10.12.2025, 10:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2025, 10:22 przez Lorien Mulciber.)
- Scarlett nigdzie z tobą nie pójdzie.
Richard wepchnął się w przyjazną konwersację z gracją trolla w składzie porcelany. Zdanie było tak niefortunne, tak bezsensowne, że Lorien zamilkła i po raz pierwszy rzeczywiście na niego spojrzała. Szkoda tylko, że wpatrywała się w niego z takim niedowierzaniem, zupełnie jakby szwagrowi wyrosły jakieś owadzie czułki.
Co proszę?. Uniosła brwi, dając mu moment na refleksję. Ta nie nadeszła.
Nie odpowiedziała od razu. Odchyliła się na krześle, ewidentnie próbując się zdystansować od tego całego nonsensu.
- Ale to nie do mnie tak. Do mnie nie.- Odparła oschle. Odłożyła sztućce tak ostentacyjnie, że ich dźwięk wybrzmiał jak wyrzut. Już jej się odechciało jeść.. Skrzyżowała ramiona na wysokości piersi - jak ktoś kto właśnie zdecydował się wybrać przemoc.
Nic nie mówiła. Jeszcze nie.
Zamiast tego przeniosła wzrok na Scarlett, obserwując jej reakcję. Biedne dziewczę wyglądało w pierwszej sekundzie na zakłopotane, w drugiej na skonsternowane, a w trzeciej na gotowe wsiąknąć w krzesło. Prawie westchnęła. No cóż, sama czułaby się mocno zażenowana, gdyby jej ojciec odstawił podobny teatrzyk. Nie było nic gorszego niż, jak to mówiła dzisiejsza młodzież… niż rodzicielski cringe. Nic tylko zapaść się pod ziemię, że stary dziad nie rozumie etykiety.
A potem Richard zaczął pluć. Co prawda, na szczęście tylko metaforycznie.
Ale to wystarczyło, żeby Lorien aż odwróciła głowę w stronę Philomeny.
Widzisz? Miałam rację! Pamiętasz jak ci pisałam jacy są okropni?!- zdawała się mówić całą swoją postawą wybitnie urażonego dziecka. Ugryzła się w język, bo babka odstawiła swój kieliszek, a Lorien słyszała dokładnie to co usłyszeć chciała - obronę.
Głos Alexandra sprawił, że poczuła ulgę. Prawdziwą ulgę.
Czy tak się czuł ten samozwańczy Lord Voldemort, gdy patrzył jak jego malutkie kukiełki rzucają się z zębiskami i pazurami na wrogów? Czy czuł podobną… satysfakcję?
Przyglądała się posępnemu, niemal liturgicznemu, rytuałowi napełniania szklanic od whisky.
Jeżeli szukasz winnych śmierci swego brata, poszukaj ich w barku stojącym w rogu salonu.
To nie to. To nie to go zabiło. Przecież wszyscy wiedzieli, kiedy przyszedł pierwszy atak. Kiedy ten smarkacz pokazał te okropne falliczne świeczki i przyniósł im wszystkim wstyd. Zacisnęła drżącą dłoń na swoim kieliszku. Uniosła go do ust. Mieli przed sobą wszystkie elementy układanki, a nadal błądzili. Nadal rzucali bezpodstawne oskarżenia. Może kiedyś byłoby jej nawet żal biednego Richarda Mulcibera, który stracił ukochanego brata. Może i kiedyś. Ale na pewno nie tu i teraz.
Alexander skończył. Służący odsunęli się szybko od stołu, a jej myśli nareszcie ucichły.
I wtedy usłyszała: Wypij toast za zdrowie Lorien.
Nie. Nie. Nie.
Wstała ze swojego krzesła, opierając obie dłonie na stole. Powoli, zdecydowanie. Nie żeby przy jej wzroście robiło to jakąś różnicę czy stoi czy siedzi, ale w tym momencie nie miało to znaczenia - gest nie miał dać jej władzy; miał tylko odebrać wszystkim pozostałym komfort. To już nie była zwyczajna rodzinna sprzeczka. To było oskarżenie. A jak oskarżenie to i rozprawa.
- Zapominasz się.- Powiedziała patrząc już tylko i wyłącznie na Richarda. Jej głos był chłodny. Suchy. Ton kobiety, która nie musiała krzyczeć, bo władzę miała wpisaną w każde słowo. - Zapominasz, że jestem mianowaną sędzią Wizengamotu. Atak na mnie to atak na naszą ojczyznę. Na nasze prawo.- Nie była rozhisteryzowaną nastolatką, której nagle ktoś dał pstryczka w nos.- Naprawdę uważasz, że nie będę cię ciągnąć od przesłuchania do przesłuchania, przez. każdą. kolejną. rozprawę? Że nie utopię cię w kosztach postępowania sądowego? Że nie zadbam o to, żeby każdy prawnik w mieście na twój widok zamykał drzwi kancelarii? Że poczuję cokolwiek, gdy będziesz się wyprzedawał ze wszystkiego i zapożyczał, żeby spłacić mi zadośćuczynienie za straty moralne, stres i niszczenie wizerunku?
Pozwoliła groźbie wybrzmieć. Zapaść pomiędzy nimi wraz z przedłużającą się ciszą. A potem… machnęła ręką i po prostu zaczęła się śmiać. Serdecznie. Ciepło. Tym śmiechem, w którym dało się słyszeć ptasi trel. Znów opadła na krzesło.
- Bez obaw! Nie jestem aż taką zołzą, Rick.- Przyłożyła dłoń do serca. Drugą otarła łezkę rozbawienia. Śmiechom nie było końca. Ale w końcu nachyliła się nad stołem. Przechyliła głowę jak ptak, który wypatrzył ofiarę.- Po prostu przeproś, a wszystko rozejdzie się po kościach. W końcu jesteśmy rodziną, prawda?
Richard wepchnął się w przyjazną konwersację z gracją trolla w składzie porcelany. Zdanie było tak niefortunne, tak bezsensowne, że Lorien zamilkła i po raz pierwszy rzeczywiście na niego spojrzała. Szkoda tylko, że wpatrywała się w niego z takim niedowierzaniem, zupełnie jakby szwagrowi wyrosły jakieś owadzie czułki.
Co proszę?. Uniosła brwi, dając mu moment na refleksję. Ta nie nadeszła.
Nie odpowiedziała od razu. Odchyliła się na krześle, ewidentnie próbując się zdystansować od tego całego nonsensu.
- Ale to nie do mnie tak. Do mnie nie.- Odparła oschle. Odłożyła sztućce tak ostentacyjnie, że ich dźwięk wybrzmiał jak wyrzut. Już jej się odechciało jeść.. Skrzyżowała ramiona na wysokości piersi - jak ktoś kto właśnie zdecydował się wybrać przemoc.
Nic nie mówiła. Jeszcze nie.
Zamiast tego przeniosła wzrok na Scarlett, obserwując jej reakcję. Biedne dziewczę wyglądało w pierwszej sekundzie na zakłopotane, w drugiej na skonsternowane, a w trzeciej na gotowe wsiąknąć w krzesło. Prawie westchnęła. No cóż, sama czułaby się mocno zażenowana, gdyby jej ojciec odstawił podobny teatrzyk. Nie było nic gorszego niż, jak to mówiła dzisiejsza młodzież… niż rodzicielski cringe. Nic tylko zapaść się pod ziemię, że stary dziad nie rozumie etykiety.
A potem Richard zaczął pluć. Co prawda, na szczęście tylko metaforycznie.
Ale to wystarczyło, żeby Lorien aż odwróciła głowę w stronę Philomeny.
Widzisz? Miałam rację! Pamiętasz jak ci pisałam jacy są okropni?!- zdawała się mówić całą swoją postawą wybitnie urażonego dziecka. Ugryzła się w język, bo babka odstawiła swój kieliszek, a Lorien słyszała dokładnie to co usłyszeć chciała - obronę.
Głos Alexandra sprawił, że poczuła ulgę. Prawdziwą ulgę.
Czy tak się czuł ten samozwańczy Lord Voldemort, gdy patrzył jak jego malutkie kukiełki rzucają się z zębiskami i pazurami na wrogów? Czy czuł podobną… satysfakcję?
Przyglądała się posępnemu, niemal liturgicznemu, rytuałowi napełniania szklanic od whisky.
Jeżeli szukasz winnych śmierci swego brata, poszukaj ich w barku stojącym w rogu salonu.
To nie to. To nie to go zabiło. Przecież wszyscy wiedzieli, kiedy przyszedł pierwszy atak. Kiedy ten smarkacz pokazał te okropne falliczne świeczki i przyniósł im wszystkim wstyd. Zacisnęła drżącą dłoń na swoim kieliszku. Uniosła go do ust. Mieli przed sobą wszystkie elementy układanki, a nadal błądzili. Nadal rzucali bezpodstawne oskarżenia. Może kiedyś byłoby jej nawet żal biednego Richarda Mulcibera, który stracił ukochanego brata. Może i kiedyś. Ale na pewno nie tu i teraz.
Alexander skończył. Służący odsunęli się szybko od stołu, a jej myśli nareszcie ucichły.
I wtedy usłyszała: Wypij toast za zdrowie Lorien.
Nie. Nie. Nie.
Wstała ze swojego krzesła, opierając obie dłonie na stole. Powoli, zdecydowanie. Nie żeby przy jej wzroście robiło to jakąś różnicę czy stoi czy siedzi, ale w tym momencie nie miało to znaczenia - gest nie miał dać jej władzy; miał tylko odebrać wszystkim pozostałym komfort. To już nie była zwyczajna rodzinna sprzeczka. To było oskarżenie. A jak oskarżenie to i rozprawa.
- Zapominasz się.- Powiedziała patrząc już tylko i wyłącznie na Richarda. Jej głos był chłodny. Suchy. Ton kobiety, która nie musiała krzyczeć, bo władzę miała wpisaną w każde słowo. - Zapominasz, że jestem mianowaną sędzią Wizengamotu. Atak na mnie to atak na naszą ojczyznę. Na nasze prawo.- Nie była rozhisteryzowaną nastolatką, której nagle ktoś dał pstryczka w nos.- Naprawdę uważasz, że nie będę cię ciągnąć od przesłuchania do przesłuchania, przez. każdą. kolejną. rozprawę? Że nie utopię cię w kosztach postępowania sądowego? Że nie zadbam o to, żeby każdy prawnik w mieście na twój widok zamykał drzwi kancelarii? Że poczuję cokolwiek, gdy będziesz się wyprzedawał ze wszystkiego i zapożyczał, żeby spłacić mi zadośćuczynienie za straty moralne, stres i niszczenie wizerunku?
Pozwoliła groźbie wybrzmieć. Zapaść pomiędzy nimi wraz z przedłużającą się ciszą. A potem… machnęła ręką i po prostu zaczęła się śmiać. Serdecznie. Ciepło. Tym śmiechem, w którym dało się słyszeć ptasi trel. Znów opadła na krzesło.
- Bez obaw! Nie jestem aż taką zołzą, Rick.- Przyłożyła dłoń do serca. Drugą otarła łezkę rozbawienia. Śmiechom nie było końca. Ale w końcu nachyliła się nad stołem. Przechyliła głowę jak ptak, który wypatrzył ofiarę.- Po prostu przeproś, a wszystko rozejdzie się po kościach. W końcu jesteśmy rodziną, prawda?