11.12.2025, 11:04 ✶
Pozwolił kobiecie poprowadzić rozmowę, nawet trochę wdzięczny za jej inicjatywę, która jednak nie na wiel się zdała - ledwo Guinevere zaczęła mówić, przerwało jej szczebiotanie dziewczyny, zakończone entuzjastycznym zaproszeniem do wnętrza.
- Nie patrzcie tak na mnie, przecież was nie zjem! - z jakiegoś powodu to zdanie wcale Lazarusa nie uspokoiło, ale deszcz lał, noc zbliżała się nieubłaganie, a wnętrze domu było ciepłe i zapraszające. Poczuł, jak jego granicząca z paranoją ostrożność kruszeje.
- Często dzieją się tu takie rzeczy? - zapytał. Dobrze byłoby nie spędzać w tym miejscu więcej czasu, niż to konieczne.
A potem pojawił się gadający pies. Lazarus zamrugał. Animag? W każdym razie raczej nie trafili na mugoli, mogli się więc pilnować odrobinę mniej. Lovegood zerknął na Guinevere, która weszła do pomieszczenia, skuszona prawdopodobnie perspektywą przeczekania burzy w suchym miejscu. Ich spojrzenia spotkały się, nie wydawała się spokojna. To dobrze. Z wahaniem również postąpił do przodu.
- Burze? Co jakiś czas się zdarza - padła nieprecyzyjna i całkiem nieprzydatna odpowiedź - Ale nie przejmujcie się, do rana minie.
Do rana?!
Nie było nawet możliwości wysłać sowy w taki deszcz.
Kiedy gospodyni zniknęła w głębi domu, Lazarus mruknął do Guinevere:
- Nie bardzo mamy wybór, chyba, że jesteśmy gotowi wrócić na dwór… - wcale specjalnie mu się to nie uśmiechało. Nie był gotowy na biwak, a już na pewno nie w takich warunkach - Myślę, że powinniśmy być czujni. Tu jest… dziwnie.
Ukrył różdżkę w kieszeni spodni i zdjął przemoczony płaszcz. Wzdrygnął się, gdy strużka zimnej wody spłynęła mu za kołnierz.
Dziewczyna wróciła w towarzystwie drugiej, wyglądającej na młodszą, ale tak podobnej, że nie było wątpliwości, że to siostry.
- Tak, doskonale, rozbierajcie się! - zakomenderowała, wciskając stos ręczników w dłonie towarzyszki i ruszając, by odebrać od nich okrycia - Weźcie buty, wysuszymy przy kominku!
Nieco oszołomieni dali się wprowadzić do salonu, gdzie ogień w kominku faktycznie płonął wesoło, a na stoliczku czekał zestaw do herbaty. Wytarli się ręcznikami. Lazarus, trochę mniej mokry, ale wciąż zmarznięty, przysunął się bliżej kominka. Spojrzał z odrobiną zakłopotania na mokre ślady, które zostawił na podłodze.
- Przeczekamy tylko deszcz i znikamy - powiedział tonem usprawiedliwienia, albo może żeby umocnić się w tym przekonaniu, bo ciepło bijące od kominka było najprzyjemniejszym wrażeniem tego tygodnia. Młodsza z dziewcząt zachichotała cicho.
- Nie patrzcie tak na mnie, przecież was nie zjem! - z jakiegoś powodu to zdanie wcale Lazarusa nie uspokoiło, ale deszcz lał, noc zbliżała się nieubłaganie, a wnętrze domu było ciepłe i zapraszające. Poczuł, jak jego granicząca z paranoją ostrożność kruszeje.
- Często dzieją się tu takie rzeczy? - zapytał. Dobrze byłoby nie spędzać w tym miejscu więcej czasu, niż to konieczne.
A potem pojawił się gadający pies. Lazarus zamrugał. Animag? W każdym razie raczej nie trafili na mugoli, mogli się więc pilnować odrobinę mniej. Lovegood zerknął na Guinevere, która weszła do pomieszczenia, skuszona prawdopodobnie perspektywą przeczekania burzy w suchym miejscu. Ich spojrzenia spotkały się, nie wydawała się spokojna. To dobrze. Z wahaniem również postąpił do przodu.
- Burze? Co jakiś czas się zdarza - padła nieprecyzyjna i całkiem nieprzydatna odpowiedź - Ale nie przejmujcie się, do rana minie.
Do rana?!
Nie było nawet możliwości wysłać sowy w taki deszcz.
Kiedy gospodyni zniknęła w głębi domu, Lazarus mruknął do Guinevere:
- Nie bardzo mamy wybór, chyba, że jesteśmy gotowi wrócić na dwór… - wcale specjalnie mu się to nie uśmiechało. Nie był gotowy na biwak, a już na pewno nie w takich warunkach - Myślę, że powinniśmy być czujni. Tu jest… dziwnie.
Ukrył różdżkę w kieszeni spodni i zdjął przemoczony płaszcz. Wzdrygnął się, gdy strużka zimnej wody spłynęła mu za kołnierz.
Dziewczyna wróciła w towarzystwie drugiej, wyglądającej na młodszą, ale tak podobnej, że nie było wątpliwości, że to siostry.
- Tak, doskonale, rozbierajcie się! - zakomenderowała, wciskając stos ręczników w dłonie towarzyszki i ruszając, by odebrać od nich okrycia - Weźcie buty, wysuszymy przy kominku!
Nieco oszołomieni dali się wprowadzić do salonu, gdzie ogień w kominku faktycznie płonął wesoło, a na stoliczku czekał zestaw do herbaty. Wytarli się ręcznikami. Lazarus, trochę mniej mokry, ale wciąż zmarznięty, przysunął się bliżej kominka. Spojrzał z odrobiną zakłopotania na mokre ślady, które zostawił na podłodze.
- Przeczekamy tylko deszcz i znikamy - powiedział tonem usprawiedliwienia, albo może żeby umocnić się w tym przekonaniu, bo ciepło bijące od kominka było najprzyjemniejszym wrażeniem tego tygodnia. Młodsza z dziewcząt zachichotała cicho.