09.12.2025, 05:58 ✶
Razem z Astorią w sali balowej.
- Ciotki - słowo było tak samo zdawkowe co i chłodne. Leviathan zwyczajnie nie przepadał mówić o Helloise w ten sposób, ale tłumaczenie komuś że w sumie traktował ją jak rówieśniczkę, też momentami wydawało się dziwaczne. Nie lubił tego słowa w jej odniesieniu - ciotka - ale jasno stawiało ją w drzewie genealogicznym jego rodziny. Avery może ją pamiętała, a może nie; specyficzną, nieco roztrzepaną kobietę, o której mówienia precyzyjnych rzeczy jej rodzina unikała jak ognia. Hela była, ale skąd się wzięła? Czemu nikt zdawał się o niej nie pamiętać i wzdychać jakoś tak ciężko, kiedy była o niej mowa?
Leviathan zaprowadził któregoś razu Astorię pod gobelin przedstawiający rodzinę Rowle. Uwiecznione tam osoby patrzyły na nich pustym spojrzeniem złożonym z kolejnych rzędów nici przeprowadzonych przez krosno. - To ona - wskazał wtedy palcem na kobiecą sylwetkę, podpisaną odpowiednim imieniem i nazwiskiem. Helloise Rowle. Nie była wypalona, pozbawiona permanentnie twarzy czy imienia, ale nie można było zobaczyć jej twarzy, bo skrywały ją liście, sowicie opadające z gałęzi drzewa na której się znajdowała. Nie została wydziedziczona, ale rodzina zadbała by gobelin poświadczał o ich wciąż trwającym niezadowoleniu. - Uciekła z domu zaraz po szkole. Z miłości - te słowa chyba bardzo dobrze opisywał, jaki stosunek Rowle'owie mieli do statusu krwi i tradycji rządzącymi czystokrwistymi rodzinami. Tu nie było miejsca na miłość. Liczyły się przede wszystkim zawarte umowy i status krwi, a odstąpienie od tego, próba ucieczki? To była tylko i wyłącznie słabość, a nie przejaw wolności.
- No to mamy jakiś plan działania - dla niego mogli nawet zaszyć się gdzieś w kącie na całą noc, albo przechadzać się posiadłością Lestrange'ów i liczyć ich rodzinne portrety. Uśmiechnął się jednak wyraźnie na wzmiankę o tych cudownych urodzinach, wypuszczając nawet przy tym nieco szybciej powietrze nosem. To były bardzo dobre urodziny, jego skromnym zdaniem. Spędził je w spokoju, dokładnie tak jak chciał.
Przyglądał się jej uważnie, kiedy wypiła eliksir znajdujący się w fiolce. Szczerze to nie wiedział, czego powinien się po tym przypadku spodziewać; wybuchnie śpiewem? A może wyrosną jej na plecach skrzydła i zaraz pofrunie pod sufit? Widząc jej spojrzenie, zogniskowane na nim, krok w jego stronę i pewne zawahanie, pochylił się w jej stronę mimowolnie, nie zastanawiając się zbytnio nad tym co właściwie mogło teraz chodzić jej po głowie. Albo raczej czego mógł od niej żądać eliksir.
Gdyby go pocałowała, pewnie uznałby to najwyżej za niezły żart. Może odrobinę spiąłby się, zastanawiając nad tym co mogli pomyśleć inni, ale nie traktowałby tego jako nic zobowiązującego. Nic, co mogłoby namieszać w głowie. Bo przecież Levi nie kochał. Nie tak naprawdę i nie w pełni, na przestrzeni lat umiejętnie balansując gdzieś pomiędzy przyjaźniami i przyjemnościami. Głębokie uczucia były tylko wrażliwym, łatwym do zranienia podbrzuszem, a na pokazywanie go nie mógł sobie pozwolić.
- Jeszcze chwila i bym pomyślał, że miałaś poślubić nie tego brata - powiedział cicho, zanim się nie wyprostował i ujął ją za dłoń, rozplatając jej zaciśnięte w pięść palce, a następnie kładąc ją na swoim przedramieniu. - Chociaż może lepiej, że nie trafił ci się taki co zmienia w elfa. Musiałabyś wtedy brzęczeć cały czas, bo one nie mówią.
- Ciotki - słowo było tak samo zdawkowe co i chłodne. Leviathan zwyczajnie nie przepadał mówić o Helloise w ten sposób, ale tłumaczenie komuś że w sumie traktował ją jak rówieśniczkę, też momentami wydawało się dziwaczne. Nie lubił tego słowa w jej odniesieniu - ciotka - ale jasno stawiało ją w drzewie genealogicznym jego rodziny. Avery może ją pamiętała, a może nie; specyficzną, nieco roztrzepaną kobietę, o której mówienia precyzyjnych rzeczy jej rodzina unikała jak ognia. Hela była, ale skąd się wzięła? Czemu nikt zdawał się o niej nie pamiętać i wzdychać jakoś tak ciężko, kiedy była o niej mowa?
Leviathan zaprowadził któregoś razu Astorię pod gobelin przedstawiający rodzinę Rowle. Uwiecznione tam osoby patrzyły na nich pustym spojrzeniem złożonym z kolejnych rzędów nici przeprowadzonych przez krosno. - To ona - wskazał wtedy palcem na kobiecą sylwetkę, podpisaną odpowiednim imieniem i nazwiskiem. Helloise Rowle. Nie była wypalona, pozbawiona permanentnie twarzy czy imienia, ale nie można było zobaczyć jej twarzy, bo skrywały ją liście, sowicie opadające z gałęzi drzewa na której się znajdowała. Nie została wydziedziczona, ale rodzina zadbała by gobelin poświadczał o ich wciąż trwającym niezadowoleniu. - Uciekła z domu zaraz po szkole. Z miłości - te słowa chyba bardzo dobrze opisywał, jaki stosunek Rowle'owie mieli do statusu krwi i tradycji rządzącymi czystokrwistymi rodzinami. Tu nie było miejsca na miłość. Liczyły się przede wszystkim zawarte umowy i status krwi, a odstąpienie od tego, próba ucieczki? To była tylko i wyłącznie słabość, a nie przejaw wolności.
- No to mamy jakiś plan działania - dla niego mogli nawet zaszyć się gdzieś w kącie na całą noc, albo przechadzać się posiadłością Lestrange'ów i liczyć ich rodzinne portrety. Uśmiechnął się jednak wyraźnie na wzmiankę o tych cudownych urodzinach, wypuszczając nawet przy tym nieco szybciej powietrze nosem. To były bardzo dobre urodziny, jego skromnym zdaniem. Spędził je w spokoju, dokładnie tak jak chciał.
Przyglądał się jej uważnie, kiedy wypiła eliksir znajdujący się w fiolce. Szczerze to nie wiedział, czego powinien się po tym przypadku spodziewać; wybuchnie śpiewem? A może wyrosną jej na plecach skrzydła i zaraz pofrunie pod sufit? Widząc jej spojrzenie, zogniskowane na nim, krok w jego stronę i pewne zawahanie, pochylił się w jej stronę mimowolnie, nie zastanawiając się zbytnio nad tym co właściwie mogło teraz chodzić jej po głowie. Albo raczej czego mógł od niej żądać eliksir.
Gdyby go pocałowała, pewnie uznałby to najwyżej za niezły żart. Może odrobinę spiąłby się, zastanawiając nad tym co mogli pomyśleć inni, ale nie traktowałby tego jako nic zobowiązującego. Nic, co mogłoby namieszać w głowie. Bo przecież Levi nie kochał. Nie tak naprawdę i nie w pełni, na przestrzeni lat umiejętnie balansując gdzieś pomiędzy przyjaźniami i przyjemnościami. Głębokie uczucia były tylko wrażliwym, łatwym do zranienia podbrzuszem, a na pokazywanie go nie mógł sobie pozwolić.
- Jeszcze chwila i bym pomyślał, że miałaś poślubić nie tego brata - powiedział cicho, zanim się nie wyprostował i ujął ją za dłoń, rozplatając jej zaciśnięte w pięść palce, a następnie kładąc ją na swoim przedramieniu. - Chociaż może lepiej, że nie trafił ci się taki co zmienia w elfa. Musiałabyś wtedy brzęczeć cały czas, bo one nie mówią.
We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast