11.12.2025, 20:33 ✶
Śnieg gęstniał z każdą minutą, a atmosfera w wieży robiła się tak lekka i swobodna, że łatwo było w niej utonąć. Nie spodziewałem się, że tak szybko wrócimy do czegoś, co dawno temu było dla nas naturalne, a dziś… Teraz z dnia na dzień, roku na rok, wydawało się coraz bardziej nieprawdopodobne. Wystarczyło jednak kilka zdań, spojrzeń, reakcji, żeby to coś - jakkolwiek by to nazwać - zaczęło się rozluźniać, odkuwać się z lodu. Nie wiedziałem, co działo się w głowie Prudence, mogłem tylko obserwować jej mimikę, więc obserwowałem uważnie - aż za bardzo, jak na mnie. Jedynym czynnikiem łagodzącym było to, że ona też patrzyła na moją czapkę zdecydowanie za długo, nie próbowała tego maskować, jej wzrok skakał między moimi oczami a tymi idiotycznymi reniferowymi rogami, jakby zastanawiała się, czy one naprawdę mogą być częścią jednego obrazu człowieka. Oczywiście, że nie mogłem porzucić tej okazji.
- Patrzysz na moje rogi aż tak intensywnie - odezwałem się, jakby to było najnaturalniejsze stwierdzenie na świecie - że zaraz zacznę podejrzewać, że ci się podobają. Albo że chcesz mi je ukraść. - Wypuściłem powietrze nosem, w tym momencie naprawdę ciężko było mi zachowywać dystans, o wiele za ciężko, to nie była zaczepka, nie w stylu tych zwyczajnych.
A kiedy przygryzła wargę - może przypadkiem, może nie, wydawało mi się, że raczej w namyśle - poczułem, jak coś we mnie się napięło, jakby kurtka zrobiła się o rozmiar za mała - nie z nerwów, wręcz przeciwnie, to był inny rodzaj reakcji, wynik narastającej świadomości chwili, w której się znaleźliśmy. Ona też nie wyglądała na spiętą w ten sam sposób co wcześniej, nadal trzymała ostrożność, ale… Miękła, widziałem to po jej ramionach, po tym, jak przestawała siedzieć sztywno, po oddechu, który opuszczał jej płuca wolniej, dłużej - nietoperz na swetrze poruszał się spokojnie, nie falował przy zbyt szybkich i nerwowych oddechach - to było znajome, niepokojąco znajome.
Kiedy zaczęła snuć całą tę logistykę remontu wieży przez rodzinę nietoperzy, wpadłem w rytm jak za starych czasów - nawet nie zauważyłem kiedy.
- Nie, nie, nie. - Powiedziałem, zaprzeczając jej zaprzeczeniu, a potem unosząc palec, jakbyśmy omawiali realny projekt architektoniczno-rearanżacyjny. - Najpierw pan nietoperz od wylatywania mebelków musi zaczekać na pana nietoperza konserwatora, takiego z właściwym dyplomem i uprawnieniami, który przeprowadzi inspekcję, bo to zabytek. On zawsze przychodzi w złym humorze. Nie lubi kolorów ścian. Krytykuje je od progu. Uznaje tylko klasykę, ma być cegła i czerń węglowa, ewentualnie drewno. Naturalne materiały. - Podkreśliłem tonem znawcy tematu. Kątem oka sprawdziłem jej minę, nie było w niej nic ochronnego, nic chłodnego - tylko czysta, absurdalna wyobraźnia. - Dopiero jak skończy narzekać na nowoczesne trendy, zrobi audyt i wyda zezwolenie - ciągnąłem dalej - wtedy specjalista wykonawczy może pozbyć się gratów, przemalować ściany na kompromisową popiołową szarość, a potem para nietoperzy może zacząć przybijać własne meble… Powiedzmy, że z początkiem czerwca? Jeśli weźmiemy pod uwagę, że zaczną proces w marcu, a nie w maju. A potem jeszcze te wszystkie nagłe problemy wykonawcze. Wyobraź sobie pana nietoperza próbującego zamontować żyrandol do góry nogami. Na pewno chciałby wyglądać męsko, a skończyłby zaplątany w łańcuch. No i oczywiście pani nietoperzowa nie zaakceptuje niczego, co powiesi pan nietoperz, zanim się z nią nie skonsultuje. Absolutnie niczego. „Vladislavie, męską jaskinię masz w Timișoarze.” - Westchnąłem ciężko, potrząsając głową. Roześmiałem się - normalnie, lekko, zupełnie jak kiedyś. Mówiła, jakby widziała ten cały absurd w najdrobniejszym detalu, a ja jakoś wiedziałem, jak jej odpowiedzieć - ten ton, ten rytm, ten rodzaj żartu, który działał tylko na nią, to nie było świadome, nie planowałem tego, nic nie kalkulowałem. - Oczywiście, że by się pokłócili o kolor kanapy. - Powiedziałem, opierając ramię o ścianę i odchylając głowę tak, by rogi poruszyły się przy tym niemal teatralnie. - I to nie raz. Nietoperze są stworzeniami dramatycznymi. Wiesz, ile temperamentu trzeba mieć, żeby wściekać się, stojąc do góry nogami? Cała krew spływa im do łebków, przegrzewają się, tracą zdolność oceny sytuacji… W efekcie mają więcej kłótni na metr kwadratowy niż uczniowie na korytarzu. - Spojrzałem na nią i przez chwilę widziałem ją jak dawniej - tę samą dziewczynę, która potrafiła utonąć w absurdalnej historii tak szczerze, jakby świat naprawdę ją do tego zaprosił, ta dawna miękkość wróciła do niej jak zimowy oddech. Nie musiałem zastanawiać się, co zrobić - po prostu… Się śmiałem, mówiłem, reagowałem - to stało się samo. - Grafik też oczywiście ustalą pod siebie. - Dodałem tonem, który nie dopuszczał innej możliwości. - Z czterech razy w tygodniu zejdą do trzech. Potem dwóch. A potem, korzystając z precedensu, spróbują wyrzucić nas z wieży całkowicie. Nietoperze są przebiegłe. Nie daj się zwieść ich uroczym pyszczkom. - Ostrzegłem, uderzając palcami o ścianę. A kiedy puściła komentarz o tym, że nietoperze mogłyby zgorszyć pierwszaków, spojrzałem na nią z miną człowieka, który doskonale wiedział, że właśnie dostał prezent. - O tak. - Przytaknąłem ze spokojną miną, którą absolutnie udawałem. - Pierwszaki nie są gotowe. To mogłoby zachwiać ich system wartości. Społeczny i emocjonalny upadek całej szkoły, wywołany przez problemy natury chiropterologicznej. Wyobrażasz sobie artykuł w „Proroku Codziennym”? - Wszystko to powiedziałem z absolutnie poważnym wyrazem twarzy, starając się nie parsknąć śmiechem.
Nigdy nie przyznałbym tego głośno, ale… Merlinie, tęskniłem za tym sposobem, w jaki się do mnie zwracała - rozmawiała ze mną tonem, który pamiętałem aż za dobrze, i nagle nie potrafiłem już wyjść z impulsywnie obranej roli. Nie chciałem tego zmieniać, znowu się dystansować i kąsać, nawet jeśli to było tylko złudzenie, świąteczny miraż, jedna taka chwila, powrót do przeszłości, nietrwała zmiana nastawienia - wiedziałem to w głębi duszy, a jednak przez chwilę wszystko stało się o wiele prostsze niż powinno. Nie musiałem udawać nieprzystępnego, nie musiałem być Rookwoodem, nie musiałem nawet szczególnie uważać - wystarczyło kilka słów, żeby wrócił chłopak, który kiedyś podawał jej rękę na śliskiej ścieżce przed szatnią Quidditcha i który obiecywał jej rzeczy, których nikt rozsądny nie powinien obiecywać. Radość z bycia z nią, z rozmowy, z tego, że mogę powiedzieć cokolwiek i nie muszę czekać na to, kiedy będzie moja kolej uderzyć - to było jak powrót do miejsca, w którym zawsze oddychało mi się łatwo. Przynajmniej dopóki nie powiedziała tego jednego słowa i na ułamek sekundy poczułem, że zadrżał mi oddech. Zreflektowałem się, nie wiedząc, czy zdążyła to dostrzec, ale to jedno jej „Wish” po prostu… Trafiło we mnie tak, jak żaden tłuczek nigdy nie zdołał.
- Opiekuńcze odruchy? - Prychnąłem, ale tym dawnym prychnięciem, pół żartem, pół prowokacją. - Proszę cię, Sunny, co najwyżej przejaw impulsywnych myśli, chwilowa mania, zaćmienie mózgu, może od nadmiaru cukru w cieście. - Czułem się tak swobodnie, że prawie zapomniałem, że mieliśmy za sobą lata tarć, nie rozmawialiśmy normalnie od… Właściwie tak dawna, że wolałem nie liczyć. To było jak lot na miotle po długiej przerwie. Najpierw trochę sztywno, potem nagle łapiesz równowagę i okazuje się, że pamięć mięśni nigdy nie zniknęła. - A dwusekundowa reakcja - dodałem, zanim mogła odpowiedzieć - to jeszcze nie empatia. To minimalny impuls. Prawie odruch. Zupełnie marginalna ilość ludzkich odruchów. Statystycznie nieistotna. - Przewróciłem oczami, ale uśmiechałem się przy tym jak idiota, więc raczej wiedziała, jak bardzo siebie samego nie przekonywałem.
A potem na chwilę spoważniałem, oparłem przedramię o ścianę, pochylając się delikatnie w jej stronę, żeby nie uciekła mi spojrzeniem.
- To moje przeprosiny. - Mówiłem miękko, ale stanowczo. - Ja decyduję, kiedy je składam. A ty… Nie bądź uparta i pozwól mi to zrobić. - Wciągnąłem powietrze, wolno, jakbym próbował utrzymać równowagę na wąskim murku, chociaż z moją koordynacją fizyczną, to pewnie byłoby łatwiejsze - emocjonalnie czułem się teraz na poziomie górskiego trolla. - Nie musisz ich przyjmować. - Westchnąłem lekko, nie spuszczając z niej wzroku - przez moment, zwyczajnie na nią patrzyłem, niespiesznie, nie oceniając - jakbym próbował odtworzyć w pamięci jej twarz sprzed lat i nałożyć ją na tę obecną, widzieć, co się zmieniło, a co się nie zmieniło wcale. Łatwo było się pogubić, gdy rozmawialiśmy jak przyjaciele, nie rywale.
Oparłem bark o kamień i spojrzałem na nią z ukosa - nie tak, jak robiłby to Aloysius - chłodno, kalkulacyjnie, z cieniem drwiny - a tak, jak Wish patrzył, kiedy miał trzynaście lat i pilnował, by nie poślizgnęła się na ścieżce prowadzącej na boisko. Zmierzyłem ją spojrzeniem, bardzo poważnym, jak na poruszany temat.
- To nie moje ręce są długie, to ty jesteś krótka. - Poprawiłem ją automatycznie, jak dawniej, nim zdążyłem pomyśleć, to wyszło ze mnie zanim zdążyłem to przemyśleć - szczerze mówiąc - cały ten wieczór był jednym wielkim „zanim zdążyłem przemyśleć”, może właśnie dlatego działał. - Jeśli chodzi o odkopanie cię z zaspy, to… Dyplomatycznie ujmując, jesteś dość… Kompaktowa. - Zawiesiłem głos, przechylając lekko głowę. Moje słowa brzmiały lżej niż całe lata tego, co było między nami - lżej niż to, co robiłem, próbując udawać, że mnie to nie dotyczy. - Mogę cię złapać pod pachy jak kota i po prostu… Wyciągnąć jednym ruchem. Bez problemu, to lekka rola, wierz mi, robiłem to już kilka razy. Tego się nie zapomina, to zostaje, zawsze. - To był oczywiście żart, pół żart, ćwierć żart. Nie grałem tego, nie wymuszałem, to przychodziło samo, jakby ciało pamiętało więcej niż głowa. - Uczniowie zaczęliby pisać listy z prośbą o pozwolenie zostania na święta tylko po to, żeby cię zobaczyć. To by było tak fajne, jak uciążliwe. - Przy słowie „fascynującym” jej spojrzenie na moment zatrzymało się na mnie, a potem uciekło na bok, jakby ją to dotknęło, a ja poczułem, jak coś ostrego i miękkiego jednocześnie wbiło się we mnie pod obojczykiem. - Mój patent powoduje, że musisz znaleźć swój patent. Inny niż znikanie. Na tym polegają patenty. Nie możesz kopiować mojego, przykro mi. - Nie było mi przykro.
Odchyliłem się lekko do tyłu, rozciągając ramiona w przesadnym geście, który miał pokazać, że jest ze mnie całkiem przyzwoity kawał wysportowanego czarodzieja. Wyszczerzyłem się, to brzmiało jak wyzwanie, a ja zawsze brałem wyzwania. Byłem ścigającym - nie tylko na miotle, ale i w życiu. Nieustannie za czymś gnałem - zawsze w ruchu, zawsze do czegoś dążyłem.
- Nie „wydaję się”. Naturalnie, że jestem wysportowany. - Powiedziałem tonem, w którym było więcej dumy, niż pozwalała jakakolwiek przyzwoitość. - Zresztą… - Oczy mi się zwęziły, a w kącikach pojawiły się ogniki czystej, nieukrywanej prowokacji. - Chcesz… Efekty specjalne? - Zapytałem powoli, jakby upewniał się, czy dobrze usłyszałem. - Ode mnie? - Nie musiałem pytać, jej spojrzenie było mieszanką wyzwania i lekkości, której kompletnie nie potrafiłem się oprzeć. - Cały sezon spędzam w powietrzu, w górze. - Przypomniałem, kładąc sobie dłoń na piersi. - Mam refleks. I… Hm, jakby to powiedzieć… - I tu, nie dając jej czasu na reakcję, wsunąłem kciuki pod dolną krawędź koszuli, którą miałem pod otwartą skórzaną kurtką. Materiał podniósł się bez trudu, odsłaniając fragment mojego brzucha. Najpierw tylko kawałek, potem trochę więcej. Opalenizna - jeszcze z końcówki jesieni, kiedy trenowaliśmy godzinami, twarde mięśnie, linia włosów na brzuchu, z której byłem bardzo dumny, a wśród tego wszystkiego - gigantyczny, fioletowo-zielony siniak obejmujący kilka żeber, „mandragorowy kolor” jak go określałem, dumny ślad po ostatnim meczu, kiedy tłuczek przywalił mi z siłą godną wystrzału z armaty. - Mam wszelkie predyspozycje do akrobacji. Powiedz słowo, czego sobie życzysz, będę w stanie to zrobić. Widzisz? - Podniosłem materiał wyżej, na tyle, by pokazać całą klatkę piersiową. - Mięśnie nie kłamią. - Podtrzymałem koszulę jeszcze sekundę dłużej, niż było to konieczne - oczywiście, w zupełnie przypadkowy, niezamierzony sposób - a potem puściłem ją, jakby nic się nie stało i to było absolutnie naturalne - pokazanie jej mięśni w środku Hogwartu, na parapecie, w wieży astronomicznej, podczas Yule, w reniferowej czapce.
Śnieg za oknem gęstniał tak bardzo, że wyglądał jak zasłona, która miała oddzielić nas od reszty świata. Siedzieliśmy na tym parapecie już dłuższą chwilę - nie wiedziałem dokładnie jak długo, czas w tej wieży robił się miękki, plastyczny, rozciągał się jak ogon komety. Uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust, tym moim „no przecież, że tak” - trochę bezczelnym, trochę zachęcającym.
- Gdybym nie chciał się podzielić, nigdy byś jej nie zobaczyła. To jest… Selektywnie udostępniana rezerwa. - Zrobiłem krótki, teatralny ukłon głową, gdy Prudence wyciągnęła po butelkę rękę - tę drobną, chłodną dłoń, którą pamiętałem z czasów, kiedy ciągnęła mnie za szatę, żeby pokazać mi coś na błoniach - zrobiła to z taką naturalnością, że nawet się nie zastanowiłem. Podałem jej sok bez słowa. Nasze palce zetknęły się na ułamek chwili, a ja poczułem, jak mięśnie pleców robią mi się sztywniejsze. Nie dlatego, że dotyk mnie zaskoczył - dlatego, że mnie nie zaskoczył. Był dokładnie taki.
- Patrzysz na moje rogi aż tak intensywnie - odezwałem się, jakby to było najnaturalniejsze stwierdzenie na świecie - że zaraz zacznę podejrzewać, że ci się podobają. Albo że chcesz mi je ukraść. - Wypuściłem powietrze nosem, w tym momencie naprawdę ciężko było mi zachowywać dystans, o wiele za ciężko, to nie była zaczepka, nie w stylu tych zwyczajnych.
A kiedy przygryzła wargę - może przypadkiem, może nie, wydawało mi się, że raczej w namyśle - poczułem, jak coś we mnie się napięło, jakby kurtka zrobiła się o rozmiar za mała - nie z nerwów, wręcz przeciwnie, to był inny rodzaj reakcji, wynik narastającej świadomości chwili, w której się znaleźliśmy. Ona też nie wyglądała na spiętą w ten sam sposób co wcześniej, nadal trzymała ostrożność, ale… Miękła, widziałem to po jej ramionach, po tym, jak przestawała siedzieć sztywno, po oddechu, który opuszczał jej płuca wolniej, dłużej - nietoperz na swetrze poruszał się spokojnie, nie falował przy zbyt szybkich i nerwowych oddechach - to było znajome, niepokojąco znajome.
Kiedy zaczęła snuć całą tę logistykę remontu wieży przez rodzinę nietoperzy, wpadłem w rytm jak za starych czasów - nawet nie zauważyłem kiedy.
- Nie, nie, nie. - Powiedziałem, zaprzeczając jej zaprzeczeniu, a potem unosząc palec, jakbyśmy omawiali realny projekt architektoniczno-rearanżacyjny. - Najpierw pan nietoperz od wylatywania mebelków musi zaczekać na pana nietoperza konserwatora, takiego z właściwym dyplomem i uprawnieniami, który przeprowadzi inspekcję, bo to zabytek. On zawsze przychodzi w złym humorze. Nie lubi kolorów ścian. Krytykuje je od progu. Uznaje tylko klasykę, ma być cegła i czerń węglowa, ewentualnie drewno. Naturalne materiały. - Podkreśliłem tonem znawcy tematu. Kątem oka sprawdziłem jej minę, nie było w niej nic ochronnego, nic chłodnego - tylko czysta, absurdalna wyobraźnia. - Dopiero jak skończy narzekać na nowoczesne trendy, zrobi audyt i wyda zezwolenie - ciągnąłem dalej - wtedy specjalista wykonawczy może pozbyć się gratów, przemalować ściany na kompromisową popiołową szarość, a potem para nietoperzy może zacząć przybijać własne meble… Powiedzmy, że z początkiem czerwca? Jeśli weźmiemy pod uwagę, że zaczną proces w marcu, a nie w maju. A potem jeszcze te wszystkie nagłe problemy wykonawcze. Wyobraź sobie pana nietoperza próbującego zamontować żyrandol do góry nogami. Na pewno chciałby wyglądać męsko, a skończyłby zaplątany w łańcuch. No i oczywiście pani nietoperzowa nie zaakceptuje niczego, co powiesi pan nietoperz, zanim się z nią nie skonsultuje. Absolutnie niczego. „Vladislavie, męską jaskinię masz w Timișoarze.” - Westchnąłem ciężko, potrząsając głową. Roześmiałem się - normalnie, lekko, zupełnie jak kiedyś. Mówiła, jakby widziała ten cały absurd w najdrobniejszym detalu, a ja jakoś wiedziałem, jak jej odpowiedzieć - ten ton, ten rytm, ten rodzaj żartu, który działał tylko na nią, to nie było świadome, nie planowałem tego, nic nie kalkulowałem. - Oczywiście, że by się pokłócili o kolor kanapy. - Powiedziałem, opierając ramię o ścianę i odchylając głowę tak, by rogi poruszyły się przy tym niemal teatralnie. - I to nie raz. Nietoperze są stworzeniami dramatycznymi. Wiesz, ile temperamentu trzeba mieć, żeby wściekać się, stojąc do góry nogami? Cała krew spływa im do łebków, przegrzewają się, tracą zdolność oceny sytuacji… W efekcie mają więcej kłótni na metr kwadratowy niż uczniowie na korytarzu. - Spojrzałem na nią i przez chwilę widziałem ją jak dawniej - tę samą dziewczynę, która potrafiła utonąć w absurdalnej historii tak szczerze, jakby świat naprawdę ją do tego zaprosił, ta dawna miękkość wróciła do niej jak zimowy oddech. Nie musiałem zastanawiać się, co zrobić - po prostu… Się śmiałem, mówiłem, reagowałem - to stało się samo. - Grafik też oczywiście ustalą pod siebie. - Dodałem tonem, który nie dopuszczał innej możliwości. - Z czterech razy w tygodniu zejdą do trzech. Potem dwóch. A potem, korzystając z precedensu, spróbują wyrzucić nas z wieży całkowicie. Nietoperze są przebiegłe. Nie daj się zwieść ich uroczym pyszczkom. - Ostrzegłem, uderzając palcami o ścianę. A kiedy puściła komentarz o tym, że nietoperze mogłyby zgorszyć pierwszaków, spojrzałem na nią z miną człowieka, który doskonale wiedział, że właśnie dostał prezent. - O tak. - Przytaknąłem ze spokojną miną, którą absolutnie udawałem. - Pierwszaki nie są gotowe. To mogłoby zachwiać ich system wartości. Społeczny i emocjonalny upadek całej szkoły, wywołany przez problemy natury chiropterologicznej. Wyobrażasz sobie artykuł w „Proroku Codziennym”? - Wszystko to powiedziałem z absolutnie poważnym wyrazem twarzy, starając się nie parsknąć śmiechem.
Nigdy nie przyznałbym tego głośno, ale… Merlinie, tęskniłem za tym sposobem, w jaki się do mnie zwracała - rozmawiała ze mną tonem, który pamiętałem aż za dobrze, i nagle nie potrafiłem już wyjść z impulsywnie obranej roli. Nie chciałem tego zmieniać, znowu się dystansować i kąsać, nawet jeśli to było tylko złudzenie, świąteczny miraż, jedna taka chwila, powrót do przeszłości, nietrwała zmiana nastawienia - wiedziałem to w głębi duszy, a jednak przez chwilę wszystko stało się o wiele prostsze niż powinno. Nie musiałem udawać nieprzystępnego, nie musiałem być Rookwoodem, nie musiałem nawet szczególnie uważać - wystarczyło kilka słów, żeby wrócił chłopak, który kiedyś podawał jej rękę na śliskiej ścieżce przed szatnią Quidditcha i który obiecywał jej rzeczy, których nikt rozsądny nie powinien obiecywać. Radość z bycia z nią, z rozmowy, z tego, że mogę powiedzieć cokolwiek i nie muszę czekać na to, kiedy będzie moja kolej uderzyć - to było jak powrót do miejsca, w którym zawsze oddychało mi się łatwo. Przynajmniej dopóki nie powiedziała tego jednego słowa i na ułamek sekundy poczułem, że zadrżał mi oddech. Zreflektowałem się, nie wiedząc, czy zdążyła to dostrzec, ale to jedno jej „Wish” po prostu… Trafiło we mnie tak, jak żaden tłuczek nigdy nie zdołał.
- Opiekuńcze odruchy? - Prychnąłem, ale tym dawnym prychnięciem, pół żartem, pół prowokacją. - Proszę cię, Sunny, co najwyżej przejaw impulsywnych myśli, chwilowa mania, zaćmienie mózgu, może od nadmiaru cukru w cieście. - Czułem się tak swobodnie, że prawie zapomniałem, że mieliśmy za sobą lata tarć, nie rozmawialiśmy normalnie od… Właściwie tak dawna, że wolałem nie liczyć. To było jak lot na miotle po długiej przerwie. Najpierw trochę sztywno, potem nagle łapiesz równowagę i okazuje się, że pamięć mięśni nigdy nie zniknęła. - A dwusekundowa reakcja - dodałem, zanim mogła odpowiedzieć - to jeszcze nie empatia. To minimalny impuls. Prawie odruch. Zupełnie marginalna ilość ludzkich odruchów. Statystycznie nieistotna. - Przewróciłem oczami, ale uśmiechałem się przy tym jak idiota, więc raczej wiedziała, jak bardzo siebie samego nie przekonywałem.
A potem na chwilę spoważniałem, oparłem przedramię o ścianę, pochylając się delikatnie w jej stronę, żeby nie uciekła mi spojrzeniem.
- To moje przeprosiny. - Mówiłem miękko, ale stanowczo. - Ja decyduję, kiedy je składam. A ty… Nie bądź uparta i pozwól mi to zrobić. - Wciągnąłem powietrze, wolno, jakbym próbował utrzymać równowagę na wąskim murku, chociaż z moją koordynacją fizyczną, to pewnie byłoby łatwiejsze - emocjonalnie czułem się teraz na poziomie górskiego trolla. - Nie musisz ich przyjmować. - Westchnąłem lekko, nie spuszczając z niej wzroku - przez moment, zwyczajnie na nią patrzyłem, niespiesznie, nie oceniając - jakbym próbował odtworzyć w pamięci jej twarz sprzed lat i nałożyć ją na tę obecną, widzieć, co się zmieniło, a co się nie zmieniło wcale. Łatwo było się pogubić, gdy rozmawialiśmy jak przyjaciele, nie rywale.
Oparłem bark o kamień i spojrzałem na nią z ukosa - nie tak, jak robiłby to Aloysius - chłodno, kalkulacyjnie, z cieniem drwiny - a tak, jak Wish patrzył, kiedy miał trzynaście lat i pilnował, by nie poślizgnęła się na ścieżce prowadzącej na boisko. Zmierzyłem ją spojrzeniem, bardzo poważnym, jak na poruszany temat.
- To nie moje ręce są długie, to ty jesteś krótka. - Poprawiłem ją automatycznie, jak dawniej, nim zdążyłem pomyśleć, to wyszło ze mnie zanim zdążyłem to przemyśleć - szczerze mówiąc - cały ten wieczór był jednym wielkim „zanim zdążyłem przemyśleć”, może właśnie dlatego działał. - Jeśli chodzi o odkopanie cię z zaspy, to… Dyplomatycznie ujmując, jesteś dość… Kompaktowa. - Zawiesiłem głos, przechylając lekko głowę. Moje słowa brzmiały lżej niż całe lata tego, co było między nami - lżej niż to, co robiłem, próbując udawać, że mnie to nie dotyczy. - Mogę cię złapać pod pachy jak kota i po prostu… Wyciągnąć jednym ruchem. Bez problemu, to lekka rola, wierz mi, robiłem to już kilka razy. Tego się nie zapomina, to zostaje, zawsze. - To był oczywiście żart, pół żart, ćwierć żart. Nie grałem tego, nie wymuszałem, to przychodziło samo, jakby ciało pamiętało więcej niż głowa. - Uczniowie zaczęliby pisać listy z prośbą o pozwolenie zostania na święta tylko po to, żeby cię zobaczyć. To by było tak fajne, jak uciążliwe. - Przy słowie „fascynującym” jej spojrzenie na moment zatrzymało się na mnie, a potem uciekło na bok, jakby ją to dotknęło, a ja poczułem, jak coś ostrego i miękkiego jednocześnie wbiło się we mnie pod obojczykiem. - Mój patent powoduje, że musisz znaleźć swój patent. Inny niż znikanie. Na tym polegają patenty. Nie możesz kopiować mojego, przykro mi. - Nie było mi przykro.
Odchyliłem się lekko do tyłu, rozciągając ramiona w przesadnym geście, który miał pokazać, że jest ze mnie całkiem przyzwoity kawał wysportowanego czarodzieja. Wyszczerzyłem się, to brzmiało jak wyzwanie, a ja zawsze brałem wyzwania. Byłem ścigającym - nie tylko na miotle, ale i w życiu. Nieustannie za czymś gnałem - zawsze w ruchu, zawsze do czegoś dążyłem.
- Nie „wydaję się”. Naturalnie, że jestem wysportowany. - Powiedziałem tonem, w którym było więcej dumy, niż pozwalała jakakolwiek przyzwoitość. - Zresztą… - Oczy mi się zwęziły, a w kącikach pojawiły się ogniki czystej, nieukrywanej prowokacji. - Chcesz… Efekty specjalne? - Zapytałem powoli, jakby upewniał się, czy dobrze usłyszałem. - Ode mnie? - Nie musiałem pytać, jej spojrzenie było mieszanką wyzwania i lekkości, której kompletnie nie potrafiłem się oprzeć. - Cały sezon spędzam w powietrzu, w górze. - Przypomniałem, kładąc sobie dłoń na piersi. - Mam refleks. I… Hm, jakby to powiedzieć… - I tu, nie dając jej czasu na reakcję, wsunąłem kciuki pod dolną krawędź koszuli, którą miałem pod otwartą skórzaną kurtką. Materiał podniósł się bez trudu, odsłaniając fragment mojego brzucha. Najpierw tylko kawałek, potem trochę więcej. Opalenizna - jeszcze z końcówki jesieni, kiedy trenowaliśmy godzinami, twarde mięśnie, linia włosów na brzuchu, z której byłem bardzo dumny, a wśród tego wszystkiego - gigantyczny, fioletowo-zielony siniak obejmujący kilka żeber, „mandragorowy kolor” jak go określałem, dumny ślad po ostatnim meczu, kiedy tłuczek przywalił mi z siłą godną wystrzału z armaty. - Mam wszelkie predyspozycje do akrobacji. Powiedz słowo, czego sobie życzysz, będę w stanie to zrobić. Widzisz? - Podniosłem materiał wyżej, na tyle, by pokazać całą klatkę piersiową. - Mięśnie nie kłamią. - Podtrzymałem koszulę jeszcze sekundę dłużej, niż było to konieczne - oczywiście, w zupełnie przypadkowy, niezamierzony sposób - a potem puściłem ją, jakby nic się nie stało i to było absolutnie naturalne - pokazanie jej mięśni w środku Hogwartu, na parapecie, w wieży astronomicznej, podczas Yule, w reniferowej czapce.
Śnieg za oknem gęstniał tak bardzo, że wyglądał jak zasłona, która miała oddzielić nas od reszty świata. Siedzieliśmy na tym parapecie już dłuższą chwilę - nie wiedziałem dokładnie jak długo, czas w tej wieży robił się miękki, plastyczny, rozciągał się jak ogon komety. Uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust, tym moim „no przecież, że tak” - trochę bezczelnym, trochę zachęcającym.
- Gdybym nie chciał się podzielić, nigdy byś jej nie zobaczyła. To jest… Selektywnie udostępniana rezerwa. - Zrobiłem krótki, teatralny ukłon głową, gdy Prudence wyciągnęła po butelkę rękę - tę drobną, chłodną dłoń, którą pamiętałem z czasów, kiedy ciągnęła mnie za szatę, żeby pokazać mi coś na błoniach - zrobiła to z taką naturalnością, że nawet się nie zastanowiłem. Podałem jej sok bez słowa. Nasze palce zetknęły się na ułamek chwili, a ja poczułem, jak mięśnie pleców robią mi się sztywniejsze. Nie dlatego, że dotyk mnie zaskoczył - dlatego, że mnie nie zaskoczył. Był dokładnie taki.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)