10.12.2025, 04:28 ✶
Prudence spoglądała na mnie tak, jakby pierwszy raz słyszała coś ludzkiego z moich ust, a przecież oboje wiedzieliśmy, że nie było tak zawsze. Nie ufała mi - to było jasne, ale coś w moim tonie, może w tym, że tym razem niczego nie ostrzyłem, sprawiło, że nie podniosła tarczy w pełni. Patrzyła prosto na mnie. A raczej… Najpierw na moją czapkę, dopiero potem na całą resztę, nic dziwnego - te cholerne rogi kołysały się przy każdym moim oddechu jak dwie nietrzymające pionu anteny. Zabawne, jak śmieszny dodatek potrafił rozbroić sytuację bardziej niż wszystkie moje zaczepki przez kilka ostatnich lat - tak, w końcu nie zawsze stawałem z nią oko w oko ze złymi intencjami, czasami to napiecie eskalowało nagle i nieprzewidzianie, nawet jeśli zamiary miałem względnie neutralne.
Oparłem się wygodnie o kamień, zostawiając między nami ten neutralny, uprzejmy dystans, jakiego nigdy wcześniej chyba nie mieliśmy - jasne, stawaliśmy i siadaliśmy w oddali, ale wymuszenie, nie tak naturalnie, gdyby ktoś nam się przyglądał z boku, pomyślałby pewnie, że jesteśmy… No, normalnymi ludźmi prowadzącymi normalną rozmowę, nie przeciwnikami w niekończącej się wojnie na drobne cięcia i sarkazm. Delikatne wzruszenia ramion, spokojna tonacja - jakby pierwszy raz od dawna nie próbowała ustawić między nami kolczastej granicy.
Jej odpowiedź na moją zaczepkę o nietoperzach - te małe łapki, pyszczki, zmartwione pogodą - to nie był żart, którego bym się po niej spodziewał, delikatna, urocza wyobraźnia wychylająca się spomiędzy zwyczajowego zbrojnego pancerza. To mnie trochę zaskoczyło, pozytywnie, choć nie przyznałbym tego na głos. Zerknąłem na nią kątem oka - to drobne spojrzenie, to drgnięcie ust - nie, nie kpiła, to nie było nasze zwykłe „uderz-pierwszy-albo-zginiesz”. Reakcja Prue na moje słowa była… Inna. Uczciwa? Ostrożna, ale nie napięta, to sprawiło, że uśmiechnąłem się, lekko, krótko.
- Tak, obawiam się, że jeśli posmakują słońca, to już ich nie zobaczymy. - Mruknąłem, kiwając głową z udawaną powagą znawcy migracji nietoperzy. Przez sekundę zastanawiałem się, czy właśnie rozmawiałem z Prudence o wakacyjnych planach nietoperzy. I czy to… Działało. Wyglądało, że tak.
Zaśmiałem się cicho, zupełnie odruchowo, gdy zaczęliśmy rozmawiać o Slughornie, o winie, o cudzie, że jeszcze chodził. Prudence weszła w to, weszła płynnie, prawie lekko - mówiła o profesorze jak ktoś, kto wcale nie bał się, że ja zaraz znajdę miejsce, by ją ugryźć słowem. To było… Nowe, dziwne, ale miłe.
- „Poczuł się samotnie” to wyjątkowo życzliwa interpretacja tego, jak obściskiwał marmurową kobietę. Samotność samotnością, ale jednak flirtowanie ze statuą ubraną w cudzą pelerynę to już wyższy poziom desperacji. Mówił do niej „pani najłagodniejsza”. Do rzeźby, która nie ma części twarzy, bo ktoś jej kiedyś ukruszył nos. - Odparłem, kręcąc głową. Wyobrażenie tego znowu przetoczyło mi się przez głowę i parsknąłem krótkim śmiechem. Krótkim, ale prawdziwym. Dziwnie było śmiać się przy Prudence bez złośliwości w tle, dziwnie… I wcale nie tak źle. - Ale fakt, to cud, że w ogóle szedł. Idąc za nim, zastanawiałem się, czy nie powinienem rzucić jakiegoś protego przy każdej kolumnie, żeby sobie łba nie rozwalił. - Prychnąłem cicho, wywracając oczami, bo bycie takim altruistą raczej nie było w moim stylu, szczególnie że nie byłem nauczycielskim protektorem, przepraszam, prefektem.
Następne słowa Prue zaskoczyły mnie ponownie - wzruszyła ramionami, mówiąc, że nie zna się na alkoholu, to zabrzmiało aż podejrzanie szczerze. Spojrzałem na nią z ukosa.
- Nie martw się - wygiąłem lekko usta - znanie się na alkoholu to żadna niezbędna umiejętność. - To zabrzmiało trochę zbyt szczerze, więc dodałem. - O ile nie jesteś kimś istotnym. Wszyscy ważni się na tym znają. - Okej, to zabrzmiało nie tak, mimo tonu, więc zaraz wróciłem do Slughorna. - Nie pojawi się na śniadaniu, na obiedzie pewnie też nie, podejrzewam, że nie zobaczymy go aż do kolacji, jeśli nie wcale. - Uniosłem brew, Slughorn był idealnym opiekunem.
Nie wiedziałem, kiedy zorientowałem się, że patrzyłem na nią dłużej, niż powinienem - może wtedy, kiedy po moim „szukam spokoju” wydała z siebie to ciche „hmm”, jakby próbowała zrozumieć, gdzie w tej opowieści jest haczyk.
Zabawne, ona naprawdę nie wierzyła, że czasem mogłem chcieć po prostu… Odetchnąć. Słuchałem jej dalej - o zamku, śniegu, o tym, jak to miejsce wygląda jak z bajki. Mówiła cicho, ale wcale nie nieśmiało - raczej tak, jakby dopuszczała mnie do czegoś, co zwykle trzymała dla siebie. Jej szczerość dziwnie mi się spodobała, zaskakujące, biorąc pod uwagę, że nie przywykliśmy do takich rozmów, ten czas był już dawno za nami. Starałem się trzymać dystans, nie ten chłodny, jaki między nami zwykle bywał, tylko taki… No. Ludzki. Wyjątkowo Yule robiło ze mnie człowieka - co za niespodzianka. Podążyłem za jej spojrzeniem i parsknąłem cicho.
- Wiesz… - Zacząłem, z tym tonem „mówię coś głupiego, ale mówię to w dobrej wierze”. - Jeśli teraz byś wyszła, to te zaspy są takie, że… No, nie przesadzając… - Zrobiłem gest dłonią, jakbym próbował pokazać wysokość czegoś absurdalnie dużego. - Znaleźliby cię dopiero na wiosnę. Może w marcu. Albo w kwietniu. Całkiem ładnie zachowaną, jak okaz z muzeum historii naturalnej. - Spojrzałem na nią, unosząc brew. - Wyobrażasz to sobie? - Dodałem półszeptem, z rozbawieniem. - Dyrektor ogłasza - „drodzy uczniowie, odnaleziono Prudence Bletchley. Była metr pod śniegiem. Wygląda całkiem dobrze, biorąc pod uwagę, że spędziła tam trzy miesiące”. - Wzruszyłem ramionami, teatralnie. - Musiałbym kombinować, jak cię odkopać, bo oczywiście wszyscy zwaliliby winę na mnie, skoro ostatni cię widziałem. - Teraz spojrzałem prosto na nią - nie zaczepnie, nie złośliwie, po prostu z lekkością, której wcześniej między nami nie było. Uśmiechnąłem się krótko. Rogi na mojej czapce dyndały jak dwie smętne dekoracje, które kompletnie nie pasowały do mojej reputacji. Patrzyłem na nią chwilę dłużej, chyba ponownie zbyt długą, mimochodem wypowiadając propozycję zniknięcia, i dopiero jej następne słowa wyrwały mnie z zamyślenia. Zaskoczyła mnie, tak bardzo, że rogi na mojej czapie zadygotały, kiedy odchyliłem głowę, próbując zrozumieć, czy naprawdę to usłyszałem. Odsunąłem się od ściany tylko po to, by podejść bliżej parapetu - powoli, jakbym sprawdzał, czy to zaproszenie nie jest iluzją, którą zaraz odwoła. Usiadłem powoli na drugim końcu parapetu - bokiem na skraju, podciągając jedno kolano, czapka przekrzywiła się groteskowo - wciąż zostawiając między nami przestrzeń, która już nie wydawała się nieprzekraczalna - nie za blisko, nie za daleko. Tyle, by dzieliło nas około trzydzieści centymetrów i dość ciepła, byśmy oboje czuli jego obecność. Ściana za moimi plecami była zimna, ale powietrze wokół niej… Nie.
- No. - Mruknąłem, poprawiając idiotyczne, odświętne nakrycie głowy. - Jeśli nietoperze zrobiły sobie wolne, to faktycznie szkoda byłoby siedzieć tu samemu i czekać, aż wrócą. - Mówiąc to, spojrzałem przez okno na białą ścianę śniegu. Powiedziałem to lekko, ale była w tym też prawda, której nie wypowiedziałem na głos - nie chciałem iść, nie, gdy pierwszy raz od dawna naprawdę dobrze nam się rozmawiało.
Nie wiedziałem, ile tak siedzieliśmy w milczeniu. To mogło być trzydzieści sekund albo trzydzieści minut. Zamek potrafił robić takie sztuczki - rozciągał czas, kiedy chciał, zwijał go jak pergamin, kiedy mu się nudziło. W każdym razie… Ciche siedzenie obok Prudence nie było niewygodne, nie było napięte, po prostu istniało, jakby ta wieża została zaprojektowana dokładnie pod ten moment - jeden jedyny, zanim wszystko wróci do normy. Śnieg za oknem zasnuwał świat tak gęsto, że wszystko wydawało się odległe o setki kilometrów. Co jakiś czas tylko słyszałem, jak czapka na mojej głowie delikatnie szura o kamień, kiedy zmieniałem pozycję.
W końcu, nie myśląc zbyt długo, sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki - tak, kurtki - skórzanej, ciemnej, wygodnej, tej, którą wolałem o wiele bardziej niż tę odświętną marynarkę w kolorze burgundu, którą podobno powinienem był założyć na kolację. „Bo wypada” - jasne, wypadało ją powiesić z powrotem do szafy i udać, że nigdy jej nie widziałem. Wyciągnąłem z kieszeni niewielką butelkę otuloną skórą, tak ciemnobrązową, że prawie stapiała się z moim rękawem - ręczna robota, całkiem ładna. Zerknąłem na Prue kątem oka, sprawdzając, czy patrzy, jakby to miało ukryć wszystko, czego nie powinienem robić w tej wieży, w obecności dziewczyny, która słyszała o alkoholu tylko w teorii. Nie patrzyła akurat na mnie - bardziej na śnieg - więc odkręciłem korek szybkim, wprawnym ruchem i uniosłem butelkę do ust.
- Sok dyniowy. - Oznajmiłem najspokojniejszym tonem, jaki potrafiłem z siebie wydobyć - lakonicznie, kulturalnie. Łyk. Ciepło spłynęło przez gardło w sposób, który zdecydowanie nie był zwykłym sokiem dyniowym. - Najbardziej świąteczny z napojów. - Dodałem jeszcze, opierając się z powrotem o ścianę przy parapecie, odchylając głowę i zamykając na sekundę oczy, kiedy słodko-ostry posmak osiadł mi na języku. Ująłem butelkę mocniej palcami, trzymając ją nonszalancko na udzie. Odwróciłem się w stronę okna na moment, ale tylko po to, żeby ukryć to minimalne, zdradliwe rozbawienie, które wkradło mi się na usta.
Oparłem się wygodnie o kamień, zostawiając między nami ten neutralny, uprzejmy dystans, jakiego nigdy wcześniej chyba nie mieliśmy - jasne, stawaliśmy i siadaliśmy w oddali, ale wymuszenie, nie tak naturalnie, gdyby ktoś nam się przyglądał z boku, pomyślałby pewnie, że jesteśmy… No, normalnymi ludźmi prowadzącymi normalną rozmowę, nie przeciwnikami w niekończącej się wojnie na drobne cięcia i sarkazm. Delikatne wzruszenia ramion, spokojna tonacja - jakby pierwszy raz od dawna nie próbowała ustawić między nami kolczastej granicy.
Jej odpowiedź na moją zaczepkę o nietoperzach - te małe łapki, pyszczki, zmartwione pogodą - to nie był żart, którego bym się po niej spodziewał, delikatna, urocza wyobraźnia wychylająca się spomiędzy zwyczajowego zbrojnego pancerza. To mnie trochę zaskoczyło, pozytywnie, choć nie przyznałbym tego na głos. Zerknąłem na nią kątem oka - to drobne spojrzenie, to drgnięcie ust - nie, nie kpiła, to nie było nasze zwykłe „uderz-pierwszy-albo-zginiesz”. Reakcja Prue na moje słowa była… Inna. Uczciwa? Ostrożna, ale nie napięta, to sprawiło, że uśmiechnąłem się, lekko, krótko.
- Tak, obawiam się, że jeśli posmakują słońca, to już ich nie zobaczymy. - Mruknąłem, kiwając głową z udawaną powagą znawcy migracji nietoperzy. Przez sekundę zastanawiałem się, czy właśnie rozmawiałem z Prudence o wakacyjnych planach nietoperzy. I czy to… Działało. Wyglądało, że tak.
Zaśmiałem się cicho, zupełnie odruchowo, gdy zaczęliśmy rozmawiać o Slughornie, o winie, o cudzie, że jeszcze chodził. Prudence weszła w to, weszła płynnie, prawie lekko - mówiła o profesorze jak ktoś, kto wcale nie bał się, że ja zaraz znajdę miejsce, by ją ugryźć słowem. To było… Nowe, dziwne, ale miłe.
- „Poczuł się samotnie” to wyjątkowo życzliwa interpretacja tego, jak obściskiwał marmurową kobietę. Samotność samotnością, ale jednak flirtowanie ze statuą ubraną w cudzą pelerynę to już wyższy poziom desperacji. Mówił do niej „pani najłagodniejsza”. Do rzeźby, która nie ma części twarzy, bo ktoś jej kiedyś ukruszył nos. - Odparłem, kręcąc głową. Wyobrażenie tego znowu przetoczyło mi się przez głowę i parsknąłem krótkim śmiechem. Krótkim, ale prawdziwym. Dziwnie było śmiać się przy Prudence bez złośliwości w tle, dziwnie… I wcale nie tak źle. - Ale fakt, to cud, że w ogóle szedł. Idąc za nim, zastanawiałem się, czy nie powinienem rzucić jakiegoś protego przy każdej kolumnie, żeby sobie łba nie rozwalił. - Prychnąłem cicho, wywracając oczami, bo bycie takim altruistą raczej nie było w moim stylu, szczególnie że nie byłem nauczycielskim protektorem, przepraszam, prefektem.
Następne słowa Prue zaskoczyły mnie ponownie - wzruszyła ramionami, mówiąc, że nie zna się na alkoholu, to zabrzmiało aż podejrzanie szczerze. Spojrzałem na nią z ukosa.
- Nie martw się - wygiąłem lekko usta - znanie się na alkoholu to żadna niezbędna umiejętność. - To zabrzmiało trochę zbyt szczerze, więc dodałem. - O ile nie jesteś kimś istotnym. Wszyscy ważni się na tym znają. - Okej, to zabrzmiało nie tak, mimo tonu, więc zaraz wróciłem do Slughorna. - Nie pojawi się na śniadaniu, na obiedzie pewnie też nie, podejrzewam, że nie zobaczymy go aż do kolacji, jeśli nie wcale. - Uniosłem brew, Slughorn był idealnym opiekunem.
Nie wiedziałem, kiedy zorientowałem się, że patrzyłem na nią dłużej, niż powinienem - może wtedy, kiedy po moim „szukam spokoju” wydała z siebie to ciche „hmm”, jakby próbowała zrozumieć, gdzie w tej opowieści jest haczyk.
Zabawne, ona naprawdę nie wierzyła, że czasem mogłem chcieć po prostu… Odetchnąć. Słuchałem jej dalej - o zamku, śniegu, o tym, jak to miejsce wygląda jak z bajki. Mówiła cicho, ale wcale nie nieśmiało - raczej tak, jakby dopuszczała mnie do czegoś, co zwykle trzymała dla siebie. Jej szczerość dziwnie mi się spodobała, zaskakujące, biorąc pod uwagę, że nie przywykliśmy do takich rozmów, ten czas był już dawno za nami. Starałem się trzymać dystans, nie ten chłodny, jaki między nami zwykle bywał, tylko taki… No. Ludzki. Wyjątkowo Yule robiło ze mnie człowieka - co za niespodzianka. Podążyłem za jej spojrzeniem i parsknąłem cicho.
- Wiesz… - Zacząłem, z tym tonem „mówię coś głupiego, ale mówię to w dobrej wierze”. - Jeśli teraz byś wyszła, to te zaspy są takie, że… No, nie przesadzając… - Zrobiłem gest dłonią, jakbym próbował pokazać wysokość czegoś absurdalnie dużego. - Znaleźliby cię dopiero na wiosnę. Może w marcu. Albo w kwietniu. Całkiem ładnie zachowaną, jak okaz z muzeum historii naturalnej. - Spojrzałem na nią, unosząc brew. - Wyobrażasz to sobie? - Dodałem półszeptem, z rozbawieniem. - Dyrektor ogłasza - „drodzy uczniowie, odnaleziono Prudence Bletchley. Była metr pod śniegiem. Wygląda całkiem dobrze, biorąc pod uwagę, że spędziła tam trzy miesiące”. - Wzruszyłem ramionami, teatralnie. - Musiałbym kombinować, jak cię odkopać, bo oczywiście wszyscy zwaliliby winę na mnie, skoro ostatni cię widziałem. - Teraz spojrzałem prosto na nią - nie zaczepnie, nie złośliwie, po prostu z lekkością, której wcześniej między nami nie było. Uśmiechnąłem się krótko. Rogi na mojej czapce dyndały jak dwie smętne dekoracje, które kompletnie nie pasowały do mojej reputacji. Patrzyłem na nią chwilę dłużej, chyba ponownie zbyt długą, mimochodem wypowiadając propozycję zniknięcia, i dopiero jej następne słowa wyrwały mnie z zamyślenia. Zaskoczyła mnie, tak bardzo, że rogi na mojej czapie zadygotały, kiedy odchyliłem głowę, próbując zrozumieć, czy naprawdę to usłyszałem. Odsunąłem się od ściany tylko po to, by podejść bliżej parapetu - powoli, jakbym sprawdzał, czy to zaproszenie nie jest iluzją, którą zaraz odwoła. Usiadłem powoli na drugim końcu parapetu - bokiem na skraju, podciągając jedno kolano, czapka przekrzywiła się groteskowo - wciąż zostawiając między nami przestrzeń, która już nie wydawała się nieprzekraczalna - nie za blisko, nie za daleko. Tyle, by dzieliło nas około trzydzieści centymetrów i dość ciepła, byśmy oboje czuli jego obecność. Ściana za moimi plecami była zimna, ale powietrze wokół niej… Nie.
- No. - Mruknąłem, poprawiając idiotyczne, odświętne nakrycie głowy. - Jeśli nietoperze zrobiły sobie wolne, to faktycznie szkoda byłoby siedzieć tu samemu i czekać, aż wrócą. - Mówiąc to, spojrzałem przez okno na białą ścianę śniegu. Powiedziałem to lekko, ale była w tym też prawda, której nie wypowiedziałem na głos - nie chciałem iść, nie, gdy pierwszy raz od dawna naprawdę dobrze nam się rozmawiało.
Nie wiedziałem, ile tak siedzieliśmy w milczeniu. To mogło być trzydzieści sekund albo trzydzieści minut. Zamek potrafił robić takie sztuczki - rozciągał czas, kiedy chciał, zwijał go jak pergamin, kiedy mu się nudziło. W każdym razie… Ciche siedzenie obok Prudence nie było niewygodne, nie było napięte, po prostu istniało, jakby ta wieża została zaprojektowana dokładnie pod ten moment - jeden jedyny, zanim wszystko wróci do normy. Śnieg za oknem zasnuwał świat tak gęsto, że wszystko wydawało się odległe o setki kilometrów. Co jakiś czas tylko słyszałem, jak czapka na mojej głowie delikatnie szura o kamień, kiedy zmieniałem pozycję.
W końcu, nie myśląc zbyt długo, sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki - tak, kurtki - skórzanej, ciemnej, wygodnej, tej, którą wolałem o wiele bardziej niż tę odświętną marynarkę w kolorze burgundu, którą podobno powinienem był założyć na kolację. „Bo wypada” - jasne, wypadało ją powiesić z powrotem do szafy i udać, że nigdy jej nie widziałem. Wyciągnąłem z kieszeni niewielką butelkę otuloną skórą, tak ciemnobrązową, że prawie stapiała się z moim rękawem - ręczna robota, całkiem ładna. Zerknąłem na Prue kątem oka, sprawdzając, czy patrzy, jakby to miało ukryć wszystko, czego nie powinienem robić w tej wieży, w obecności dziewczyny, która słyszała o alkoholu tylko w teorii. Nie patrzyła akurat na mnie - bardziej na śnieg - więc odkręciłem korek szybkim, wprawnym ruchem i uniosłem butelkę do ust.
- Sok dyniowy. - Oznajmiłem najspokojniejszym tonem, jaki potrafiłem z siebie wydobyć - lakonicznie, kulturalnie. Łyk. Ciepło spłynęło przez gardło w sposób, który zdecydowanie nie był zwykłym sokiem dyniowym. - Najbardziej świąteczny z napojów. - Dodałem jeszcze, opierając się z powrotem o ścianę przy parapecie, odchylając głowę i zamykając na sekundę oczy, kiedy słodko-ostry posmak osiadł mi na języku. Ująłem butelkę mocniej palcami, trzymając ją nonszalancko na udzie. Odwróciłem się w stronę okna na moment, ale tylko po to, żeby ukryć to minimalne, zdradliwe rozbawienie, które wkradło mi się na usta.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)