13.12.2025, 16:15 ✶
No nie! Rożdżki! Mieli tutaj różdzki! O ile ich babcia nie była szaloną członkinią rodziny Ollivander, która uciekła z Lecznicy Dusz i rozdawała różdzki niczym cukierki, to nie było żadnej możliwości, aby chłopcy nie ukradli skądś tych przedmiotów.
Jak i zapewne wszystkich innych, ale jednak z całym szacunkiem dla zegarków i porcelanowych gąsek, kradzież i sprzedawanie rożdżek były zdecydowanie poważniejszym przewinieniami.
Pytanie Atreusa o cenę zaskoczyło ją, ale uznała, że to mimo wszystko jakaś dziwna gra ze strony aurora. W końcu wciąż byli w cywilnych ubraniach i potrzebowali większej ilości szczegółów. Poza tym... Hestia, chociaż wiedziała że to co robili młodzi czarodzieje było nielegalne, nie wiedziała czy ma serce zaciągnąć ich do Ministerstwa Magii. Jasne, powinni zwinąć ten nielegalny interes, ale... Na Merlina, co musiało być nie tak z tymi dzieciakami, że w środku roku szkolnego, sprzedawali najprawdopodobniej ukradzione różdzki gdzieś w alejce w magicznym Londynie. Gdzie byli ich rodzice? I co jeśli ich rodzice nie żyli? Albo sami byli w więzieniu i dawali taki przykład swoim dzieciom. A co jeśli ta babcia... Chyba nieco zatracała się w tych rozważaniach.
Hestia zawahała się i spojrzała na kocyk. Było tu kilka ładnych rzeczy i nawet jedna zdobiona szkatułka na biżuterię, którą mogłaby kupić siostrze na zbliżające się urodziny, ale wątpiła aby ktokolwiek z jej rodziny doceniłby kradziony prezent, a znając samą siebie młoda Bletchley zapewne bardzo szybko, by się do tego przyznała.
Śmierciożercy zapewne mieli szczęście, że Hestia nie była upadłą na głowę ekstremistką z rozsądkiem i ojcem mugolakiem, bo gdyby została jedną z nich dzieki jej rozterką cała inicjatywa zapewne zakończyłaby się bardzo szybko.
Pokręciła głową.
– Nie, chyba nie – powiedziała nie dodając na głos, że jedyne czego w tym momencie chciał, to aby te dzieciaki były teraz w ławkach na zajęciach z transmutacji. Nie wtrącała się jednak w zakupy Atreusa, zakładając że raczej nie kupował tej różdżki, aby zrobić z niej dekorację na ścianę.
Jak i zapewne wszystkich innych, ale jednak z całym szacunkiem dla zegarków i porcelanowych gąsek, kradzież i sprzedawanie rożdżek były zdecydowanie poważniejszym przewinieniami.
Pytanie Atreusa o cenę zaskoczyło ją, ale uznała, że to mimo wszystko jakaś dziwna gra ze strony aurora. W końcu wciąż byli w cywilnych ubraniach i potrzebowali większej ilości szczegółów. Poza tym... Hestia, chociaż wiedziała że to co robili młodzi czarodzieje było nielegalne, nie wiedziała czy ma serce zaciągnąć ich do Ministerstwa Magii. Jasne, powinni zwinąć ten nielegalny interes, ale... Na Merlina, co musiało być nie tak z tymi dzieciakami, że w środku roku szkolnego, sprzedawali najprawdopodobniej ukradzione różdzki gdzieś w alejce w magicznym Londynie. Gdzie byli ich rodzice? I co jeśli ich rodzice nie żyli? Albo sami byli w więzieniu i dawali taki przykład swoim dzieciom. A co jeśli ta babcia... Chyba nieco zatracała się w tych rozważaniach.
Hestia zawahała się i spojrzała na kocyk. Było tu kilka ładnych rzeczy i nawet jedna zdobiona szkatułka na biżuterię, którą mogłaby kupić siostrze na zbliżające się urodziny, ale wątpiła aby ktokolwiek z jej rodziny doceniłby kradziony prezent, a znając samą siebie młoda Bletchley zapewne bardzo szybko, by się do tego przyznała.
Śmierciożercy zapewne mieli szczęście, że Hestia nie była upadłą na głowę ekstremistką z rozsądkiem i ojcem mugolakiem, bo gdyby została jedną z nich dzieki jej rozterką cała inicjatywa zapewne zakończyłaby się bardzo szybko.
Pokręciła głową.
– Nie, chyba nie – powiedziała nie dodając na głos, że jedyne czego w tym momencie chciał, to aby te dzieciaki były teraz w ławkach na zajęciach z transmutacji. Nie wtrącała się jednak w zakupy Atreusa, zakładając że raczej nie kupował tej różdżki, aby zrobić z niej dekorację na ścianę.