• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius

[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
13.12.2025, 23:04  ✶  
Nie planowałem tego spotkania, Merlin mi świadkiem, gdybym planował, pewnie bym nie przyszedł. Albo przyszedłbym w zupełnie innym nastroju, z inną maską, z gotową ripostą, a tak złapała mnie znienacka, jak dawniej, i zanim zdążyłem włączyć tryb rywala, już rozmawialiśmy - jak przyjaciele - to było najgorsze i najlepsze jednocześnie. Dałem się zaskoczyć chwili, bo wieża astronomiczna o tej porze miała w sobie coś z miejsca wyjętego spod jurysdykcji rozsądku - to było najuczciwsze, co mogłem o tym powiedzieć. Po prostu miałem dobry wieczór, wpadłem na kogoś, kogo nie spodziewałem się spotkać, być może byłem przy tym lekko wstawiony, więc nim się obejrzałem stałem i gadałem, jakbyśmy znów mieli po kilkanaście lat, a świat nie zdążył nas jeszcze porządnie popchnąć w przeciwne strony. Słuchałem jej, oparty o mur, z czapką z głupimi rogami na głowie, i czułem, jak coś we mnie mięknie. Nienawidziłem tego uczucia, lubiłem je, tęskniłem za nim, tęskniłem za nią, chciałem tego i nie chciałem, wszystko na raz.
Całe szczęście, w rzeczywistości uśmiechałem się tylko połowicznie, jednym bokiem ust, nic nie mówiąc o tym, jak się właśnie czułem - nie dawałem po sobie poznać tego wewnętrznego kotła - oczywiście, że to było moim naturalnym schematem. Z zasady unikałem niektórych poważniejszych rozmów jak ognia, nie tylko dlatego, że wiedziałem, z kim teraz rozmawiałem, ale może po części również dlatego. Nie chciałem, by później wykorzystała przeciwko mnie moją własną słabość, a zrobiłaby to bez zawahania. Przecież znałem ten typ zachowania, aż za dobrze, może nigdy nie doświadczyłem go z ust Prudence, ale Alice… Alice nieustannie to robiła, szczególnie teraz, gdy już nie byliśmy razem. Gdybym tylko pozwolił sobie powiedzieć zbyt wiele,  za poważnie i szczerze, na pewno zostałoby to wykorzystane. Nie dziś, nie jutro, tylko w najbardziej newralgicznym momencie, Prudence zdecydowanie nie zapomniałaby mi mojej słabości, kobiety nigdy nie zapominały. Właściwie - prawdopodobnie powinienem opuścić wieżę w momencie, w którym dotarło do mnie, że zaczynam opuszczać gardę, a jednak z jakiegoś powodu postanowiłem kontynuować naszą rozmowę. Odepchnąłem od siebie te wszystkie natrętne myśli, przynajmniej na chwilę, skupiając się na tu i teraz, i czapce z rogami, która przenosiła uwagę Prudence z moich oczu na czubek głowy. Na szczęście, bo oczy były oknami duszy - prawda? Nie mogłem mieć pewności, co by w nich widziała.
Sam zauważyłem jej spojrzenie od razu - szybciej, niż zdążyła je ode mnie odciągnąć - nie dlatego, że byłem szczególnie spostrzegawczy, chociaż zdecydowanie się za takiego miałem, tylko dlatego, że zawsze wiedziałem, kiedy na mnie patrzyła. Te rogi na czapce poruszały się przy każdym moim słowie, a ja udawałem, że to przypadek, nie czuję ich, nie rejestruję każdego drobnego ruchu ze strony nas obojga. Prawda była prostsza i bardziej kompromitująca - powinienem krzywić się na przegrany zakład, ale lubiłem to, lubiłem, że patrzyła, lubiłem, gdy coś ją we mnie rozpraszało. Lubiłem być tym drobnym absurdem w jej uporządkowanej rzeczywistości, natrętną myślą w opanowanej, trzeźwej głowie. Może nawet aż za bardzo.
- Okej, po prostu mówię, co widzę, bo jeśli to eksperyment obserwacyjny, to uczciwie cię poinformować, że obiekt jest świadomy bycia obiektem. - Rzuciłem lekko, zanim zdążyłem się ugryźć w język. Przesunąłem ciężar ciała z jednej nogi na drugą, czując jej spojrzenie mocniej, niż powinienem. Chciałem wiedzieć, co myśli - gdybym wiedział, byłoby prościej, wiedziałbym, czy mogę zrobić krok bliżej, a pierwszy raz w życiu nie wiedziałem nic. Tym bardziej, gdy postanowiła skomplementować moje nakrycie głowy. Skinąłem, czując jak rogi czapki znów się poruszają, i wzruszyłem ramionami - trochę zbyt nonszalancko, jakbym naprawdę nie przywiązywał do tego wagi.
- Okradanie mnie byłoby sportem ekstremalnym, to fakt. - Rzuciłem, wracając w lekkość po chwili milczenia. - Ale nie doceniasz się, Pruey, zawsze byłaś dobra w rzeczy niemożliwe. Poza tym… - Machnąłem ręką, zataczając okrąg w powietrzu, bardzo bagatelizujący. - Nie wszystko, co dobrze wygląda na mnie, musi źle wyglądać na tobie, tylko dlatego, że jesteśmy z innych światów. Niektóre rzeczy są uniwersalnie twarzowe.- Powiedziałem spokojnie, z tym półuśmiechem, który ćwiczyłem latami. Nie dodałem, że gdyby chciała, oddałbym jej ją bez wahania, bez słowa. Merlin był mi świadkiem, że jeszcze nigdy kawałek głupiej, świątecznej garderoby nie zrobił ze mnie takiego idioty.
Yule zawsze pachniało dla mnie świerkiem, woskiem, dymem z kominków, cudzymi oczekiwaniami i tą cichą tęsknotą, której nikt nie nazywał po imieniu, a jednak tej nocy wieża astronomiczna oddychała inaczej, jakby pamiętała nas oboje sprzed lat i postanowiła udawać, że nic się nie stało. Tego wieczoru była jak kapsuła czasu. Rozmawialiśmy normalnie, bez zadziorów, bez punktowania się, bez cięcia się spojrzeniami, bez tej rywalizacji, która zwykle rosła między nami jak wybujały, kolczasty krzew wymagający regularnego podlewania jadem. Słuchałem jej głosu i łapałem się na tym, że uśmiech przychodził sam, bez mojej zgody. To było niebezpieczne, zbyt łatwe i znajome - jak zakładanie starej, zakurzonej kurtki, która wciąż pasowała, chociaż przecież dawno powinna być za mała. To wszystko brzmiało mi w głowie znajomo - nie głos, nie słowa, tylko ten rytm, to, jak się rozkręcaliśmy, jedno zdanie pociągało za sobą następne, coraz bardziej absurdalne, coraz bardziej nasze.
Pozwoliłem sobie na ten uśmiech, ten dawny, trochę krzywy, który pamiętał jeszcze czasy, gdy siedzieliśmy na schodach i rozmawialiśmy o absolutnych bzdurach, przekonani, że świat jest większy niż nazwiska i ambicje. Teraz bzdury wróciły w postaci nietoperzy z wieży, w której nawet nigdy żadnych nie było i, na Morganę, byłem w to wciągnięty po uszy. Jeszcze moment temu byłem dorosłym facetem w skórzanej kurtce, ścigającym Hogwartu, z siniakiem po tłuczku obejmującym połowę żeber, a teraz stałem obok niej i rozkładałem przed sobą mentalne plany remontu nietoperzego M-2.
Fragmenty historii z prawnikami, stolarzami, sfrustrowanymi mężami i artystycznymi żonami, dom, w którym wszystko było odwrócone do góry nogami i właśnie dlatego miało sens - to było absurdalne, ale dorzucałem swoje cegiełki do tej opowieści, bo zawsze byłem całkiem niezły w kreowaniu światów, w których można było się schować. Kiedyś potrafiliśmy spędzić pół dnia na wymyślaniu dokładnie takich historii, leżąc na trawie albo siedząc na schodach gdzieś przy dziedzińcu. Tyle tylko, że wtedy to było niewinne, naiwne, dziecięce, teraz już nie. Mówiłem jednak, a jednocześnie obserwowałem ją kątem oka, pozwalając sobie płynąć - wystarczało, że poczułem jej obecność jak ciepło pod skórą, wbrew zimnym murom - ten śmiech, promienny i nieostrożny, wbił mi się w klatkę piersiową, i przez chwilę rzeczywiście pomyślałem, że dawno nie byłem tak blisko czegoś, co naprawdę chciałem zatrzymać właśnie w tej formie, bez zmian i poprawek.
- Nie, nie. To nie może być ekskluzywny zawód. Nietoperze mają skłonność do wybierania zabytkowych lokali, potrzebują zatem wielu prawników, bo ktoś musi pilnować tych wszystkich paragrafów, konserwatorów i wykonawców-partaczy, inaczej sufit by im spadł na głowy, wtedy dopiero byłby dramat. Pani nietoperzowa na pewno ma przynajmniej jednego prawnika w rodzinie, który zechce reprezentować ich stronę. - Rozmawialiśmy tak jak kiedyś, tok rozumowania sam wpadał na znajome tory, żarty składały się bez wysiłku, jakby nikt nigdy niczego nie zepsuł. Miałem wrażenie, że wystarczy zrobić krok w bok, żeby znowu mieć trzynaście lat i głowę pełną bzdur, tyle że ciało już było inne, cięższe od myśli, a spojrzenie nie było niewinne. Patrzyłem na nią i wiedziałem, że to nie jest to samo uczucie, to było ostrzejsze, bardziej uparte, ale nie mniej ciepłe.
- Czyli mówisz, że pani nietoperzowa ma w domu kogoś zupełnie bez własnego zdania, który zgodzi się na wszystko, co zasugeruje mu żona? Nie uważasz, że to tyrania? Albo brak zaangażowania? Pan nietoperz zgadza się na wszystko, bo chce ją uszczęśliwić, uniknąć kłótni małżeńskich czy już ma po prostu serdecznie dosyć i zarobi tym sobie oskarżenia o to, że na wszystko leje z sufitu? - Uniosłem brew, domagając się wyjaśnień w sprawie domniemanego kryzysu małżeńskiego naszej pary. Zawsze uważałem, że rozmowa jest sportem kontaktowym. Z Prudence od wielu lat nie było to bezpieczne, towarzyskie spotkanie - nawet kiedy było neutralnie, pod spodem czaiło się to napięcie, drżące jak napięta cięciwa. Tyle tylko, że tego wieczoru cięciwa nie strzelała. Nasza rozmowa brzmiała cicho, równo, znajomo. Oparłem się wygodniej o kamień, chłód przeszedł przez materiał koszuli, ale nawet tego nie zauważyłem. Prychnąłem cicho i przesunąłem dłonią po karku. - Mają problemy z komunikacją, to zdecydowanie. Ten żyrandol - zrobiłem pauzę dla efektu - to będzie ich Waterloo, jeśli nic z tym nie zrobią. Pan nietoperz będzie miał mięśnie jak zawodowy sportowiec, energię do działania jak zawodowy sportowiec, motywację zawodowego sportowca, a i tak usłyszy, że wszystko jest krzywo. Pięć prób, sześć awantur, a na koniec i tak dostanie reprymendę od żony, jego teściowa stwierdzi, że światło jest za ciepłe, a teść powie, że zrobiłby to w pół dnia. To nie rokuje zbyt dobrze na przyszłość. Następnym razem naprawdę machnie na to skrzydłem, skoro już teraz machnął na resztę wyposażenia domu. Zupełnie przestanie się starać. Nie może być w ten sposób, to strasznie czarny scenariusz. Pani nietoperzowa nie może być pizdą, a pan nietoperz nie może mieć wyjebane. To konserwator jest tu czarnym charakterem. No, weź, Sun, jak mają potem wprowadzić nietoperzą dominację, skoro się nie dogadują? Oni powinni być zgodną parą. Po co im taka wielka chata, skoro są na pograniczu rozwodu? - Widziałem to wszystko oczami wyobraźni i przez moment zapomniałem, kim byliśmy teraz - zapomniałem o domach, nazwiskach, o tym, co wypada, a co nie, zostało tylko to dziwne poczucie lekkości, jakbyśmy znów siedzieli na krawędzi czegoś wysokiego i śmiali się, że przecież nie spadniemy. Metaforycznie, oczywiście, o ile nie pozbyła się tego wewnętrznego lęku przed wysokością, czego nie wiedziałem, bo jak mógłbym, skoro to była nasza pierwsza normalna rozmowa od dawna.
- Urlop w grudniu to klasyka, ich tradycja. - Kiwnąłem głową, wracając do bezpieczniejszych rozważań. - Więc tak, to inwestycja zupełnie nieopłacalna, logicznie rzecz biorąc, ale tu chodzi o prestiż. Wieża astronomiczna to jednak adres. Nie tak łatwo znaleźć się w elitarnym kręgu potencjalnych lokatorów, rodzice nietoperzowej pewnie przeznaczyli na to sporo komarów, chociaż osobiście podejrzewam, że ich córka wolałaby jakiś mniejszy strych na wsi, coś bardziej w ich stylu. Doszukuję się tu źródła kryzysu w ich małżeństwie. Pan nietoperz związał się nie tylko z panią nietoperzową, ale również z całą jej rodziną. Trudna sprawa, to bardzo duże wyzwanie, jak na kogoś, komu krew cały czas spływa do łebka i kto wolniej myśli, niż działa. - Stwierdziłem, jak prawdziwy znawca, tym bardziej, że to miało naprawdę wiele sensu, skoro już ustaliliśmy, że rodzina nietoperzowej była zamożna.
- Jedyna nadzieja w tym, że jest ssakiem z dużą motywacją. Na pewno widać to po jego ślepkach. Oczy nigdy nie kłamią. - Stwierdziłem spokojnie. - Niektórzy gryzą wzrokiem, zanim zrobią to zębami. Znam ten typ. - Przesunąłem dłonią po czapce, niby od niechcenia, ale tak naprawdę po to, żeby mieć co zrobić z rękami. Yule robiło ludziom dziwne rzeczy, albo to ona robiła dziwne rzeczy mnie, wolałem tej kwestii nie rozstrzygać, ale kiedy padło to imię, to dawne, dziecięce, poczułem je fizycznie - jakby ktoś stuknął mnie palcem w mostek, dokładnie tam, gdzie zwykle udawałem, że nic nie mam. Wish. Nikt inny tak nie mówił, nie powinno to mieć znaczenia, a jednak miało - ustawiło mnie w przestrzeni, cofnęło i pchnęło jednocześnie, brzmiało głupio, brzmiało ciepło, brzmiało jak coś, czego nie powinienem chcieć. Nie skomentowałem, uśmiechnąłem się tylko krzywo, chowając reakcję w półżarcie, bo to była moja sprawdzona zbroja. Mówiłem i mówiłem, wchodząc w ten absurd z całym zaangażowaniem, bo to było proste, bezpieczne, bo w tych historiach nie było miejsca na to, co działo się między nami naprawdę. Dawno nie byłem przy niej po prostu sobą, bez kalkulacji, bez tego ciągłego udawania, że wszystko mam pod kontrolą. A kiedy i ja nazwałem ją tym dawnym imieniem, które kiedyś przychodziło mi naturalnie, poczułem, jak coś we mnie znowu drgnęło, nie dając mi zapomnieć o tym, co powinno zostać zapomniane.
- Zaćmienie, oświecenie, semantyka. -  Mruknąłem, pochylając głowę. - Wiesz, że zawsze byłem sceptyczny wobec wielkich słów. Wolę te mniejsze, bardziej użyteczne. A może po prostu mam słabość do rzeczy, które są trochę nie na miejscu, ale jakoś idealnie pasują. To chyba jedno i to samo. - Odpowiedziałem spokojnie, chociaż głos miałem niższy niż zwykle. Bawiło mnie to, że mogłem być dla niej takim kompanem - bawiło i bolało jednocześnie, gdzieś głęboko pod skórą, bo kiedyś byłem nim bez konsekwencji, a teraz każda linijka dialogu ciągnęła za sobą cień pytania, którego nie zadawałem. Jej uwaga o statystyce sprawiła, że uniosłem brew. - Być może. - Przyznałem spokojnie. - Fakt, statystyka rzadko bywa łaskawa dla wyjątków. A my… Cóż, zawsze mieliśmy tendencję do bycia statystycznie niewygodnymi, prawda? - Parsknąłem, ale potem znów złapałem jej spojrzenie. Zacisnąłem szczękę, zaraz potem ją rozluźniłem, kiedy przyjęła moje przeprosiny, skinąłem głową. Świat powinien w tym momencie runąć, przypomnieć nam, że nie mamy prawa do takich chwil, ale nie runął, śnieg padał dalej, zasypując wszystko bielą, jakby odcinał tę wieżę od reszty świata. Przy wspomnieniu o „krótkości” uniosłem rękę w obronnym geście, ale w środku poczułem coś zupełnie innego - przecież wiedziałem, że to nie wada, wiedziałem to aż za dobrze. W innym świecie, w innym życiu, ta różnica wzrostu nie kończyłaby się na żartach o zaspach. W dalszym ciągu pasowałaby do mnie idealnie, do moich ramion, do tego, jak zawsze instynktownie stawałem pół kroku bliżej, żeby ją zasłonić. W tym świecie to przede mną się jednak zasłaniała, podczas gdy ja robiłem wszystko, żeby zapomnieć o tamtych przyzwyczajeniach z przeszłości.
- Krótkość nie jest mankamentem. „Mankament” to bardzo mocne słowo, używasz go niepotrzebnie. - Odparłem wbrew mojemu zwyczajnemu zachowaniu, niemal automatycznie. Miałem wrażenie, że ktoś poluzował śruby w mojej głowie i pozwolił myślom płynąć w kierunku, którego zwykle pilnowałem jak zakazanego korytarza. - To kwestia perspektywy. W razie potrzeby można ją obejść odpowiednią techniką. Albo długimi rękami. Jedno i drugie mam opanowane. - Uśmiechnąłem się krzywo, świadom podtekstu, nie umiałem się powstrzymać - to było jak lot tuż nad taflą jeziora - ryzyko, które uzależniało. „Zawsze”, to słowo prześlizgnęło się przez rozmowę i zadrapało mnie od środka, Wish, który kiedyś był jej Wishem, wrócił bez pytania, bez zaproszenia, po prostu wszedł do środka i zajął miejsce, jakby nigdy go stamtąd nie wyrzucono, pamiętałem te obietnice, rzucane jak kamyki do wody, z przekonaniem, że dno jest blisko - dorosłość nauczyła mnie, że bywa głęboko, zimno. Nie chciałem tego, to przyszło zbyt łatwo, tak samo jak każda kolejna naturalna reakcja na jej słowa.
- Egzorcysta? - Prychnąłem, unosząc brew. - Proszę cię. - Odepchnąłem się od ściany i stanąłem bliżej, niż planowałem, ale jeszcze w granicy rozsądku. - Jakbyś została duchem, to gwarantuję, że byłabyś najbardziej upartym przypadkiem w historii Hogwartu. Spokojnie, miałabyś całkiem długą karierę. - Kącik ust drgnął mi w półuśmiechu. Zawiesiłem na niej spojrzenie o sekundę za długo, potem je odwróciłem, patrząc w noc, w śnieg, w cokolwiek poza nią. Przesunąłem stopą po kamieniu, kreśląc bezsensowny półokrąg.
- „Kompatybilność” to złe słowo. To nie jest coś, co można połączyć we wspólny gigapatent. To raczej „niefortunne dopasowanie częstotliwości” pomiędzy dwojgiem ludzi niedopasowanych na wszystkich innych płaszczyznach, kosmiczny żart. - Pokręciłem głową z krzywym uśmiechem, ukrywając pod wyrazem twarzy to, że ta prawda zakłuła mnie od środka. - Być dopasowanym do osoby, która ma cię serdecznie dość, to nie kompatybilność, tylko przytyk od losu. - Dodałem, jakby to było oczywiste, przenosząc wzrok na okno. - Szczególnie komiczny, biorąc pod uwagę, że najchętniej zepchnęłabyś mnie z tej wieży, ale intensywność twojej nienawiści nie jest tożsama z siłą fizyczną potrzebną, by mnie pchnąć na jakikolwiek inny skraj, niż ten metaforyczny. Technicznie rzecz biorąc, to błąd we wszechświecie, coś w rodzaju niespełnialnego życzenia, żebym to ja zniknął, raz a dobrze korzystając z twojego patentu, albo najlepiej w ogóle się nie pojawił, jeśli mam zostać przy moim. - Skrzywiłem się lekko, ponownie opierając bark o mur, jakbym mówił o wadzie konstrukcyjnej rzeczywistości, nie o nas. Uśmiech zszedł mi na moment z twarzy, zastąpiony czymś bardziej zamyślonym, a potem wreszcie usiadłem na parapecie obok niej, pozwalając sobie wrócić do z pozoru luźniejszych tematów.
Przez moment siedziałem tak, jakby to było naturalne, jakbyśmy nadal mieli dwanaście lat i żadnych granic. Słuchałem jej i miałem wrażenie, że ktoś cofnął wskazówki zegara, ale tylko do połowy - nie byliśmy już tamtymi dwoma wersjami siebie, tamci nie znali ciężaru spojrzeń, które teraz zawisały między zdaniami. Przez lata nauczyłem się reagować szybciej, ostrzej, z dystansem, jak przystało na kogoś, kto ma nazwisko, ród i wydeptaną ścieżkę, po której powinien iść. A jednak tego wieczoru rozmowa płynęła tak, jakbyśmy nigdy nie przestali być dzieciakami chowającymi się po korytarzach. Tylko że teraz wiedziałem już zbyt wiele, a ciało reagowało szybciej niż rozsądek. Podciągnąłem koszulę bez słowa, gestem szybkim, niemal demonstracyjnym, jakby to był kolejny argument w rozmowie, a nie coś, co nagle zmieniało temperaturę powietrza między nami. Dystans był bezpieczny, dystans był rozsądny, ale rozsądek zawsze przychodził do mnie spóźniony albo wcale - zazwyczaj to drugie. Zauważyłem jej spojrzenie, ten moment zawahania, i instynktownie dotknąłem miejsca, gdzie był siniak, jakbym dopiero teraz sobie o nim przypomniał.
- To pamiątka po lataniu, nie po dramatycznym wypadku. - Uśmiechnąłem się półgębkiem. - Zniknie, zanim ktoś zdąży się przejąć. Mam alergię na skrzydło szpitalne. - Rzuciłem półżartem. Czułem chłód powietrza na skórze i coś gorętszego pod nim, ślad po uderzeniu pulsował lekko, przypominając, że ciało zawsze pamięta. Zaciąłem się na ułamek sekundy, zanim opuściłem koszulę z powrotem, znów poczułem to dziwne ukłucie - nie niepokój, raczej dezorientację, jakby ktoś nagle zmienił zasady gry, a ja nie dostałem nowej instrukcji.
- „Nie najgorsze predyspozycje”? - Powtórzyłem z udawaną urazą, próbując wrócić do żartu. - Sun, rujnujesz mi reputację. Jako moja kumpela naprawdę mogłabyś być bardziej entuzjastyczna. - Uśmiechnąłem się krzywo, tym półuśmiechem, który zwykle ratował mnie z sytuacji, kiedy robiło się zbyt… Osobliwie. A robiło się. Zdecydowanie, bo sposób, w jaki na mnie patrzyła, nie był już tylko żartobliwy. Był uważny. Zbyt uważny. Czułem to fizycznie - jak napięcie pod skórą, jakby ktoś delikatnie, ale uparcie naciskał mi klatkę piersiową. Może dlatego kolejny raz powiedziałem coś, czego nie powinienem był mówić, nazywając ją kimś, kto wciąż był mi w jakimś stopniu bliski. „Kumpela”, tak? Nie byliśmy kumplami.
- No. - Chrząknąłem. - Predyspozycje są, papierów na nietoperza jeszcze nie mam, ale mogę się douczyć, jeśli właśnie tego sobie życzysz. - Odwróciłem wzrok tylko po to, by się nie uśmiechnąć zbyt szeroko. - Zawsze będę w stanie spełniać życzenia. - Powiedziałem bez wahania, to było niebezpieczne, bo łatwość zawsze prowadziła nas w miejsca, z których trudno było się wycofać bez strat, a jednak nie umiałem przestać. Śnieg szumiał i skrzypiał gdzieś daleko, wiatr ślizgał się po murach, a gwiazdy zakryte gęstymi chmurami wisiały nad nami jak obietnice, których nikt nigdy nie zamierzał dotrzymać. - Przynajmniej te, które da się spełnić. Spełnianie życzeń to ryzykowna sprawa, wiesz, czasem spełniają się w zupełnie innej formie, niż ktokolwiek zakłada. - Dodałem, zawieszając spojrzenie na jej oczach. - Nigdy nie wiadomo, co się komu marzy naprawdę. - Uśmiechnąłem się do niej, znów tym samym półuśmiechem, który miał wszystko uprościć, ale kiedy powiedziała, że możemy „znaleźć inną aktywność, nietoperzo-zastępczą”, aż mnie ręka zaświerzbiła, żeby ją chwycić za nadgarstek i pociągnąć do jakiegoś durnego eksperymentu z grawitacją. Ugryzłem się w język, wzruszając ramionami - nie mogłem zareagować jak kiedyś, nie mogłem przekroczyć tej granicy.
Czas w wieży zachowywał się dziwnie, jakby zegary zgubiły rytm, chociaż po prawdzie, nawet ich tu nie było - butelka soku dyniowego była kolejnym elementem tej nierealnej układanki, wyciągnąłem ją, nie pamiętając dokładnie, kiedy ją wziąłem. Sięgnęła po butelkę, a nasze palce się dotknęły, zbyt wyraźnie, cofnąłem dłoń sekundę za późno, jakby mój organizm potrzebował chwili, żeby sobie przypomnieć, że to granica. Patrzyłem, jak pije, jak marszczy nos na ten ostry smak, i czułem, jak robi mi się niespodziewanie ciasno w piersi.
- Ma charakter. - Skwitowałem, gdy oddała mi butelkę. - Jak większość rzeczy, które wydają się niewinne na pierwszy rzut oka. - Oparłem się mocniej o mur i spojrzałem w niebo za oknem, racząc się kolejnym łykiem i wyciągając butelkę w jej stronę, bez słowa ostrzeżenie przed tempem picia - z początku alkohol w soku był moim małym sekretem, kolejną głupią decyzją, o której nie zamierzałem wspominać, teraz jednak założyłem, że po prostu pierwszy raz od dawna nie miała nic przeciwko naszym wspólnym głupotom. W końcu były święta.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (14755), Prudence Fenwick (9791)




Wiadomości w tym wątku
[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 09.12.2025, 01:00
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 09.12.2025, 03:53
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 09.12.2025, 12:53
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 09.12.2025, 14:42
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 10.12.2025, 01:30
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 10.12.2025, 04:28
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 10.12.2025, 12:17
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 10.12.2025, 17:24
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 10.12.2025, 23:14
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 11.12.2025, 20:33
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 12.12.2025, 00:51
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 13.12.2025, 23:04
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 15.12.2025, 21:45
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 04:01

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa