11.12.2025, 14:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.12.2025, 14:05 przez Aaron Andrew Moody.)
Wraz z Lorką żegnamy się z Morpheusem i wychodzimy.
"Auror źle wypełniałby swoje obowiązki, gdyby musiał się zapowiadać."
Aaron spuścił oczy, jak gdyby potrzebował zastanowić się chwilę nad słowami sędziny. Wzrok jego przesunął się od dołu, od pantofelków Lorien, aż do góry, po jej twarz, na której odmalował się uśmiech, szybciej niż się pojawił skryty jednak za dłonią przyobleczoną w rękawiczkę. Nieme przytaknięcie, wyrażone nie gestem, lecz spojrzeniem. Spojrzeniem, którym objął ją od stóp do głowy. Być może zbyt opieszałe, ażeby nazwać je przyzwoitym. Ażeby udawać, że właśnie tym są. Aurorem i sędzią. Sędzią i aurorem. Chociaż, gdyby się nad tym zastanowić, czy naprawdę musieli cokolwiek udawać? Gdy siedział wieczorami w biurze, jednym okiem zerkał przecież na stare lusterko dwukierunkowe, oparte o stojące na biurku ramki ze zdjęciami. "Nie mów, że znowu masz dyżur", mówiła Lorien. "Nie słyszę cię, mam jakieś zakłócenia", odmrukiwał nie raz w odpowiedzi Aaron, tylko po to, żeby mieć wymówkę, żeby do niej zajrzeć. Albo żeby ona zajrzała do niego, mimo, że siedzieli przez ścianę.
Jak na ludzi, których tożsamość definiowana była przez profesje, jakim się poświęcili, tak łatwo przyszło im granice profesjonalizmu przekroczyć.
A jednak Aaron zachowywał pozory lepiej niż możnaby się było spodziewać. Ani Lorien, ani Morpheus, nie wydawali się bowiem zważać na napięcie obecne w jego ruchach, na zazdrość, która błysnęła na dnie jego oczu. W końcu jego zaczepka w stronę Morpheusa niczym nie różniła się przecież od gówniarskiego "orientuj się" starszego brata, po którym z głośnym trzaskiem teleportował się na drugi koniec pokoju. Zaraz po tym, jak podstawił młodszemu nogę, rzecz jasna. Ale Morpheus nawet za dzieciaka rzadko nabierał się na te żarty. Aaron przesunął spojrzeniem i po jego twarzy. Aby być dobrym aurorem, należało nauczyć się zwracać uwagę na rzeczy, na które inni uwagi nie zwracali, a może zwracać nie chcieli. Należało umieć zadawać odpowiednie pytania, podchodzić do ludzi pod odpowiednim kątem. Niczym nie różniło się to od nauki właściwej postawy bojowej podczas zajęć w klubie pojedynków czy szkoleń dla brygadierów, jakie musiał przejść. Niczym nie różniło się to od treningów szermierki Morpheusa, od najmłodszych lat otoczonego stadem guwernerów. Od lekcji retoryki prawniczej, jakie pobierać musiała Lorien.
"I jaki byłby ze mnie Niewymowny, aby zdradzać wszystkie tajemnice?"
– Osąd oddaję pani sędzinie – odpowiedział Moody, niby to żartobliwie, a jednak zachowując wciąż powagę właściwą przypisanej mu roli, ucinając już i tak krótką przecież wymianę zdań. Quae sunt caesaris, caesari, mógłby rzucić łacińską maksymą, podsumowującą to wszystko, o czym przed chwilą mówili. Być może niepotrzebnie się martwił... Wiedział jednak, że odczuje ulgę, gdy wyrwą się wreszcie wraz z Lorien z tego gniazda żmij. Nachylił ku niej głowę, gdy kierowali się już w stronę szatni i wyjścia, cicho pytając, czy nie zmęczyła się zbytnio. Zatrzymywali się dla niepoznaki wtedy tylko, gdy Lorien chciała się pożegnać ze znajomymi.
– Wciąż mam twoją spinkę – mruknął miękko nad jej uchem, pomagając założyć futro.
Dopiero na sam koniec wieczoru nikły uśmiech wykrzywił usta Aarona, ukradkowym skinięciem głowy pokazującego, że powierzył złotą wsuwkę opiece małego dementorka, drzemiącego w kieszeni jego marynarki.
"Auror źle wypełniałby swoje obowiązki, gdyby musiał się zapowiadać."
Aaron spuścił oczy, jak gdyby potrzebował zastanowić się chwilę nad słowami sędziny. Wzrok jego przesunął się od dołu, od pantofelków Lorien, aż do góry, po jej twarz, na której odmalował się uśmiech, szybciej niż się pojawił skryty jednak za dłonią przyobleczoną w rękawiczkę. Nieme przytaknięcie, wyrażone nie gestem, lecz spojrzeniem. Spojrzeniem, którym objął ją od stóp do głowy. Być może zbyt opieszałe, ażeby nazwać je przyzwoitym. Ażeby udawać, że właśnie tym są. Aurorem i sędzią. Sędzią i aurorem. Chociaż, gdyby się nad tym zastanowić, czy naprawdę musieli cokolwiek udawać? Gdy siedział wieczorami w biurze, jednym okiem zerkał przecież na stare lusterko dwukierunkowe, oparte o stojące na biurku ramki ze zdjęciami. "Nie mów, że znowu masz dyżur", mówiła Lorien. "Nie słyszę cię, mam jakieś zakłócenia", odmrukiwał nie raz w odpowiedzi Aaron, tylko po to, żeby mieć wymówkę, żeby do niej zajrzeć. Albo żeby ona zajrzała do niego, mimo, że siedzieli przez ścianę.
Jak na ludzi, których tożsamość definiowana była przez profesje, jakim się poświęcili, tak łatwo przyszło im granice profesjonalizmu przekroczyć.
A jednak Aaron zachowywał pozory lepiej niż możnaby się było spodziewać. Ani Lorien, ani Morpheus, nie wydawali się bowiem zważać na napięcie obecne w jego ruchach, na zazdrość, która błysnęła na dnie jego oczu. W końcu jego zaczepka w stronę Morpheusa niczym nie różniła się przecież od gówniarskiego "orientuj się" starszego brata, po którym z głośnym trzaskiem teleportował się na drugi koniec pokoju. Zaraz po tym, jak podstawił młodszemu nogę, rzecz jasna. Ale Morpheus nawet za dzieciaka rzadko nabierał się na te żarty. Aaron przesunął spojrzeniem i po jego twarzy. Aby być dobrym aurorem, należało nauczyć się zwracać uwagę na rzeczy, na które inni uwagi nie zwracali, a może zwracać nie chcieli. Należało umieć zadawać odpowiednie pytania, podchodzić do ludzi pod odpowiednim kątem. Niczym nie różniło się to od nauki właściwej postawy bojowej podczas zajęć w klubie pojedynków czy szkoleń dla brygadierów, jakie musiał przejść. Niczym nie różniło się to od treningów szermierki Morpheusa, od najmłodszych lat otoczonego stadem guwernerów. Od lekcji retoryki prawniczej, jakie pobierać musiała Lorien.
"I jaki byłby ze mnie Niewymowny, aby zdradzać wszystkie tajemnice?"
– Osąd oddaję pani sędzinie – odpowiedział Moody, niby to żartobliwie, a jednak zachowując wciąż powagę właściwą przypisanej mu roli, ucinając już i tak krótką przecież wymianę zdań. Quae sunt caesaris, caesari, mógłby rzucić łacińską maksymą, podsumowującą to wszystko, o czym przed chwilą mówili. Być może niepotrzebnie się martwił... Wiedział jednak, że odczuje ulgę, gdy wyrwą się wreszcie wraz z Lorien z tego gniazda żmij. Nachylił ku niej głowę, gdy kierowali się już w stronę szatni i wyjścia, cicho pytając, czy nie zmęczyła się zbytnio. Zatrzymywali się dla niepoznaki wtedy tylko, gdy Lorien chciała się pożegnać ze znajomymi.
– Wciąż mam twoją spinkę – mruknął miękko nad jej uchem, pomagając założyć futro.
Dopiero na sam koniec wieczoru nikły uśmiech wykrzywił usta Aarona, ukradkowym skinięciem głowy pokazującego, że powierzył złotą wsuwkę opiece małego dementorka, drzemiącego w kieszeni jego marynarki.
Postacie opuszczają sesję
Lorien Mulciber & Aaron Moody
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.