12.12.2025, 10:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.12.2025, 10:53 przez Lorraine Malfoy.)
Opium dla ludu... Lorraine wiedziała, że tym właśnie jest dla Anthony'ego wiara. A niechby i była opium, pomyślała, nieśmiało otoczywszy ramionami mężczyznę, w którego wtuliła się bez słowa. Gdy zanurzała twarz we włosach Maeve, przesiąkłych omdlewająco słodką wonią opium, wierzyła bowiem, że są w stanie przetrwać wszystko. Wierzyła w to, gdy wraz z Baldwinem i Fridą przekraczała dzisiaj próg świątyni, gdzie przywitał ich odurzający wręcz zapach kadzideł. Czasem Lorraine wychodziła na mszę wcześniej, żeby wspomóc chór, dzisiaj jednak przyszli razem. Nie chcieli rozstawać się na długo. Lorraine nie była gotowa na to, żeby samotnie przebyć drogę do niemagicznej części Londynu, wciąż mając w pamięci agresywnego mugolaka, który niemal napadł na nią w Spaloną Noc. Nie chciała znowu być sama. "Jestem sama, ale nigdy samotna", czyż nie tak mówiła bogini? Ale teraz Lorraine nie była ani sama, ani samotna. Już nie. Swoją samotność porzuciła, padając rozedrgana w ramiona Madeleine, tuż po tym, jak Nokturn stanął w obronie jej czci. Pochowała ją z wszystkimi honorami pośród zgliszczy starej chaty w Little Hangleton, w której spędziła dzieciństwo. Opłakała ją, odśpiewała hymny pogrzebowe. A potem pozwoliła, żeby Baldwin zabrał ją do domu. Nie chciała ryzykować samodzielnej teleportacji po bezsennej nocy, kiedy nogi odmawiały jej posłuszeństwa, a magia buzująca tuż pod opuszkami osmolonych sadzą palców wydawała się bardziej niestabilną niż zazwyczaj. Wspierała się zatem na ramieniu Baldwina, przyciskając do piersi pozostałości ocalałych w pożarze kwiatów, które uratowali z ogrodu w Little Hangleton. Tak jak i uratowali siebie nawzajem, pomyślała, boleśnie wpijając palce w rękę brata, jak gdyby podświadomie pragnąc być bliżej niego. Przypatrywała się przywiędłym główkom dalii, gładziła ich czerwone płatki, ale widziała w nich tylko biel lilii, przyniesionych do domu wtedy, gdy wracali wspólnie z Muzy. Widziała sztuczny bukiecik, który stał w wynajętym pokoju, gdzie spędzili noc, po tym jak Baldwin wyciągnął ją z dna katakumb. Zapamiętała wyblakłe kwiatki i listki z tworzywa, układające się w coś na kształt pogrzebowej wiązanki. Zapamiętała, że delikatnie wyjął jej bukiecik z dłoni, gdy zaczęła obrywać płatki, kocha czy nie kocha, pytała, zrywając je na początku pojedynczo, a potem całym garściami. Może dlatego nie cierpiała sztucznych kwiatków. Przez to wszystko zajęło jej dłuższą chwilę zrozumienie treści listu, po którym przebiegła niewidzącym wzrokiem. Palcem bezwiednie sunęła wzdłuż zawijasów, układających się w samotne "A". Nie był to list na który w skrytości ducha czekała... Ale być może taki, jakiego potrzebowała. Widząc badawcze spojrzenie Baldwina, bez słowa wręczyła mu wiadomość skreśloną ręką Anthony'ego. Uśmiechnęła się lekko, jak gdyby była tym wszystkim szczerze ubawiona. Wspięła się na palce, aby musnąć ustami policzek brata. Zostawiła go samego z listem, na który nie dała rady odpowiedzieć.
Zwyczajnie zabrakło jej na to sił.
Zamiatając trenem białej sukni popiół pokrywający podłogę, snuła się więc na granicy snu i jawy, pośród zniszczeń, jakie noc pozostawiła w jej zakładzie pogrzebowym. Zabrała kwiaty do kaplicy. Do bogini, pomyślała półprzytomnie. Oparła podbródek o ołtarz, na którym wciąż płonęły świece, zapalone w intencji jej bliskich zanim jeszcze rozgorzała wokół wojenna pożoga. Przez dłuższą chwilę półleżała tak na podłodze, u stóp posągu Matki, wpatrując się w wosk skapujący ze świec. Parząc palce, gdy próbowała schwycić jego gorącą strugę, która skapywała powoli z płyty ołtarza. Nie czuła jednak bólu. Bogini obcałowywała opuszki jej palców swymi świętymi ustami, które nigdy nie były nieme. Och, jak kiedykolwiek mogłaby pomyśleć, że są nieme? Bogini mówiła przecież do niej i przez nią. "Zaniesiesz mnie do łóżka?", spytała cicho Baldwina, gdy ten wszedł do kaplicy. Nie musiała już nigdy prosić, żeby zabrał ją do domu, bo przecież byli w domu.
Jej domem był kowen, a jej kowenem była jej rodzina.
Lorraine miała nadzieję, że może być również domem Anthony'ego, chociaż pośród fresków pokrywających ściany świątyni próżno było szukać kubistycznej bogini z jego bawialni, o której mówił, że... Przynosiła mu spokój. Nie. Nie było miejsca na bluźnierstwa w domu pańskim. Z wykonanego stylem klasycznym naściennego malowidła wyłaniającego się zza jej pleców patrzyła na niego zamiast tego prawdziwa bogini.
Na tym konkretnym malowidle bogini nosiła twarz Lorraine.
A odwrócona tyłem do ściany Lorraine uśmiechnęła się delikatnie, wyswabadzając się w końcu lekko z uścisku Anthony'ego. Nie był jej domem. Nie, Anthony nie mógł nigdy być jej domem. Dokonała wyboru. Nie przestała jednak trzymać go za ręce. W podobny sposób pozdrawiała wcześniej innych wiernych należących do wspólnoty. Wciąż jeszcze ludzie przechodzili obok nich, żegnając się z Lorraine skinieniem głowy, czy innym wyrazem krótkiego pozdrowienia, widząc, że jest zajęta rozmową. Nieodpartym było wrażenie, że zna się ze wszystkimi w kowenowej bożnicy.
– Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz słowem, które wychodzi z ust bożych – odpowiedziała spokojnie Anthony'emu. – Mogę ci jednak wskazać tych, którzy od dłuższego czasu żyją samym tylko słowem Matki.
Niespodziewanie podbiegła do niej jednak Frida, która wtuliła się od razu w Lorraine, wielkimi oczami spoglądając na stojącego naprzeciw Anthony'ego.
Zwyczajnie zabrakło jej na to sił.
Zamiatając trenem białej sukni popiół pokrywający podłogę, snuła się więc na granicy snu i jawy, pośród zniszczeń, jakie noc pozostawiła w jej zakładzie pogrzebowym. Zabrała kwiaty do kaplicy. Do bogini, pomyślała półprzytomnie. Oparła podbródek o ołtarz, na którym wciąż płonęły świece, zapalone w intencji jej bliskich zanim jeszcze rozgorzała wokół wojenna pożoga. Przez dłuższą chwilę półleżała tak na podłodze, u stóp posągu Matki, wpatrując się w wosk skapujący ze świec. Parząc palce, gdy próbowała schwycić jego gorącą strugę, która skapywała powoli z płyty ołtarza. Nie czuła jednak bólu. Bogini obcałowywała opuszki jej palców swymi świętymi ustami, które nigdy nie były nieme. Och, jak kiedykolwiek mogłaby pomyśleć, że są nieme? Bogini mówiła przecież do niej i przez nią. "Zaniesiesz mnie do łóżka?", spytała cicho Baldwina, gdy ten wszedł do kaplicy. Nie musiała już nigdy prosić, żeby zabrał ją do domu, bo przecież byli w domu.
Jej domem był kowen, a jej kowenem była jej rodzina.
Lorraine miała nadzieję, że może być również domem Anthony'ego, chociaż pośród fresków pokrywających ściany świątyni próżno było szukać kubistycznej bogini z jego bawialni, o której mówił, że... Przynosiła mu spokój. Nie. Nie było miejsca na bluźnierstwa w domu pańskim. Z wykonanego stylem klasycznym naściennego malowidła wyłaniającego się zza jej pleców patrzyła na niego zamiast tego prawdziwa bogini.
Na tym konkretnym malowidle bogini nosiła twarz Lorraine.
A odwrócona tyłem do ściany Lorraine uśmiechnęła się delikatnie, wyswabadzając się w końcu lekko z uścisku Anthony'ego. Nie był jej domem. Nie, Anthony nie mógł nigdy być jej domem. Dokonała wyboru. Nie przestała jednak trzymać go za ręce. W podobny sposób pozdrawiała wcześniej innych wiernych należących do wspólnoty. Wciąż jeszcze ludzie przechodzili obok nich, żegnając się z Lorraine skinieniem głowy, czy innym wyrazem krótkiego pozdrowienia, widząc, że jest zajęta rozmową. Nieodpartym było wrażenie, że zna się ze wszystkimi w kowenowej bożnicy.
– Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz słowem, które wychodzi z ust bożych – odpowiedziała spokojnie Anthony'emu. – Mogę ci jednak wskazać tych, którzy od dłuższego czasu żyją samym tylko słowem Matki.
Niespodziewanie podbiegła do niej jednak Frida, która wtuliła się od razu w Lorraine, wielkimi oczami spoglądając na stojącego naprzeciw Anthony'ego.