• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius

[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
10.12.2025, 17:24  ✶  
Prudence spoglądała na mnie tak uważnie, że miałem wrażenie, iż każde drgnięcie moich głupich reniferzych rogów rejestrowała z precyzją astronoma prowadzącego obserwację gwiazd, a chociaż powinienem czuć się przez to trochę wystawiony na widok publiczny, to… Nie czułem. A właściwie - czułem coś zupełnie innego,  zaskakująco przyjemnego. Im dłużej mówiła, tym bardziej czułem… Coś dziwnego pod skórą, czego nie potrafiłem nazwać - trochę znajomego, trochę obcego, jakby wracało do nas echo dawnych rozmów, tych sprzed lat, gdy jeszcze nie byliśmy dla siebie polem minowym. Słuchałem jej, jakby to było czymś oczywistym, chociaż przecież od dawna nie było. Patrzyła na mnie - albo na rogi mojej czapki - z tą mieszaniną ostrożności i czegoś miękkiego, co pewnie sama próbowała ukryć. Widziałem to jej napięcie, tak cienkie jak struna, gotowe zadrżeć, jeśli tylko powiem jedno słowo nie tak - zabawne, bo byłem w naprawdę dobrym nastroju i nawet nie miałem ochoty wbijać jej żadnych szpilek. Yule robiło ze mnie… Dziwnie znośnego człowieka - może to czapka z rogami, może śnieg, może to, jak wyglądała w tym swetrze, a może już trochę przemyconego tu i ówdzie alkoholu rozluźniającego obyczaje. Udawałem, że nie widzę, jak przygryzła wargę, jakby właśnie złapała się na czymś, czego absolutnie nie chciała przyznać nawet przed samą sobą, ale w rzeczywistości ja też rejestrowałem zdecydowanie zbyt wiele detali.
Rogi drżały rytmicznie przy każdym moim najmniejszym ruchu, trochę idiotycznie, ale… Cóż, najwyraźniej działały, bo nie mogła od nich oderwać wzroku. I dobrze, o wiele łatwiej było ją obserwować, kiedy była zajęta obserwowaniem czegoś innego. To było miłe, zbyt miłe, jak na kogoś, komu rzekomo lubiłem robić na złość. Rozmawialiśmy swobodnie o głupotach, jakby to była sprawa najwyższej wagi, faktycznie, przez chwilę słuchałem jej o możliwej „nowej rodzinie nietoperzy” z takim skupieniem, jakbyśmy mieli właśnie ustalać menu dla dyplomatycznego bankietu. Miałem ochotę parsknąć śmiechem, nie zrobiłem tego, ale ciało samo chciało, te jej oczy i spojrzenie zahaczające o każdy ruch mojej głowy… Mogłem prawie zobaczyć, jak w środku trzyma rękę na mentalnym hamulcu, gotowa zatrzymać się w pół kroku, jeśli powiem coś, co zwróci nas w stronę starej wojny, ale nie robiłem nic takiego, chyba właśnie to ją najbardziej dezorientowało, sprawiając, że odpuszczała.
Może to był mój ton głosu…
A może to były rogi.
Prawdopodobnie rogi.
Rozmawialiśmy o nietoperzach tak lekko, tak… Normalnie, jak dawniej, kiedy potrafiliśmy mówić o absolutnych głupotach, traktując je jak teorię naukową. Kącik moich ust uniósł się nieco mocniej, kiedy zobaczyłem, że ona naprawdę z lekkością kontynuuje tę absurdalną rozmowę. To… Było jak powrót do czegoś, co myślałem, że dawno już zdechło w jakimś zakurzonym kącie naszej znajomości. Nie zachowywałem się jak Aloysius Rookwood, wiedziałem o tym, czułem to - to była ta starsza, zapomniana wersja mnie - głupi, uśmiechnięty, lojalny ponad wszystko chłopak, który kiedyś chodził za nią krok w krok, pilnował, czy nie poślizgnie się przed szatnią Quidditcha, który obiecał, że zawsze będzie obok, żeby nie upadła. I cholera… Coś we mnie tęskniło za tamtym mną, ale nie mogłem się rozkleić. To nadal byłem ja. Tylko… W Yule, jedyne poza domem, odrobinę rozbrojony, może już ciut wstawiony - to pewnie przez to i przez doskonały humor, jaki dziś miałem.
Prudence mówiła dalej, płynnie, lekko, jak kiedyś. Temat nietoperzy pociągnęła z taką naturalnością, że aż parsknąłem cicho, patrząc z boku.
- Jeśli nowa rodzina nietoperzy miałaby się tu wprowadzić - powiedziałem, kręcąc lekko głową, aż rogi mojej czapki zadygotały z entuzjazmem całkowicie niewspółmiernym do mojej mimiki - to wyobrażam sobie, że najpierw przybijaliby sobie nowe mebelki do sufitu, bo mieliby gust sprzeczny z poprzednimi lokatorami. Wiesz, takie miniaturowe szafki, krzesełka, mały fotel. - Zrobiłem gest dłonią, jakbym coś wbijał niewidzialnym młotkiem. - „Pani Nietoperz, proszę trzymać, jeszcze trzy gwoździki i stolik będzie wisiał prosto”. I oczywiście kłócilibyśmy się z nimi o wolne terminy na obserwację gwiazd. „Przepraszam, panie Nietoperzu Seniorze, mamy zajęcia, może pan zdjąć tę szafę z teleskopu?” - Brzmiałem dokładnie jak chłopak, który kiedyś chodził z nią po błoniach i opowiadał niestworzone historie o duchach, żeby tylko usłyszeć jej śmiech - ten, którego potem zakopałem gdzieś głęboko, bo życie Rookwoodów nie przewidywało miejsca na takie rzeczy jak „przyjacielskie obietnice”. Przynajmniej dopóki nie dodałem czegoś, czego tamten dzieciak nigdy by nie powiedział. - I oczywiście wybiorą najbardziej skrzypiącą belkę na sypialnię, żebyśmy mieli klimatyczne tło dźwiękowe - A ten ja uśmiechnął się pod nosem, unosząc brwi.
Potem mówiła o Slughornie, o okularach, o tym, że kamień to jednak nie człowiek. A ja prawie się zakrztusiłem powietrzem, kiedy padło pytanie o opiekę nad profesorem. Zerknąłem na nią powoli, teatralnie, jej zdziwienie - to szczere, prawdziwe - kiedy zasugerowała, że mógłbym się wykazać aż tak dużą empatycznością, naprawdę mnie rozbroiło. Na Merlina, nawet nie wiem, kiedy ostatnio rozmawialiśmy tak lekko. Prawdopodobnie w czasach, kiedy byliśmy młodsi i mniej… Pokiereszowani. Ja na pewno.
- Ja? Opiekuńczy? Merlinie, błagam, nie psuj mi reputacji. - Zakpiłem lekko, ale spokojnie, jakby to wcale nie było groźne terytorium. - Nie przesadzaj. - Mruknąłem, przeciągając słowa w udawanej irytacji. Patrzyłem na nią, jakby właśnie powiedziała, że poważnie rozważa karierę w cyrku. - Pruey… Ja mam swoje granice empatii. Bardzo elastyczne i nikt nigdy do końca nie wie, gdzie się znajdują, ale jednak granice. - Uniosłem dwa palce. - Rozważyłem. To już był duży gest z mojej strony. Taka… Dwusekundowa refleksja. Tylko teoretyczna. - To było głupie, ale dokładnie tak naturalne, jakbyśmy nigdy nie przestali mówić podobnych rzeczy.
- Zapomniał okularów… Jasne. Albo zgubił wzrok gdzieś po drodze. Nie jestem pewien, czy jego mózg też nie został na jednym z tych stopni, zanim zaczął podrywać kamienną damę. -  Mruknąłem.
Kiedy przytaknęła, że „wszyscy ważni znają się na alkoholu”, zauważyłem grymas, który przemknął jej po twarzy, taki ledwo dostrzegalny, ale jednak obecny. I z tego, co zrozumiałem… Moje słowa trafiły w coś, czego nie chciałem dotknąć. Przeniosła wzrok na śnieg, nie gniewała się, ale ja poczułem potrzebę doprecyzowania. Popełniłem drobny błąd - powiedziałem coś, co mogło brzmieć jak wbijanie szpilki, chociaż tym razem wcale nie miałem takiego zamiaru. Uniósłem ręce w obronnym geście.
- Nie o to chodziło, przepraszam. - Powiedziałem szybciej, niż planowałem. Sam nie wiedziałem, czemu to powiedziałem, ale powiedziałem.
A kiedy dodała o rozwaleniu sobie łba… Zaśmiałem się, szczerze.
- Tak, może by się czegoś nauczył, ale wątpię. Faceci w tym wieku zwykle uczą się tylko nazw trunków, których jeszcze nie próbowali.
A potem przyszło to, czego nie spodziewałem się po niej nigdy - mówiła o śniegu, o tym, że lubi tu siedzieć, o widoku, o ciszy. Mówiła tak, jakby naprawdę nie bała się, że użyję tego przeciwko niej, jakby zapomniała, że jestem kim jestem. Patrzyłem na nią chwilę w milczeniu, był w niej wtedy ktoś, kogo znałem kiedyś bardzo dobrze. Patrzyła na mnie nieustannie, jakby próbowała prześwietlić mnie na wylot, ale w jej spojrzeniu nie było tego ostrza, które zwykle trzymała w gotowości, odsunęła je na bok - tak, jak ja odsunąłem własne, zupełnie bez walki.
A gdy dodała „ty zawsze przecież znajdujesz jakieś rozwiązanie”, nie powiedziała tego z kpiną, nie powiedziała tego, żeby mnie szturchnąć w ego, powiedziała to tak, jak mówiła dawniej - cholera, nie pamiętałem już, jak bardzo… Jak bardzo lubiłem, kiedy tak mówiła.
Zawsze.
Zawsze.
Cholera.
To słowo przeszło przez mój kręgosłup jak coś znajomego i dawno zapomnianego. Obiecałem jej kiedyś „zawsze”, wielokrotnie, nawet wtedy przed szatnią do Quidditcha, gdy trzymałem jej łokieć, żeby nie poślizgnęła się na oblodzonej ścieżce. Obiecałem, że będę obok, zanim w ogóle wiedziałem, co to „obok” powinno znaczyć. Głupia sprawa, naiwna, dziecinna - nie powinna nic znaczyć. I nie znaczyła - prawda?
Jej żart o duchu - i o tym, że poradziłbym sobie z odkopaniem jej spod śniegu - trafił w miejsce, którego chyba nie powinna była dotykać, bo wywołał we mnie coś, czego nie znałem, coś jak ciepło, nie cierpiałem tego uczucia, ale nie mogłem się go pozbyć, złapało mnie to zupełnie nieprzygotowanego.
- Jasne, że bym cię odkopał. - Odparłem, jakby to była najoczywistsza rzecz świata. - Nawet gdybyś była metr pod powierzchnią. Wyciągnąłbym cię za kaptur, otrzepał i odprowadził do zamku, zanim ktokolwiek by zauważył, że zniknęłaś. - Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że zabrzmiało to jak deklaracja, nie żart, zbyt poważnie, odchrząknąłem więc, próbując to zneutralizować. - A jakbyś już jednak jakimś trafem została tym duchem, pojawiałabyś się tylko zimą, więc uczniowie musieliby czekać cały rok, żeby cię zobaczyć. Byłabyś fascynująca. - To nie była zaczepka. To było… Coś miłego, dziwnie czystego, jak na nas. Spojrzałem na nią z ukosa, tym półuśmiechem, który nie był ani arogancki, ani obronny, tylko - Merlinie wybacz - czuły. Zorientowałem się, co zrobiłem, dopiero gdy to wyszło, wtedy naprawdę zrobiło mi się niewygodnie we własnym ciele. - Nie, nie pozwoliłbym ci na to. To ja mam patent na dramatyczne zniknięcia. - Powiedziałem to z kolejnym uśmiechem, tym razem lekkim, krzywym, takim jak dawniej. Spojrzałem szybko w bok, jakby śnieg miał mnie uratować.
Kiedy usiadłem obok niej i powiedziała, że zostałem mianowany zastępstwem za nietoperze, uśmiechnąłem się jak idiota.
- Doskonale. - Skłoniłem się teatralnie, jak mogłem, siedząc na parapecie. Moje rogi zatrzęsły się dramatycznie. - Wreszcie rola godna mojego talentu. Mam nadzieję, że nie muszę zawisać do góry nogami, bo nie jestem wystarczająco rozciągnięty. - Zerknąłem na nią ukradkiem, trochę za długo, trochę za swobodnie. Siedzieliśmy tak chwilę, w ciszy, ale tym razem to była ta dobra cisza. Nie ciężka, nie nerwowa - stara, znajoma - ta, której nie wiedziałem, że mi brakowało - wiedziałem. Stanęliśmy na chwilę w jakimś dawnym miejscu, w którym kiedyś potrafiliśmy być normalni, prawie normalni, zanim zrobiliśmy się dla siebie nawzajem… Tym, czym byliśmy teraz. Odchyliłem się z pozorną obojętnością, ale rogi na głowie oczywiście znowu zadyndały zupełnie niezgodnie z powagą chwili. Wzięła mój komentarz o „soku dyniowym bez procentów” absolutnie poważnie, co było urocze i trochę… Niebezpieczne, bo musiałem trzymać twarz, żeby się nie zdradzić.
- No, jasne, że go lubisz. Każdy normalny człowiek lubi sok dyniowy. To znaczy… Jeśli nie lubi, to powinien się nad sobą poważnie zastanowić. To napój o fundamentalnym znaczeniu. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, to był ten rodzaj uśmiechu, który robił mi się sam, zanim zdążyłem go wyhamować. - Och, wiesz… - Odparłem, stukając palcami w skórzaną otoczkę butelki. Spojrzałem na Prue nieco dłużej, niż wypadało, nic nie mówiąc, za to wymownie. Pociągnąłem kolejny łyk, coraz bardziej czując się nie jak ktoś, kto udaje luz, tylko jak ktoś, kto naprawdę go ma. - Nie do końca z kolacji. - Przyznałem z tym moim półuśmiechem, tym, który kiedyś widziała codziennie. - To z… Rezerw prywatnych. - Puknąłem lekko palcem w skórzaną osłonkę butelki. - Mogę się podzielić, jeśli chcesz. - Powiedziałem lekko, choć w środku miałem świadomość, że przekazywanie jej czegoś z mojej prywatnej, ukrytej butelki było czymś, czego dzisiejszy ja naprawdę by się po sobie nie spodziewał.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (14755), Prudence Fenwick (9791)




Wiadomości w tym wątku
[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 09.12.2025, 01:00
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 09.12.2025, 03:53
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 09.12.2025, 12:53
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 09.12.2025, 14:42
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 10.12.2025, 01:30
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 10.12.2025, 04:28
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 10.12.2025, 12:17
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 10.12.2025, 17:24
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 10.12.2025, 23:14
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 11.12.2025, 20:33
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 12.12.2025, 00:51
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 13.12.2025, 23:04
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 15.12.2025, 21:45
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 04:01

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa