– Ja też niespecjalnie – przyznała cicho i nawet dało się słyszeć krótki chichot. – Ale nie mów tego mojemu kuzynowi, bo jeszcze go to zaboli – miała rzecz jasna na myśli Louvaina, który przez jakiś czas profesjonalnie grał w quidditcha, póki nie nabawił się kontuzji. – Moja najmłodsza siostra za to złapała bakcyla, jak była na przerwie wakacyjnej w domu to cały czas trajkotała o lataniu na miotle, quidditchu i że chciałaby należeć do szkolnej drużyny – Victoria przy tym westchnęła, niemalże cierpiętniczo, ale po prawdzie, to była ze swojej dwunastoletniej siostry bardzo dumna i cierpliwie wysłuchiwała jej gadania, a nawet obiecała jej, że jeśli się do tej drużyny dostanie, to kupi jej miotłę… Nie była tylko pewna jak to teraz będzie stało w obliczu Spalonej Nocy, nie interesowała się zbytnio, czy i jakie sklepy miotlarskie przetrwały. W najgorszym wypadku ściągnie dla niej miotłę zza granicy.
Na kolejne uwagi już głośniej parsknęła śmiechem, aż niewinnie zakryła sobie usta dłonią w rękawiczce.
– Mówisz o Atreusie? – wprawdzie wiedziała głównie o tej pierwszej części, bo przemienił się w kapibarę na jej oczach, tuż obok niej i trwało to aż Anthony Shafiq nie rozproszył zaklęcia. Ale jakoś umknęła jej część dalsza o bójce i zakochiwaniu się w cudzej partnerce… Albo zwyczajnie zapomniała. To były tamte dziwaczne eliksiry, czy nie tak? PO tamtej kapibarze piła jedynie alkohol, który wcześniej tknął Sauriel, nie chcąc się przypadkiem zamienić w zwierzątko. – Bójka o dziewczynę? – zapytała jeszcze i uniosła brwi, lecz maska to zakryła. Czy może mówił o jakimś innym znajomym? Pomyślała o Atreusie przez tę kapibarę i przez to, że w zasadzie wszyscy znali się od szczenięcych lat, ale wcale nie była przekonana, czy nie miał na myśli kogoś innego. – Nie no, są jakieś granice. Bez amortencji – a przynajmniej tak sądziła, że jej rodzina nie posunęłaby się do czegoś takiego, bo skutki mogłyby być opłakane, a nie potrzebowali skandalu na miarę wesela u Blacków, choć tam kropką nad i był cyrk mugolaków.
– Podobało, lubię muzykę – ale fakt: to nie był wybór Christophera, a coś, co wymusił na nim eliksir. Silny eliksir, to trzeba było przyznać, ale czy czegoś innego można się było spodziewać po rodzinie, która słynęła z alchemików? Chris miał teraz nawet u boku kobietę, która traktowała warzenie eliksirów jako swoje hobby, a wymagało przecież mnóstwa oddania.
Cokolwiek jednak Victoria planowała powiedzieć jeszcze, utonęło w scenie, jaka się właśnie rozegrała. Lestrange otworzyła usta, ale wtedy jakaś kobieta, której twarzy nie rozpoznała przez maskę, podeszła do nich i ignorując obecność Victorii, która nadal trzymała Rosiera za ramię, wyrzuciła wyznanie miłosne do Christophera, po czym zbliżyła się do niego tak blisko, że aż stanęła na palcach, ewidentnie w jednym tylko celu – by zbliżyć się do jego twarzy, zmuszając go wręcz do pochylenia się, co spowodowało, że wypchnęła nieco Victorię, która musiała się lekko cofnąć. Nie tyle, że z wyboru, co ta nieznajoma kobieta po prostu wepchnęła się w kadr. Victorię tak to zaskoczyło, że zamrugała w szoku, zupełnie niegotowa na takie zachowanie, nie wiedziała też co powinna zrobić i w ogóle…
– Em… czy powinnam… – sobie pójść? Zostawić ich samych? Czy powinni sobie wyjaśnić to i owo? Christopher chyba nie przyszedł tutaj dzisiaj z Victorią po to, by w jakiejś innej dziewczynie wzbudzić zazdrość? Czy może dokładnie to zrobił?