10.12.2025, 10:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2025, 10:35 przez Cathal Shafiq.)
Jeszcze na Pokątnej Cathal zbył wzruszeniem ramion obawy McGonagall – krótko wyjaśniając, że zabrał parę rzeczy i na razie w mieszkaniu w Londynie nie bywał. I była to prawda, bo jakaś złość gniotła go, ilekroć zaglądał do tego mieszkania, nie ruszał się więc z Walii. Nie wpadał nawet do Little Hangleton, jakby to, że popioły ominęły jego dom w tym miejscu też było swego rodzaju klątwą.
– Zbadamy to – obiecał za to krótko, gdy powiedziała, że nie wie, ja się tego pozbyć. Smutna prawda była taka, że też nie wiedział, ale nie wierzył, że sposób nie istniał. Gdzieś pośród ksiąg na pewno kryła się odpowiedzieć. Nie odzywał się już ani gdy się teleportowali, ani gdy wylądowali – w pobliżu kowenu, nie przed samym ołtarzem, bo uznał, że niezręcznie wyjdzie, jeżeli Ginny zwymiotuje na buty jakiegoś kapłana. Zamyślony odtwarzał w pamięci różne zapiski, fragmenty książek, i sposoby na likwidowanie takich run. W niektórych przypadkach mogły pomóc rytuały oczyszczające i modły, najlepiej w jeden z sabatów, ale wątpił, by zdążyli zorganizować to dzisiaj…
Wpatrywał się w szare niebo, póki Guinevere nie doszła do siebie na tyle, by mogli ruszyć pod sam ołtarz. Dopiero wtedy otrząsnął się z zamyślenia. Dłoń wetknął do kieszeni i przez moment obracał między palcami amulet, ale w końcu westchnął i go wyciągnął: to była tradycja, a skoro już tu przyszedł, chyba czułby się źle, gdyby niczego nie położył na ołtarzu. Czy było to coś specjalnego? Nie – ot Cathal nałożył na niego runę za pomocą pieczętowania, bo chciał sprawdzić, jaki to przyniesie efekt. Ale podobno liczyły się intencje.
Inna sprawa, że sam nie był pewien, jakie powinien mieć intencje. By Voldemort i śmierciożercy trzymali się naprawdę z bardzo, bardzo daleka od niego?
– Rysunek? – spytał krótko, zbliżając się do rogu stołu, by zostawić swój… podarek.
(zrąbałam kod, więc poprawiam)
– Zbadamy to – obiecał za to krótko, gdy powiedziała, że nie wie, ja się tego pozbyć. Smutna prawda była taka, że też nie wiedział, ale nie wierzył, że sposób nie istniał. Gdzieś pośród ksiąg na pewno kryła się odpowiedzieć. Nie odzywał się już ani gdy się teleportowali, ani gdy wylądowali – w pobliżu kowenu, nie przed samym ołtarzem, bo uznał, że niezręcznie wyjdzie, jeżeli Ginny zwymiotuje na buty jakiegoś kapłana. Zamyślony odtwarzał w pamięci różne zapiski, fragmenty książek, i sposoby na likwidowanie takich run. W niektórych przypadkach mogły pomóc rytuały oczyszczające i modły, najlepiej w jeden z sabatów, ale wątpił, by zdążyli zorganizować to dzisiaj…
Wpatrywał się w szare niebo, póki Guinevere nie doszła do siebie na tyle, by mogli ruszyć pod sam ołtarz. Dopiero wtedy otrząsnął się z zamyślenia. Dłoń wetknął do kieszeni i przez moment obracał między palcami amulet, ale w końcu westchnął i go wyciągnął: to była tradycja, a skoro już tu przyszedł, chyba czułby się źle, gdyby niczego nie położył na ołtarzu. Czy było to coś specjalnego? Nie – ot Cathal nałożył na niego runę za pomocą pieczętowania, bo chciał sprawdzić, jaki to przyniesie efekt. Ale podobno liczyły się intencje.
Inna sprawa, że sam nie był pewien, jakie powinien mieć intencje. By Voldemort i śmierciożercy trzymali się naprawdę z bardzo, bardzo daleka od niego?
– Rysunek? – spytał krótko, zbliżając się do rogu stołu, by zostawić swój… podarek.
Rzut 1d100+5 - 75 +5 = 80
(zrąbałam kod, więc poprawiam)