Jej żołądek dopiero miał zaprotestować przeciwko takiemu traktowaniu: to znaczy się tylu teleportacji w jeden dzień, ale nie teraz. Leki pomagały, bogowie jaka była szczęśliwa, że je dzisiaj zażyła, bo raczej nie byłaby w stanie spokojnie posiedzieć sobie z Cathalem w Dziurawym Kotle. Zauważyła zresztą, że Shafiq był niezwykle taktowny kiedy chciał, to znaczy nigdy nie komentował jej przypadłości i teraz też, po raz kolejny, po prostu milczał i pozwalał jej dojść do siebie. Było to bardzo kontrastujące z tym, jak zachowywał się na co dzień (albo raczej: za kogo uchodził, nie przejmując się zanadto tym, że daleko mu do wizji o angielskim dżentelmenie), co uderzało Ginny myślą, że kiedy w jakiś sposób mu zależało, to potrafił nie być chamem, jak to sam o sobie mówił.
To nie była jej pierwsza wizyta w Dziurawym Kotle. Była tu już kiedyś, lata temu, kiedy wymknęła się poczuć klimat angielskich świąt podczas Yule – późnym wieczorem. Trafiła wtedy do pubu i pamiętała, że szeroko komentowano wtedy poczynania któregoś z Ministrów Magii, chyba tego mugolskiego pochodzenia… Uśmiechnęła się na tę myśl, gdy weszli do środka i McGonagall zajęła jeden ze stolików. Tak się składało, że na tym polu byli bardzo zgodni, lubując się w próbowaniu nowych rzeczy i smaków. I nie, nie znała czegoś takiego jak grzaniec (ogólnie mało się znała na alkoholach).
– Coś dobrego – puściła mu przy tym oko i ściągnęła swój płaszcz, którym była opatulona do tej pory i przewiesiła go przez oparcie krzesła. Rozejrzała się z ciekawością po pubie, próbując obecny wystrój odwołać jakoś do tego, jak wnętrze zapadło jej w pamięci sprzed lat. Miała najwyraźniej pewne szczęście na zawitanie tutaj podczas ważnych dla czarodziejów świąt, to i nie było tu przesadnych tłumów. Cathal przyniósł jej więc również grzańca, ale jakąś drugą wersję – też korzenną, ale trochę inną od tej, którą sam właśnie próbował. Nie uszło jej zresztą uwadze, z jaką ostrożnością siadał na krześle… – Nie martw się, nie unurzałam go pod twoją nieobecność w żadnej truciźnie i nie poluzowałam go tak, żeby miało się rozpaść jak tylko siądziesz – rzuciła z właściwą sobie zaczepką i przysunęła do siebie swój kufel, nachylając się nad nim, by móc poczuć zapach. Owinęła dłonie wokół niego, pozwalając by ciepło je ogrzało po tym, jak właściwie ostatni dłuższy czas spędzili na zewnątrz. – Jakoś wcześniej nie myślałam o alkoholu na ciepło – stwierdziła po prostu i lekko podmuchała jego powierzchnię, nie wiedząc zupełnie czego się spodziewać, nim wzięła łyka i przymrużyła oczy, szukając odpowiednich słów, by opisać to, co poczuła. Słodycz, ale przebitą jakąś taką wytrawną, głęboką nutą, nieco kwaskowości, ale rozbitej czymś…. Czymś. Znała ten smak. – Hmm – mruknęła i wzięla zaraz drugiego łyka. – Wziąłeś nam to samo? Czy co innego? – zapytała jeszcze. – Bo ja czuję bardziej kardamon niż cynamon.