13.12.2025, 02:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.12.2025, 01:41 przez Benjy Fenwick.)
Pojawiłem się w Dziurawym Kotle wcześniej, niż było to konieczne. Wczesny październikowy wieczór wlepił się w Londyn mglistym chłodem i wilgocią - taką, która wchodziła pod płaszcz bez pytania o pozwolenie. Drzwi lokalu zamknęły się za mną z tym samym znajomym jękiem zawiasów, a ja od razu wiedziałem, gdzie jestem, metaforycznie, ponieważ powietrze miało ciężar bardzo konkretnego wspomnienia - grzaniec winny - ten sam zapach przypraw, cynamon, goździki, pomarańcze nuta czegoś słodkiego, co zawsze udawało niewinność, chociaż wszyscy wiedzieli, że to kłamstwo. Poprzednim razem spiłem się nim bardziej, niż to było wskazane - i o ile w tamtym momencie czułem się świetnie, miałem bardzo dobry humor i spędziłem naprawdę dobry wieczór, o tyle rano czułem się już nie jak król, a jak ślepy nietoperz obudzony w bardzo słoneczny dzień. Tym razem nie miałem zamiaru się na to nabierać, przynajmniej nie od razu - już miałem darować sobie zamawianie czegokolwiek, kiedy zauważyłem kredową tabliczkę za barem - polecali nową wersję grzanego wina, jak poprzednio, na które zamierzałem machnąć na niego ręką, ale wtedy dostrzegłem dopisek - wersja bezalkoholowa i wariant na białym winie. Uśmiechnąłem się pod nosem, krótko, bez radości, raczej z uznaniem dla czyjejś przezorności.
Zmieniłem zdanie szybciej, niż zdążyłem się za to skarcić. Zamówiłem grzane białe wino dla siebie i bezalkoholowy grzaniec dla Geraldine, aby zachować pozory towarzyskiego spotkania. Wiedziałem, że grzeją tu tak, jakby chcieli napojami wypalać klątwy, więc nawet jeśli miała się chwilę spóźnić - a było jeszcze przed czasem - grzańce nie zdążą wystygnąć. To była ta drobna logistyka, o której się nie mówiło, ale która robiła różnicę, kiedy noc zapowiadała się długa.
Zawiesiłem płaszcz na oparciu krzesła i rozejrzałem się po lokalu - niewiele się zmieniło od mojej ostatniej wizyty dosłownie dwa dni temu, chociaż zapowiadano tu jesienne przemeblowanie z uwagi na coraz większe obłożenie, tymczasem powitały mnie te same krzywe stoły, to samo światło, które nigdy nie było do końca jasne, nawet przy świecach. Ludzie siedzieli bliżej siebie niż zwykle, jakby chłód z zewnątrz próbował wedrzeć się do środka i trzeba było go odeprzeć ciepłem cudzych ramion i kufli, ale stolików wcale nie było więcej - cudem udało mi się znaleźć jeden wolny, na szczęście w samym kącie sali - niestety głównej, bo do bocznych nie wepchnąłbym się, choćbym chciał, nawet bokiem. Usiadłem plecami do ściany, zawsze tak siadałem - widzieć wszystko, nie być widzianym - stary nawyk, nie widziałem powodu, żeby się go pozbywać.
Czekałem spokojnie, dokładnie tam, gdzie planowałem, zacisnąłem palce na ciepłym kubku, czując, jak szkło oddawało żar. Upiłem odrobinę zawartości wysokiego kufla i uniosłem wzrok, gotów w jednej chwili odłożyć myśli i przejść do rzeczy. Byłem punktualny, tym razem nawet nadmiernie, to akurat potrafiłem, gdy byłem w formie. Gerda miała dołączyć za chwilę, a ja wiedziałem tylko tyle, że nocne zlecenie zacznie się od rozmowy, nie od ruchu - ktoś, gdzieś, jakieś ustalenia - tyle wystarczyło, skoro miałem być jej partnerem w pracy, a ona nie napisała nic więcej, nie czułem potrzeby dopytywania. Zaufanie bywało czasem jedyną walutą, która nie traciła wartości po zmroku.
Zmieniłem zdanie szybciej, niż zdążyłem się za to skarcić. Zamówiłem grzane białe wino dla siebie i bezalkoholowy grzaniec dla Geraldine, aby zachować pozory towarzyskiego spotkania. Wiedziałem, że grzeją tu tak, jakby chcieli napojami wypalać klątwy, więc nawet jeśli miała się chwilę spóźnić - a było jeszcze przed czasem - grzańce nie zdążą wystygnąć. To była ta drobna logistyka, o której się nie mówiło, ale która robiła różnicę, kiedy noc zapowiadała się długa.
Zawiesiłem płaszcz na oparciu krzesła i rozejrzałem się po lokalu - niewiele się zmieniło od mojej ostatniej wizyty dosłownie dwa dni temu, chociaż zapowiadano tu jesienne przemeblowanie z uwagi na coraz większe obłożenie, tymczasem powitały mnie te same krzywe stoły, to samo światło, które nigdy nie było do końca jasne, nawet przy świecach. Ludzie siedzieli bliżej siebie niż zwykle, jakby chłód z zewnątrz próbował wedrzeć się do środka i trzeba było go odeprzeć ciepłem cudzych ramion i kufli, ale stolików wcale nie było więcej - cudem udało mi się znaleźć jeden wolny, na szczęście w samym kącie sali - niestety głównej, bo do bocznych nie wepchnąłbym się, choćbym chciał, nawet bokiem. Usiadłem plecami do ściany, zawsze tak siadałem - widzieć wszystko, nie być widzianym - stary nawyk, nie widziałem powodu, żeby się go pozbywać.
Czekałem spokojnie, dokładnie tam, gdzie planowałem, zacisnąłem palce na ciepłym kubku, czując, jak szkło oddawało żar. Upiłem odrobinę zawartości wysokiego kufla i uniosłem wzrok, gotów w jednej chwili odłożyć myśli i przejść do rzeczy. Byłem punktualny, tym razem nawet nadmiernie, to akurat potrafiłem, gdy byłem w formie. Gerda miała dołączyć za chwilę, a ja wiedziałem tylko tyle, że nocne zlecenie zacznie się od rozmowy, nie od ruchu - ktoś, gdzieś, jakieś ustalenia - tyle wystarczyło, skoro miałem być jej partnerem w pracy, a ona nie napisała nic więcej, nie czułem potrzeby dopytywania. Zaufanie bywało czasem jedyną walutą, która nie traciła wartości po zmroku.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)