Potrafiła na pewien sposób zrozumieć tę tęsknotę za czymś, czego się akurat w rękach nie miało; za tym drugim krajem, do którego było się przywiązanym czerwoną nicią przeznaczenia. Sama była, można by rzec, w pewnym rozkroku. Urodzona i wychowana w Egipcie, ale jednak od dziecka miała ciągoty do kraju, z którego pochodził jej ojciec. Robert McGonagall Sr. zwykł mawiać, że była jak grusza wyrosła na miedzy, która owocuje na dwie strony. Kiedyś nie do końca rozumiała, co miał na myśli, ale dzisiaj słowa pradziadka jakoś mocniej z nią rezonowały.
Kiedy Cal spoglądał na runę, którą odmalowała do notesu, ona dopijała cydr, po czym tknięta przeczuciem wyciągnęła z torby fiolkę eliksiru, który miał zatrzymać jej mdłości po teleportacji. Nienawidziła tego sposobu przemieszczania się, ale czasami nie było innego wyjścia, a niestety jej przypadłość nie była piękna, wychyliła więc jego zawartość.
Milczała, gdy w końcu się odezwał. Nie dlatego, że jego słowa ją szokowały, a raczej myślała sobie o tym, co takiego zrobiła jej rodzina, by Voldemort miał i na nich kierować swój… swoje szaleństwo? Doszła jednak do wniosku, że nie zrobili nic. Tak jak nic nie musieli robić mugolacy czy mugole, którzy zawadzali Lordowi Voldemortowi po prostu tym, że byli. Tak po prostu. To nie wywoływało w niej strachu, nie. Raczej… pewnego rodzaju niezrozumienie i… obrzydzenie? Tym bardziej, że słuchała Cathala. Czym zawinił z kolei on? Też niczym. Miał rację: może sprawić, że ludzie, zamiast się bać, będą nienawidzić. A to było dość obce uczucie dla Guinevere.
– Czemu nic nie mówiłeś? – sadza, której nie dało się pozbyć? – Cal, przecież ludzie nawdychali się tego pyłu tyle, że to musi mieć na nich wpływ – na nią z pewnością miało, przez pierwsze dni strasznie kaszlała, na szczęście syropy sobie radziły. – Ta sadza… też może jakoś wpływać na zdrowie – dodała ciszej. Tak jak wpływała… ta runa najwyraźniej. – Nie było jej przed. Wydaje mi się, że pierwszy raz zobaczyłam ją właśnie wtedy – a więc również nie w ostatnich dniach. – Czyli… generalnie nie powinnam tam spać? Nie wiem jak się jej pozbyć – ona jak ona… ale widziała ja tylko ona, a byli tam przecież jeszcze jej dziadkowie, którzy też gorzej sypiali. – Do tej pory myślałam, że to z nerwów ta kiepska jakość snu – mruknęła.
– Teleportujesz nas? – nie była nigdy w kowenie, a poza tym… chociał sama to umiała, to wolała, kiedy robił to kto inny.
Chwilę później zniknęli.