12.12.2025, 01:39 ✶
Nie rozumiała, kto inny miałby ją odprowadzić, jeśli nie Leviathan. I cóż to za pomysł w środku mroźnego, zimowego wieczoru wysyłać kobietę samą na miotle tyle kilometrów?
— Więc myślisz, że jestem gruba? — zapytała jak gdyby nigdy nic Helloise.
Obróciła głowę, a za nią podążyła reszta ciała, niby pies goniący własny ogon tyle że ona próbowała dogonić wyimaginowaną grubą dupę. Wśród licznych problemów, jakie objawiły się w życiu czarownicy, waga nigdy się nie znalazła. Całe życie była szczupła, nie miała kiedy wyrobić tego kompleksu. Jej pytanie było więc niczym więcej jak rozbawioną prowokacją, którą zaraz uzupełniła mniej niepoważną odpowiedzią:
— Są święta. Na co dzień sobie tak nie ugotuję. Nie mam nigdy na obiad tylu potraw, tylu smaków. Widzisz tu kucharzy albo służbę? — Rozłożyła ramiona. — Wszystko robię sama. Dużą część nawet sieję sama, moje od nasiona po talerz. Oczywiście, że jest na co dzień skromniej, ale nie będę sobie odmawiać popróbowania dobroci, gdy mam okazję.
Może i jadła, ale przynajmniej — w przeciwieństwie do Leviathana — nie upiła się przy tym. Choć lubiła wino, nie piła raczej na umór. Od nadmiaru alkoholu robiła się tylko bardziej agresywna i lekkomyślna, a z tego nigdy nie przyszło jej nic dobrego. Lgnęła ku truciźnie, która działała w dokładnie odwrotny sposób: owijała kokonem błogości przeżywanej w ciszy.
— Może zamiast podawać wino, powinnam zacząć szykować ci odtrutkę na rano. — Postawiła butelkę na stole, lecz gest wcale nie przypominał zaproszenia. Wręcz przeciwnie: Helloise zakryła korek nadgarstkiem, patrząc na mężczyznę badawczo. Próbowała ocenić, czy da sobie radę. Nie zamierzała rzucać w Leviego kamieniem, jeśli szło o trzeźwość. Nie zamierzała ograniczać jego wolności wyboru... ale przykładać rękę do robienia mu krzywdy? — Nie najadłeś się do pełna? Zawsze możemy coś dorobić. Słodko czy wytrawnie? Może słodko. Może od odpowiedniej porcji ciastka i likieru byłbyś mniej zgorzkniały — mruknęła cierpko, gdy wypomniał jej zeszłoroczne eksperymenty.
— Więc myślisz, że jestem gruba? — zapytała jak gdyby nigdy nic Helloise.
Obróciła głowę, a za nią podążyła reszta ciała, niby pies goniący własny ogon tyle że ona próbowała dogonić wyimaginowaną grubą dupę. Wśród licznych problemów, jakie objawiły się w życiu czarownicy, waga nigdy się nie znalazła. Całe życie była szczupła, nie miała kiedy wyrobić tego kompleksu. Jej pytanie było więc niczym więcej jak rozbawioną prowokacją, którą zaraz uzupełniła mniej niepoważną odpowiedzią:
— Są święta. Na co dzień sobie tak nie ugotuję. Nie mam nigdy na obiad tylu potraw, tylu smaków. Widzisz tu kucharzy albo służbę? — Rozłożyła ramiona. — Wszystko robię sama. Dużą część nawet sieję sama, moje od nasiona po talerz. Oczywiście, że jest na co dzień skromniej, ale nie będę sobie odmawiać popróbowania dobroci, gdy mam okazję.
Może i jadła, ale przynajmniej — w przeciwieństwie do Leviathana — nie upiła się przy tym. Choć lubiła wino, nie piła raczej na umór. Od nadmiaru alkoholu robiła się tylko bardziej agresywna i lekkomyślna, a z tego nigdy nie przyszło jej nic dobrego. Lgnęła ku truciźnie, która działała w dokładnie odwrotny sposób: owijała kokonem błogości przeżywanej w ciszy.
— Może zamiast podawać wino, powinnam zacząć szykować ci odtrutkę na rano. — Postawiła butelkę na stole, lecz gest wcale nie przypominał zaproszenia. Wręcz przeciwnie: Helloise zakryła korek nadgarstkiem, patrząc na mężczyznę badawczo. Próbowała ocenić, czy da sobie radę. Nie zamierzała rzucać w Leviego kamieniem, jeśli szło o trzeźwość. Nie zamierzała ograniczać jego wolności wyboru... ale przykładać rękę do robienia mu krzywdy? — Nie najadłeś się do pełna? Zawsze możemy coś dorobić. Słodko czy wytrawnie? Może słodko. Może od odpowiedniej porcji ciastka i likieru byłbyś mniej zgorzkniały — mruknęła cierpko, gdy wypomniał jej zeszłoroczne eksperymenty.
dotknij trawy