Wraz z otwarciem drzwi Dziurawego Kotła, do środka wdarł się chłodny powiew październikowego popołudnia, wilgotny od osiadającej na zewnątrz mżawki, która zamieniała się w szron. Ceolsige weszła zwiewnym krokiem, a jej długi, czarny płaszcz, elegancko obszyty futerkiem, zawirował nieznacznie, zanim opadł. Szybko uniosła dłoń, by w delikatnym, melodyjnym chichocie, poprawić kilka rozpuszczonych, blond kosmyków, które wiatr musnął jej do oczu. Gest był tak szybki i naturalny, że mógł sugerować, iż właśnie usłyszała wyjątkowo udany żart, choć równie dobrze mógł być ćwiczony setki razy, by wywołać właśnie takie, beztroskie wrażenie.
– Proszę, Lazarusie – powiedziała, kierując się w stronę baru. Jej głos, choć cichy, miał w sobie ciepłą, pewną nutę. – Pierwszą kolejkę ja stawiam.
Nie czekając na odpowiedź, zręcznie przemknęła między stolikami, a jej ruchy były tak precyzyjne, że mimo długiego płaszcza i obcasów, nie zahaczyła o żaden mebel ni gościa. Dopiero przy kontuarze, zwolniła i z dystyngowaną gracją rozpięła płaszcz, pozwalając mu zsunąć się lekko z ramion, po czym eleganckim ruchem zarzuciła jego poły na oparcie krzesła barowego. Pod spodem ukazał się strój starannie dobrany do jej urody: dopasowana, fioletowa koszula, której luźne, rozszerzające się rękawy lekko opadały przy nadgarstkach, oraz czarna spódnica z wysoką talią, zapinana na rząd drobnych, pozłacanych guzików. Niewielka kremowa broszka spinała kołnież koszuli.
– Dzień dobry. Dwa zestawy degustacyjne najnowszego grzańca, poproszę – zwróciła się do barmana z uprzejmym, lecz nie przesadnym uśmiechem, po czym odwróciła się do swojego towarzysza. – Jeszcze raz dziękuję ci, Lazarusie, za pomoc w wyborze kreacji na Bal. Twoje wnikliwe uwagi były nieocenione. - niby wyświechtany tekst w jej ustach jak zwykle brzmiał jak najszczerszy komplement.
Czekając, aż obsługa przygotuje ich zamówienie, Ceolsige rozglądała się po sali. Jej spojrzenie było szybkie, ale niezwykle czujne, omiatające pobieżnie zebraną klientelę – od cieni w kątach po tych, którzy siedzieli w świetle okien. Na jednej z takich postaci jej wzrok zatrzymał się na dłużej. Krwistoczerwony sweter, jasne, luźno puszczone włosy...
Na twarzy Ceolsige, rozkwitł zupełnie szczery, promienny uśmiech zaskoczonego zadowolenia, a na policzkach wystąpił delikatny rumieniec.
– Popatrz, no popatrz... – szepnęła do Lazarusa, a jej głos natychmiast stał się o ton cieplejszy i bardziej podekscytowany niż zazwyczaj. -- Moja przyjaciółka. Koniecznie musisz ją poznać.
Skinęła głową barmanowi, wskazując na stolik pod oknem, a kiedy ten potwierdził, że tam przyniesie ich grzańce, Ceolsige, odwracając się i elegancko zarzucając na ramię swój płaszcz, ruszyła w stronę dojrzanej znajomej.
Podeszła do stolika, a na jej ustach wykwitł pół-uśmiech, z nutą przekory. Delikatnie skinęła głową w kierunku Urd, z elegancją, która pasowałaby bardziej do Salonu Mody Madame Malkin niż do Dziurawego Kotła.
– Proszę, proszę. Kto by pomyślał, że skusi Cię tak spokojny przybytek. – rzuciła z figlarnym akcentem, który łagodził pozorną kpinę. Jej oczy błyszczały ciepłym, łagodnym światłem, a cała uwaga Ceolsige, od postawy po delikatnie uniesione brwi, skupiła się na siedzącej wiedźmie. Następnie, Ceolsige zwróciła się do Lazarusa, gestem dłoni wskazując na Urd. – Lazarusie, to jest Urd, prawdziwe Serce Północy – słowo to wymówiła z niemal namacalną czułością, która stała w wyraźnym kontraście do przekory jej wcześniejszych słów. – Urd, to jest Lazarus, mój kolega. Klątwołamacz. I, o czym pewnie wiesz, zagorzały miłośnik pajęczaków.
Krótką prezentację na chwilę przerwało przybycie zamówionych zastawów.
– Proszę, Lazarusie – powiedziała, kierując się w stronę baru. Jej głos, choć cichy, miał w sobie ciepłą, pewną nutę. – Pierwszą kolejkę ja stawiam.
Nie czekając na odpowiedź, zręcznie przemknęła między stolikami, a jej ruchy były tak precyzyjne, że mimo długiego płaszcza i obcasów, nie zahaczyła o żaden mebel ni gościa. Dopiero przy kontuarze, zwolniła i z dystyngowaną gracją rozpięła płaszcz, pozwalając mu zsunąć się lekko z ramion, po czym eleganckim ruchem zarzuciła jego poły na oparcie krzesła barowego. Pod spodem ukazał się strój starannie dobrany do jej urody: dopasowana, fioletowa koszula, której luźne, rozszerzające się rękawy lekko opadały przy nadgarstkach, oraz czarna spódnica z wysoką talią, zapinana na rząd drobnych, pozłacanych guzików. Niewielka kremowa broszka spinała kołnież koszuli.
– Dzień dobry. Dwa zestawy degustacyjne najnowszego grzańca, poproszę – zwróciła się do barmana z uprzejmym, lecz nie przesadnym uśmiechem, po czym odwróciła się do swojego towarzysza. – Jeszcze raz dziękuję ci, Lazarusie, za pomoc w wyborze kreacji na Bal. Twoje wnikliwe uwagi były nieocenione. - niby wyświechtany tekst w jej ustach jak zwykle brzmiał jak najszczerszy komplement.
Czekając, aż obsługa przygotuje ich zamówienie, Ceolsige rozglądała się po sali. Jej spojrzenie było szybkie, ale niezwykle czujne, omiatające pobieżnie zebraną klientelę – od cieni w kątach po tych, którzy siedzieli w świetle okien. Na jednej z takich postaci jej wzrok zatrzymał się na dłużej. Krwistoczerwony sweter, jasne, luźno puszczone włosy...
Na twarzy Ceolsige, rozkwitł zupełnie szczery, promienny uśmiech zaskoczonego zadowolenia, a na policzkach wystąpił delikatny rumieniec.
– Popatrz, no popatrz... – szepnęła do Lazarusa, a jej głos natychmiast stał się o ton cieplejszy i bardziej podekscytowany niż zazwyczaj. -- Moja przyjaciółka. Koniecznie musisz ją poznać.
Skinęła głową barmanowi, wskazując na stolik pod oknem, a kiedy ten potwierdził, że tam przyniesie ich grzańce, Ceolsige, odwracając się i elegancko zarzucając na ramię swój płaszcz, ruszyła w stronę dojrzanej znajomej.
Podeszła do stolika, a na jej ustach wykwitł pół-uśmiech, z nutą przekory. Delikatnie skinęła głową w kierunku Urd, z elegancją, która pasowałaby bardziej do Salonu Mody Madame Malkin niż do Dziurawego Kotła.
– Proszę, proszę. Kto by pomyślał, że skusi Cię tak spokojny przybytek. – rzuciła z figlarnym akcentem, który łagodził pozorną kpinę. Jej oczy błyszczały ciepłym, łagodnym światłem, a cała uwaga Ceolsige, od postawy po delikatnie uniesione brwi, skupiła się na siedzącej wiedźmie. Następnie, Ceolsige zwróciła się do Lazarusa, gestem dłoni wskazując na Urd. – Lazarusie, to jest Urd, prawdziwe Serce Północy – słowo to wymówiła z niemal namacalną czułością, która stała w wyraźnym kontraście do przekory jej wcześniejszych słów. – Urd, to jest Lazarus, mój kolega. Klątwołamacz. I, o czym pewnie wiesz, zagorzały miłośnik pajęczaków.
Krótką prezentację na chwilę przerwało przybycie zamówionych zastawów.