po reszcie, wykręcając się potrzebą skończenia tej nieszczęsnej kaczki. Kiedy wreszcie opuściłem pomieszczenie, echo moich kroków niosło się dalej, niż powinno, bo korytarze były już puste - tym razem jednak stawiałem stopy ciężej niż kiedykolwiek w domu, zaznaczałem swoją obecność, nie próbowałem przemykać się ukradkiem, nie miałem takiej potrzeby, nawet jeśli bezszelestne chodzenie weszło mi już w krew i zazwyczaj nawet o tym nie myślałem.
Nie chciałem jeszcze wracać do dormitorium, ruszyłem więc przed siebie powoli, pozwalając, żeby kroki same wybrały kierunek. Wszędzie, byle nie na dwór, bo gdzieś daleko za murami śnieg dalej sypał bez końca, więc pewnie szybko pożałowałbym tej decyzji. Odbiłem więc w stronę schodów prowadzących na wieżę astronomiczną - była najbliższa kompromisowi pomiędzy tym, co w środku, a co na zewnątrz - można tam było swobodnie zapalić, obserwując widok za oknami i delektując się spokojem chwili - to było miejsce idealne, szczególnie że o tej porze roku „normalnym” uczniom nie chciało się walczyć z wyziębioną klatką schodową i nieprzyjaznymi, kamiennymi stopniami. Pchnąłem drzwi i wszedłem na korytarz prowadzący do schodów, gdzie chłód przywitał mnie niemal namacalnie - światło pochodni o jasnych, zaczarowanych płomieniach poruszanych wiatrem falowało na kamieniach, a zamek oddychał cicho swoim nocnym rytmem.
Nie spodziewałem się nikogo na górze, o tej porze wieża bywała pusta, a świąteczny wieczór oznaczał zwykle dokładnie zero chętnych do dodatkowego wychładzania się na przeciągach. A jednak…
Przez sekundę miałem ochotę wycofać się bez słowa - nie dlatego, że jej unikałem, tylko… Cóż. Ona nigdy nie była „kimś przypadkowym”, my nigdy nie byliśmy „neutralni”, a tego wieczoru naprawdę nie chciałem spędzać żonglując jadowitymi słowami. Zanim jednak zdążyłem się odwrócić, zrobiła minimalny ruch głową, taki, który mówił jasno, że mnie zauważyła - to musiały być te pieprzone ciężkie kroki, po cholerę mi one były? - za późno na udawanie, że jestem duchem.
Wszedłem do środka, zaskakująco pewnie siebie jak na kogoś w czapce z rogami renifera - wyniku przegranego zakładu - która powinna być zakazana dla osób „mojego statusu” podczas „poważnego święta”, ale dla mnie wyglądała całkiem zabawnie. Zatrzymałem się kilka kroków od parapetu, starając się wyglądać, jakbym miał absolutnie genialny powód, by tu być, mimo że jedynym powodem była nuda i fakt, że moje nogi lubiły wysokości. Za oknem wszystko było białe, rozmyte, miękkie, Hogwart wyglądał stąd jak ilustracja z książki dla dzieci, a nie twierdza pełna zakamarków, sekretów i ludzi takich jak my, jak ja. Przez wysokie, wąskie szyby widać było zasypany dziedziniec, dachy przysypane bielą, latarnie rozmyte przez gęsty, miękki opad. Śnieg leciał spokojnie, bez mocnych podmuchów wiatru, jakby ktoś sypał go z góry garściami, cierpliwie, metodycznie. Cały świat wyglądał jak zaczarowany model pod szkłem. Było ładnie, naprawdę ładnie - to był ten rodzaj ładnego, który trafiał człowieka znienacka i na moment odbierał mu potrzebę mówienia czegokolwiek sensownego.
- Hej, Pruey… - Zacząłem jednak, zaskakująco… Miękko, jak na kogoś, kto od kilku lat nazywał ją w każdy inny możliwy sposób, tylko nie w taki. Najwidoczniej święta miały na mnie druzgocący wpływ. Granatowy sweter Prudence, ręcznie robiony, z nietoperzem na piersi odcinał się od jasności śniegu za oknem. Głupie zwierzę na świąteczny wieczór, a jednak… Jednocześnie pasował do niej tak bezczelnie dobrze, że przez sekundę poczułem ukłucie irytacji bez wyraźnego powodu, które zaraz zmieniło się w coś bardziej nieokreślonego, ani złego, ani dobrego.
- Wieża astronomiczna to raczej kiepskie miejsce na obserwację… - Rzuciłem, zanim zdążyłem powstrzymać język. Brzmiałem jak idiota, zorientowałem się dokładnie w tej samej sekundzie, w której rogi na czapce zachybotały mi nad czołem, jakby chciały potwierdzić diagnozę. Może nie byłem reniferem, ale z pewnością byłem baranem. - Mogłaś wybrać strych, ten nad biblioteką. - Uśmiechnąłem się krzywo, wskazując brodą na jej sweter. - Nietoperze tu nie mieszkają, wiesz? - Palnąłem, brzmiąc jak ktoś, kto właśnie próbował być mądrzejszy, a wyszło, jak zwykle, odwrotnie. - Za zimno. Albo… Nie wiem, może są na urlopie świątecznym. Sabat, rodzina, takie rzeczy. Coś, czego najwyraźniej nie ma połowa naszych nauczycieli, skoro siedzą tu z nami i udają, że nie są schlani. - Słowa zabrzmiały idiotycznie nawet dla mnie, ale miałem dobry humor, a ona wyglądała tak spokojnie, że nie chciałem tego zepsuć czymś poważniejszym.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (14755), Prudence Fenwick (9791)




Wiadomości w tym wątku
[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 09.12.2025, 01:00
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 09.12.2025, 03:53
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 09.12.2025, 12:53
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 09.12.2025, 14:42
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 10.12.2025, 01:30
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 10.12.2025, 04:28
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 10.12.2025, 12:17
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 10.12.2025, 17:24
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 10.12.2025, 23:14
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 11.12.2025, 20:33
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 12.12.2025, 00:51
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 13.12.2025, 23:04
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 15.12.2025, 21:45
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 04:01

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa