Uśmiechnęła się pod nosem dość leniwie.
– Panie Montbel, nie ma na tym świecie rzeczy niemożliwych, proszę spojrzeć na mnie – zaśmiała się przy tym cicho. – I na alergię na słońce można coś zaradzić – i już ona doskonale wiedziała co, bo opracowała taki eliksir. Co prawda póki co wiedziała o tym tylko jedna jedyna osoba: ta, dla której go stworzyła i na której go testowała, ale wierzyła, że recepturę można dopracować i przedstawić szerszemu gronu. Pytanie tylko, czy było to mądre. Z pewnością były wampiry, które to docenią i którym to pomoże, ale były też takie, które staną się przez to większym zagrożeniem. Tak jednak było ze wszystkim, z każdym wynalazkiem, z każdym przełomowym odkryciem. Czy chciała to wampirom zabierać i zakazywać dlatego, że można to było źle wykorzystać? Nie. Uważała, że powinni dostać szansę. To jednak co powiedział później dawało do myślenia, nie zastanawiała się nad tym wcześniej. To znaczy doskonale znała metody stworzenia wampira, po prostu nie myślała o tym w kontekście krwi, jaka krążyła w żyłach części jej kuzynostwa. – No tak, racja. Jakoś o tym wcześniej nie pomyślałam – nawet w kontekście żartu. I wzruszyła ramionami właśnie dlatego, że był to żart.
– To musi być bardzo namacalna iluzja w takim razie – odparła, po czym wkroczyła do oranżerii, rozglądając się bardzo czujnie na boki. – Obraz, który widziałam już tydzień temu. Wtedy też stała tutaj róża w donicy, dokładnie tak jak teraz i wyniosłam ją do siebie do domu, żeby zbadać ją na spokojnie. Nadal ją mam – odwróciła się do Gabriela, by na niego spojrzeć, a teraz rozglądała się czujnie po wnętrzu oranżerii. W te wszystkie kąty i zakamarki, w które nie spojrzała ostatnim razem, zmartwiona reakcją i stanem Laurenta, który doświadczył tutaj jakiejś dziwnej wizji. – Martwi mnie to, że sytuacja się powtarza, niemalże jeden do jednego – dodała ciszej. – Jest za mała. I przy tym jest też bardzo stara. Proszę spojrzeć – wyciągnęła przy tym dłoń, chcąc dotknąć płatków, tak jak poprzednio. Były mokre, jakby ktoś je dopiero co podlał, a przecież byli tutaj sami. Przecież…
Usłyszała za sobą kroki i odwróciła się gwałtownie, celując różdżką w stronę wyjścia, nikogo tam jednak nie było. To znaczy nikogo oprócz Gabriela. Głośniej wypuściła powietrze przez usta. Nie miała zielonego pojęcia co tu się dzieje, ale to chyba znaczyło, że tym szybciej powinna się dostać na Polanę Ognisk i sprawdzić, czy róże były też tam. Niepokoiło ją to wszystko; te powtarzające się sytuacje, róże, które opanowały ogród w jedną noc, to, czym mogły się posilać, że wyrosły takie piękne, ślady dłoni, które widziała, dźwięki kroków. Machnęła różdżką, nie zamierzając pozwolić, by uciekł stąd ktoś, kto się ukrywał pod jakąś iluzją, albo strzelono zaklęciem w nią lub jej towarzysza.
// Rozpraszanie ◉◉◉◉○
Sukces!
Dopiero wtedy, gdy upewniła się, że naprawdę nikogo tutaj nie ma, nieco się uspokoiła. Ale to nie tłumaczyło wielu rzeczy.
– Nie wiem kto ją tutaj zostawił. Ogrodnicy mają surowy zakaz dotykania, podlewania, zajmowania się różami – a te nie więdły. Powinna sprawdzić magię, jaka działała na to miejsce. Powinna przyłożyć się do tego bardziej. Powinna… Powinna bardzo wiele rzeczy. – Przepraszam, że musi pan oglądać ten ogród w takim stanie. Obiecuję, że normalnie jest piękniejszy i z pewnością nie dzieją się tutaj takie dziwne rzeczy – ale jeśli te kwiaty żerowały na innych roślinach, to może paść tutaj wszystko. Powinna napisać do Mirabelli Abbott.