02.03.2023, 10:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2023, 10:14 przez Cathal Shafiq.)
Dobrze, że nie doszło do dyskusji o kapeluszach. Shafiq mógłby się bardzo oburzyć i zacząć wykład o znaczeniu nakrycia głowy oraz odpowiedniego ubioru w krajach, w których słońce jest dużo mocniejsze od Anglii. A te przedziwne postacie zapewne zinterpretowałyby to wszystko po swojemu, aż mężczyzna doszedłby do wniosku, że tak, zdecydowanie, na pewno oszalał. Gorzej, że nie doszło do tej dyskusji, bo karty i królowa przystąpili do ataku.
Cathal nawet nie zdziwił się, że jego zaklęcie nie zadziałało tak, jak powinno. Logika tego przedziwnego miejsca sprawiała, że choć chciał rzucić Drętwotę, efekt w postaci wypalenia dziury zdawał się umysłowi Shafiqa całkowicie normalny.
Ale obecność Nolana?
Już nie.
Cathal zamarł, jak zamieniony w posąg, przypatrując się znajomej twarzy. Jego wuj, kierownik prac archeologicznych w Irlandii, który zginął w zwale, stał przed nim…
…prawie jak żywy, bo właściwie Cathal zapamiętał go z ludzkim, nie karcianym ciałem.
Ty nie żyjesz, pomyślał, a potem jego spojrzenie powędrowało ku reszcie karcianych rycerzy. Cassiopeia. Egzorcystka i wywoływaczka duchów, która zdawała się zawsze mieć mocniejszy kontakt z tą „drugą stroną” niż żywymi. Martwa. Irlandczyk Riley O’Connor, z włosami jak płomień, główny archeolog. Martwy. Ayden, specjalista od run i mechanizmów… martwy.
Wy wszyscy nie żyjecie.
Nie poruszył się, kiedy przeszli obok niego, gdy cięcie zabiło – nie zabiło Jamila, a biały królik stał się najpierw bezgłowym królikiem, potem zaś kocią głową, unoszącą się w powietrzu. Cathal ledwo to zauważył. Powinien rzucić się do ucieczki albo próbować się bronić, zaatakować karcianych rycerzy magią. Może to logika snu, może choroba, w połączeniu z którą to miejsce przeciążało jego umysł, sprawiły jednak, że nie zdołał ruszyć się z miejsca.
Riley zamierzył się na niego halabardą i…
*
…Cathal obudził się.
Na jego twarz spadła kropla deszczu. Pierwsza, potem druga i trzecia. Leżał w ogrodzie matki, w miejscu, gdzie rozrosły się chwasty i chaszcze, zapatrzony w zachmurzone niebo, a biały królik, sprawca zamieszania, siedział tuż obok i próbował zjeść jasne włosy Shafiqa. Gdy ten drgnął, zwierzak prysnął gdzieś pomiędzy krzewy.
- Jasna cholera – powiedział Cathal. Usiadł powoli, z pewnym trudem. Głowa mu pękała. Jak się okazało, wcale nie z powodu tego szalonego snu (choć jego fragmenty wirowały w umyśle Shafiqa i sam sobie dziwił, że potrafił stworzyć w głowie takie przedziwne rzeczy…), a dlatego, że tę głowę rozbił. Gdy uniósł dłoń i dotknął czaszki, okazało się, że pod palcami czuje krew.
Spojrzenie jasnych oczu powędrowało ku chaszczom. Wyglądało na to, że nie było tu żadnej zapadni, za to matka faktycznie coś porzuciła w trawie. Może w ramach pułapki na intruzów? Cathal nawet nie próbował się zastanawiać, o co mogło chodzić: Isabella Gaunt pod koniec życia była w końcu niemal zupełnie szalona i cierpiała na manię prześladowczą.
Może on też był szalony, skoro miał takie sny. Po co czytał tamtą książkę Carolla?
Shafiq podniósł się powoli. Wyglądało na to, że przyjdzie mu odwiedzić uzdrowicielkę, choć wpadnięcie teraz do Nell było jedną z ostatnich rzeczy, na jakie miał ochotę…
Cathal nawet nie zdziwił się, że jego zaklęcie nie zadziałało tak, jak powinno. Logika tego przedziwnego miejsca sprawiała, że choć chciał rzucić Drętwotę, efekt w postaci wypalenia dziury zdawał się umysłowi Shafiqa całkowicie normalny.
Ale obecność Nolana?
Już nie.
Cathal zamarł, jak zamieniony w posąg, przypatrując się znajomej twarzy. Jego wuj, kierownik prac archeologicznych w Irlandii, który zginął w zwale, stał przed nim…
…prawie jak żywy, bo właściwie Cathal zapamiętał go z ludzkim, nie karcianym ciałem.
Ty nie żyjesz, pomyślał, a potem jego spojrzenie powędrowało ku reszcie karcianych rycerzy. Cassiopeia. Egzorcystka i wywoływaczka duchów, która zdawała się zawsze mieć mocniejszy kontakt z tą „drugą stroną” niż żywymi. Martwa. Irlandczyk Riley O’Connor, z włosami jak płomień, główny archeolog. Martwy. Ayden, specjalista od run i mechanizmów… martwy.
Wy wszyscy nie żyjecie.
Nie poruszył się, kiedy przeszli obok niego, gdy cięcie zabiło – nie zabiło Jamila, a biały królik stał się najpierw bezgłowym królikiem, potem zaś kocią głową, unoszącą się w powietrzu. Cathal ledwo to zauważył. Powinien rzucić się do ucieczki albo próbować się bronić, zaatakować karcianych rycerzy magią. Może to logika snu, może choroba, w połączeniu z którą to miejsce przeciążało jego umysł, sprawiły jednak, że nie zdołał ruszyć się z miejsca.
Riley zamierzył się na niego halabardą i…
*
…Cathal obudził się.
Na jego twarz spadła kropla deszczu. Pierwsza, potem druga i trzecia. Leżał w ogrodzie matki, w miejscu, gdzie rozrosły się chwasty i chaszcze, zapatrzony w zachmurzone niebo, a biały królik, sprawca zamieszania, siedział tuż obok i próbował zjeść jasne włosy Shafiqa. Gdy ten drgnął, zwierzak prysnął gdzieś pomiędzy krzewy.
- Jasna cholera – powiedział Cathal. Usiadł powoli, z pewnym trudem. Głowa mu pękała. Jak się okazało, wcale nie z powodu tego szalonego snu (choć jego fragmenty wirowały w umyśle Shafiqa i sam sobie dziwił, że potrafił stworzyć w głowie takie przedziwne rzeczy…), a dlatego, że tę głowę rozbił. Gdy uniósł dłoń i dotknął czaszki, okazało się, że pod palcami czuje krew.
Spojrzenie jasnych oczu powędrowało ku chaszczom. Wyglądało na to, że nie było tu żadnej zapadni, za to matka faktycznie coś porzuciła w trawie. Może w ramach pułapki na intruzów? Cathal nawet nie próbował się zastanawiać, o co mogło chodzić: Isabella Gaunt pod koniec życia była w końcu niemal zupełnie szalona i cierpiała na manię prześladowczą.
Może on też był szalony, skoro miał takie sny. Po co czytał tamtą książkę Carolla?
Shafiq podniósł się powoli. Wyglądało na to, że przyjdzie mu odwiedzić uzdrowicielkę, choć wpadnięcie teraz do Nell było jedną z ostatnich rzeczy, na jakie miał ochotę…
Koniec sesji