Geraldine po prostu wiedziała, że gra będzie warta świeczki. Nikt nie mógł stanąć jej na drodze, żaden kuzyn, czy kuzynka. Doskonale wiedziała, że najlepiej będzie się bawić na ostatnich sankach. Nie wchodziła w polemikę, nie, wystarczyło, że spojrzała na kuzyna w ten sposób, a ten wiedział, że nie ma sensu stawać jej na drodze. W końcu była tutaj niemalże księżniczką, no, a przynajmniej w oczach swojego ojca, wiedziała, że wystarczyło tylko słowo, żeby dostała to na czym jej zależy. Nie najgorzej było być pierwszą córką w rodzinie, tatuś ją uwielbiał, a ona dosyć szybko to zauważyła i nie bała się tego wykorzystywać, bo skoro sam dawał jej ku temu okazje... to szkoda byłoby z nich nie korzystać.
Dziewczynka nie zwracała uwagi na stan sanek, to nie było ważne, istotny był tylko ten jeden, wcale nie najmniejszy szczegół - że znajdowały się na samym końcu, to gwarantowało najlepszą rozrywkę. Zdążyła już to wydedukować po poprzednich kuligach, dosyć często je organizowali, nie tylko w święta, jej rodzina uwielbiała spędzać czas na dworze, bez względu na to, jaka akurat była pogoda, co wiązało się często z bardzo fajną rozrywką. Mieli stajnie, mieli konie, więc warto było z tego korzystać.
Skoro znalazła już sobie towarzysza, ba to, że znalazła to nie było wszystko, chyba na serio chciał z nią wylądować na tych ostatnich sankach, to zaczęła mu robić ten krótki instruktaż, jakby sama była specjalistką od kuligów, sanek, śniegu i całej reszty, chociaż miała osiem lat i na pewno nie wiedziała jeszcze wszystkiego. Słuchał jej uważnie, co jej się podobało, rzadko kiedy ktoś jej słuchał w ten sposób, bo była dzieckiem, a więc raczej udawali, że ją słuchają, kiwali głowami a i tak robili swoje, no chyba, że chodziło o tatę, ten zawsze zatańczył tak, jak mu zagrała. Chłopiec na pewno był od niej starszy, ale się tym nie przechwalał, więc zaczynała go lubić, szkoda, że tak rzadko u nich bywał, bo mógł się okazać naprawdę fajnym kompanem do zabaw. Tatuś mówił, że rodzina jego siostry nie do końca za nimi przepada, tatuś tłumaczył jej, że niektórzy mogli nie do końca rozumieć to, w jaki sposób żyli, i że to było w porządku, bo ludzie byli różni. Geraldine uważała, że nie było to prawdą, każdy chciałby spędzać czas tak jak oni, i po prostu im zazdrościli, że tu w Snowdonii mieli tak super.
- Hę? - Na jej twarzy pojawił się grymas, chyba mówił do niej jakimś niezrozumiałym językiem. - To nie jest Walia właściwa? Jest niewłaściwa, może w ogóle być niewłaściwa? - Nie do końca rozumiała o co mu chodzi, była nieco narwaną ośmiolatką, jednak z rezolutnością... bywało u niej różnie.
- Na pewno w przeszłości ktoś zginął. - Odpowiedziała bardzo poważnie. Czasem podsłuchiwała rodziców, gdy rozmawiali kiedy ojciec wracał z polowań i zdarzało się, że słyszała o tym, iż ktoś umarł. Podczas kuligów na pewno też ktoś kiedyś musiał umrzeć, to było całkiem jasne.
- Super, a jak latasz bez skrzydeł? Uczą Was tego w Hogwarcie? - Wszystko, co było związane ze szkołą magii okropnie ją interesowało, jej brat ostatnio jednak coraz mniej chętnie dzielił się z nią swoimi opowieściami. Wiedziała, że można było latać na miotle, sama dostała już swoją miotełkę i nawet nie najgorzej jej to wychodziło, ale kuzyn mówił o tym tak, jakby naprawdę potrafił latać, jak smok, czy coś.
- To zależy, jak wypadniesz gdzieś daleko możesz się zgubić, ale to też fajne. - Wiązało się w końcu z przygodą, a tych nigdy zbyt wiele. - Wiesz co, tak serio, wilki to nie jest najlepszy wybór, bo mogą chcieć Cię zjeść, sarenki są spoko, albo jelenie, no nawet łosie. - Postanowiła nieco mu doradzić, skoro miał takie plany, bo jeszcze skończyłby jako kolacja dla wilków, a szkoda by było, wydawał się być całkiem spoko.
Usiedli w końcu na sankach, Geraldine trzymała się ich kurczowo, swoimi małymi rączkami, wiedziała, że od tego zależało, czy uda jej się dotrwać do końca tego przejazdu. Na jej twarzy malowało się skupienie, czekała, aż tata da znak, no i dał, w końcu ruszyli. Na początku bardzo powoli, ale to była tylko chwila, Gerard wiedział, co sprawia najwięcej frajdy.
Piszczała zadowolona, kiedy śnieg sypał jej w twarz, śmiała się głośno, kochała te momenty, kiedy nikt się niczym nie przejmował, a zdarzały się one w ich przypadku bardzo często. Ojciec jechał coraz szybciej, specjalnie brał ostre zakręty, aby nieco poruszyć sankami, a że oni znajdowali się na samym końcu... to bujało, tak jak miało bujać. - PRAWO! - Krzyknęła, musieli się przechylić, żeby jeszcze mocniej wejść w zakręt, krzyknęła prawo, ale nie była pewna, czy faktycznie to było prawo, czy nie lewo, mniejsza o to, bo i tak bujało, śnieg sypał im się na twarze, ubrania, właściwie chyba wszędzie, to było naprawdę cudowne.