09.12.2025, 16:23 ✶
Dla Hannibala oczywiście obecność widowni nie tylko nie była problemem (jaki byłby z niego artysta, gdyby było inaczej?) ale wręcz dodawała mu animuszu. Nieważne, na scenie, w klubie czy na spotkaniu towarzyskim, im więcej oczu patrzyło, tym większe przedstawienie robił.
- Heh, doskonale zatem, że ty się nie obawiasz - powiedział lekko, nie precyzując, czy chodzi mu o samą jazdę, czy bliskie towarzystwo najprzystojniejszego aktora The Globe - No i tu raczej nikt cię nie rozpozna, więc spokojnie!
- Mamy czas - potarł kciukami ramiona drżącego Jessiego w odruchowym, uspokajającym geście, a potem jednak delikatnie popchnął go w kierunku kanapy - Siadaj, musisz się uspokoić. Nie chcę, żebyś mi odpadł w trakcie podróży. Często ci się to zdarza?
Hannibal chciał jak najszybciej opuścić to mieszkanie, a jednocześnie przypuszczał, że jemu też dobrze zrobi chwila na uspokojenie. Nie chciał sprawiać wrażenia przestraszonego, ale wcale nie był pewien, czy mu się to udaje. Uciekł się więc do żartu, to zawsze rozładowywało atmosferę.
- Hej, a może to jasnowidzenie?... Morpheus na pewno by cię przyjął do terminu! - i może nauczył, jak przepowiadać przyszłość bez straszenia otoczenia!
W tym momencie Arabeska opuściła swoje miejsce na parapecie i doskoczyła do Selwyna, kracząc cicho coś, co brzmiało podejrzanie jak “Arrive!”. Jej właściciel już miał ją ponownie uciszyć, ale spojrzał w okno… za którym na parapecie siedziała nie jedna, ale dwie sowy, niosące podłużny pakunek.
- Sowy? O tej porze? - wstał, żeby je wpuścić.
List był zapakowany w różową kopertę, co dość mocno sugerowało, że napisała go jakaś zadurzona w Selwynie nastolatka. Odłożył go na bok. Pakunek z kolei zawierał rulon, który okazał się być plakatem - trochę już podniszczonym i zachodziło podejrzenie, że ukradzionym ze słupa ogłoszeniowego. Hannibal zerknął niespokojnie na Jessiego znad płachty.
Czarodzieje półkrwi albo mugolskiego pochodzenia różnie reagowali na czystokrwistą propagandę. Niektórzy jawnie się oburzali. Wielu przyjmowało ją ze stoickim spokojem, ale mimo wszystko, to nie mogło być miłe, być atakowanym przez takie hasła na ulicy. Selwyn pomyślał o uczniach Hogwartu, napotykających te plakaty - widoczne doskonale dla wszystkich kolegów, jasno określające ich wartość na podstawie statusu krwi. Nic dziwnego, że niektórzy wyrastali potem na sfrustrowanych i zakompleksionych. Westchnął, trochę zniesmaczony tą sytuacją.
- Dla jasności, nie zgadzam się z tym. To znaczy, uhh… nie tylko czyste jest sexy - mruknął, bo choć technicznie stwierdzenie było prawdziwe, przynajmniej w jego przypadku (nieważne, czy akurat był czysty i wystrojony w garnitur, czy brudny i obszarpany), nie była to cała prawda.
Uciekł wzrokiem z powrotem do plakatu, zwinął go i wraz z kopertą wpakował do kufra.
- To pewnie list od fanki - wzruszył ramionami. Oburzonej, że prowadza się z mugolakami albo proponującej mu bardziej w jej mniemaniu odpowiedni dla dziedzica czrodziejskiego rodu związek, oczywiście ze sobą. Nie zamierzał tego teraz czytać - jego własny, prywatny akt buntu w postaci przedłożenia towarzystwa Jaspera Kelly, syna mugolaka, ponad słowa napisane przez jakąś czystokrwistą pannę.
- Dobra, ruszajmy. Możesz wziąć kaski? - zapytał, chwytając w jedną rękę z powrotem pomniejszony kufer, a drugą nadstawiając dla kruka - Arabesque!
Ptak, przeczuwając, że wreszcie zostanie wypuszczony na wolność, wydał radosny dźwięk i podfrunął na ramię Hannibala, stojącego już w drzwiach na klatkę schodową.
- Heh, doskonale zatem, że ty się nie obawiasz - powiedział lekko, nie precyzując, czy chodzi mu o samą jazdę, czy bliskie towarzystwo najprzystojniejszego aktora The Globe - No i tu raczej nikt cię nie rozpozna, więc spokojnie!
- Mamy czas - potarł kciukami ramiona drżącego Jessiego w odruchowym, uspokajającym geście, a potem jednak delikatnie popchnął go w kierunku kanapy - Siadaj, musisz się uspokoić. Nie chcę, żebyś mi odpadł w trakcie podróży. Często ci się to zdarza?
Hannibal chciał jak najszybciej opuścić to mieszkanie, a jednocześnie przypuszczał, że jemu też dobrze zrobi chwila na uspokojenie. Nie chciał sprawiać wrażenia przestraszonego, ale wcale nie był pewien, czy mu się to udaje. Uciekł się więc do żartu, to zawsze rozładowywało atmosferę.
- Hej, a może to jasnowidzenie?... Morpheus na pewno by cię przyjął do terminu! - i może nauczył, jak przepowiadać przyszłość bez straszenia otoczenia!
W tym momencie Arabeska opuściła swoje miejsce na parapecie i doskoczyła do Selwyna, kracząc cicho coś, co brzmiało podejrzanie jak “Arrive!”. Jej właściciel już miał ją ponownie uciszyć, ale spojrzał w okno… za którym na parapecie siedziała nie jedna, ale dwie sowy, niosące podłużny pakunek.
- Sowy? O tej porze? - wstał, żeby je wpuścić.
List był zapakowany w różową kopertę, co dość mocno sugerowało, że napisała go jakaś zadurzona w Selwynie nastolatka. Odłożył go na bok. Pakunek z kolei zawierał rulon, który okazał się być plakatem - trochę już podniszczonym i zachodziło podejrzenie, że ukradzionym ze słupa ogłoszeniowego. Hannibal zerknął niespokojnie na Jessiego znad płachty.
Czarodzieje półkrwi albo mugolskiego pochodzenia różnie reagowali na czystokrwistą propagandę. Niektórzy jawnie się oburzali. Wielu przyjmowało ją ze stoickim spokojem, ale mimo wszystko, to nie mogło być miłe, być atakowanym przez takie hasła na ulicy. Selwyn pomyślał o uczniach Hogwartu, napotykających te plakaty - widoczne doskonale dla wszystkich kolegów, jasno określające ich wartość na podstawie statusu krwi. Nic dziwnego, że niektórzy wyrastali potem na sfrustrowanych i zakompleksionych. Westchnął, trochę zniesmaczony tą sytuacją.
- Dla jasności, nie zgadzam się z tym. To znaczy, uhh… nie tylko czyste jest sexy - mruknął, bo choć technicznie stwierdzenie było prawdziwe, przynajmniej w jego przypadku (nieważne, czy akurat był czysty i wystrojony w garnitur, czy brudny i obszarpany), nie była to cała prawda.
Uciekł wzrokiem z powrotem do plakatu, zwinął go i wraz z kopertą wpakował do kufra.
- To pewnie list od fanki - wzruszył ramionami. Oburzonej, że prowadza się z mugolakami albo proponującej mu bardziej w jej mniemaniu odpowiedni dla dziedzica czrodziejskiego rodu związek, oczywiście ze sobą. Nie zamierzał tego teraz czytać - jego własny, prywatny akt buntu w postaci przedłożenia towarzystwa Jaspera Kelly, syna mugolaka, ponad słowa napisane przez jakąś czystokrwistą pannę.
- Dobra, ruszajmy. Możesz wziąć kaski? - zapytał, chwytając w jedną rękę z powrotem pomniejszony kufer, a drugą nadstawiając dla kruka - Arabesque!
Ptak, przeczuwając, że wreszcie zostanie wypuszczony na wolność, wydał radosny dźwięk i podfrunął na ramię Hannibala, stojącego już w drzwiach na klatkę schodową.