11.12.2025, 12:49 ✶
Gdy Lorien odchrząknęła, Charlotte lekko wyprostowała plecy. Ale nic poza tym. Spojrzała na nią pytająco, bo przecież nie zrobiła nic złego? Odrobinę opuściła ramiona, to wszystko. Nie skojarzyła, że chodziło o to spojrzenie, którego nie potrafiła opanować. Alexander mocno nadepnął jej na odcisk tą zwrotką kartki, chociaż sam pewnie nie miał pojęcia, że Lottie żywi do niego aż taką urazę. Nawet tej karteluszki nie widział.
- Mówisz, ciociu, że to mógł być ktoś z... nich? - ostatnie słowo niemalże wypluła. Pogarda i jad były tu nie do podrobienia. Lorien niechcący przekierowała jej złość ze śmierciożerców na mugolaków. Być może to nie było jej intencją, ale widać było, że młoda Charlotte zaczęła myśleć nad tym intensywnie. Zmilkła i chciała coś dodać, być może sprostowanie, ale wtrąciła się Philomena. - Chyba wyczerpałaś temat, babciu. Nie mogłabym tego lepiej ująć.
Powiedziała pokornie, chociaż w jej głosie nie było słychać podlizywania się. Philomena ubrała w słowa wszystko to, co Charlotte uważała. Uśmiechnęła się do niej lekko, z dumą. Była dumna, że miała w swojej rodzinie tak mądre kobiety. Nadal nie rozumiała, czemu ją odsunięto od tego typu spotkań. Czy Thaddeus coś ukrywał przed swoją córką?
- Nigdy nie powiedziałam, że to jest moja opinia - odpowiedziała nad wyraz łagodnie Alexandrowi. - Powtarzam to, co mówią moi czystokrwiści przyjaciele. Ale tak, zgadzam się z niektórymi ich poglądami. To, co się stało, było mało przemyślane, ale ciocia i babcia już wyjaśniły, jak powinno wyglądać porządne naprawienie naszego świata.
Miała ochotę wzruszyć ramionami, ale tego nie zrobiła. Kartka, kartka... nie mogła zapomnieć o tym, że Alexander Mulciber był chamem. Sięgnęła po kieliszek.
- Dziękuję i doceniam pomoc - odpowiedziała cicho, chociaż w myślach dokończyła, że i tak z niej nie skorzysta. Nie widziała sensu jednak w mówieniu tego na głos.
A potem Richard wybuchł.
Dłoń Charlotte zadrżała - dobrze, że wino wypełniało kieliszek tak, jak kultura przykazała. Tylko dzięki temu, że ciecz nie wypełniała naczynia po brzegi, uniknęła rozlania.
- Richard - syknęła, mrużąc oczy. Czy on się nie zapominał? Jak on mógł coś takiego mówić o jej ukochanej cioci? - Znam Lorien dłużej, niż ciebie. To ona opatrywała mi kolano, które zdarłam, gdy biegałam w ogrodzie. To ona co miesiąc pyta, czy wszystko u mnie w porządku. To ona ocierała łzy moje i mojej matki, gdy umarł mój ojciec.
Lubiła Richarda, zawsze trzymała się blisko z tą częścią rodziny, ale nie miała żadnego problemu, by unieść rękę, gdy ktoś przekraczał granice. A kuzyn właśnie to zrobił. Odłożyła kieliszek na stół.
- Jak możesz tak mówić? - głos jej zadrżał, a piekielne, srebrne piętno zadrżało. - Ciocia Lorien zawsze była częścią rodziny. Uważam, że powinieneś ją przeprosić.
Głos miała lodowaty. W teorii bezemocjonalny, ale każde słowo chlastało ego kuzyna, punktując to, że jeżeli chodzi o tę rodzinę, to nie on był wspierającą osobą, a ta, którą teraz znieważał. Zacisnęła dłonie w pięści, zrobiła to jednak na swoich kolanach, żeby się uspokoić.
A potem swoją tyradę rozpoczął Alexander. Charlotte odruchowo spuściła wzrok. Słyszała, że Robert zmarł z przyczyn naturalnych. Wiedziała, że Richardowi było ciężko i to, co mówił teraz Alexander, było okrutne. Bolesne. Ale w sumie Rick sobie na to zasłużył.
Lorien się broniła. Wstała, zaczęła mówić rzeczy okropne. Zerknęła na nią, ale nie powiedziała nic. Poczuła, jak dreszcz przechodzi jej wzdłuż kręgosłupa. Tak wyglądały kłótnie w rodzie Mulciberów? Być może ojciec miał trochę racji, że ją przed tym chronił. Atmosfera nagle zrobiła się zimna jak na Antarktyce. Charlotte wbiła wzrok w swój talerz. Odechciało jej się jeść.