Zarówno Lewis, jak i sprzedawca, spojrzeli na młódkę, jakby się z Lecznicy Dusz urwała. Pan Middleshop nawet zamrugał, zatrzymując się w połowie drogi pomiędzy papierową torbą, a ladą, bo i tak chciał zapakować nieczęstemu, ale stałemu bywalcowi (raz na dwa miesiące to regularny klient!) typowe zamówienie z gwiazdek gałki muszkatołowej, lasek cynamonu, jednej wanili oraz jednego grama szafranu. Na więcej Lewis nie mógł sobie pozwolić, a zbliżał się czas, gdy należało przygotować jesienne napary i zimowe górzance.
— Ty pod kamieniem mieszkasz czy co? — zapytał w osłupieniu Lewis, mierząc ją wzrokiem. Wyglądała jak zwykła dziewczyna, może w jego wieku, trochę dziwny akcent, ale czego się spodziewać po Irlandczykach, mówili jakby mieli ziemniaka w dupie i kartofla w gębie. — Ten typ, co ogłosił wojnę magiczną i tłuc mugolaków i mugoli chce. Nie było tak źle aż w Beltane coś pojeb... Znaczy pomieszał z magią coś podobno.
Na przekleństwie zreflektował się, bo pan Middleshop krzywo na niego spojrzał. No tak, przy damach nie można przeklinać, po prostu Lewis jedyne damy jakie znał, to temu damy, tamtemu damy, a trzeciemu nie damy, bo ma syfilis. Oparl swoje patykowate ciało o ladę, jak kij od miotły, której ktoś nie używa, bo idzie po zmiotkę. — Nie mów, że nic o tym nie słyszałaś?
Tymczasem właściciel przybytku zaczął pakować sprawunki w szary papier, kryjąc w jego szeleście narzekanie na dzieciaki, które niczym się nie interesują, tylko by przy radiu siedzieli, w kawiarniach i na densingi chodzili, gdy dobrzy ludzie umierają i trwa wojna. Zupełnie lekkoduchy, ta dzisiejsza młodzież, a później będzie płacz.
Lewis to ignorował, gadanie staruchów, co nie pamiętają, jak sami byli w tym wieku i myśleli, że zmienią świat, a później zgnuśnieli. Na szczęście Lewisa absolutnie taki los nie spotka, chyba że znów trafi do pudła, tym razem z wieczkiem zamkniętym na amen, jak dżem po pasteryzacji.
— Nic nie świta? — wyciągnął z kieszeni zapłatę, oszczędności pozostałe po dwóch miesiącach płacenia czynszu, opłat za wodę, jedzenie oraz początki zapasów węgla na jesień i zimę, żeby mu dupa nie zamarzła.