• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence

[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
14.12.2025, 16:57  ✶  
Gdy winda stanęła i drzwi się rozsunęły, jeszcze przez ułamek sekundy trzymałem na twarzy tamtą maskę - szyderczo-zimną linię ust, chłód w spojrzeniu, wyższość, która przez lata była dla mnie niedopasowaną zbroją i kajdanami jednocześnie. Wiedziałem, że Prue to widziała, trudno byłoby nie dostrzec tak drastycznej zmiany w zachowaniu kogoś bliskiego, kto nawet w szczycie niechlubnej „kariery” dziedzica nie zachowywał się w ten sposób - wiedziałem też, że zdawała sobie sprawę z tego, dlaczego to robiłem, ale i tak coś we mnie ściskało się bardziej niż powinno. To była ta świadomość, że potrafiłem się w to wciąż wcisnąć, być może nawet lepiej niż w młodości, bo przez lata nauczyłem się grać - to ona była w tym najbardziej niepokojąca, bardziej niż moje własne odbicie w lustrze, które było i nie było mną. Miałem na twarzy ten lodowaty grymas, wyuczony, nienaganny, arystokratyczny do bólu, gdy ostatni raz skinąłem głową windziarzowi na pożegnanie - dokładnie tak, jak robiłby to tamten bogaty dzieciak, ten z nazwiskiem, którego już nie używałem, a potem wszystko puściło, jakby ktoś zerwał ze mnie cudzą skórę. Maska, którą nosiłem zdecydowanie zbyt umiejętnie jak na kogoś, kto nigdy nie chciał dostosowywać się do tych wszystkich zachowań elity, pękła praktycznie w tej samej chwili, w której drzwi windy zamknęły się za naszymi plecami z tym cichym, ostatecznym kliknięciem. Dźwięk ten był jak zerwanie pieczęci, powietrze się zmieniło, moje ramiona same opadły, oddech się pogłębił, a w piersi rozlało się coś gorącego i niecierpliwego.
Korytarz ciągnął się przed nami długi i pusty, dokładnie taki, jakiego pragnęliśmy, światła rzucały miękkie plamy na grubą, dywanową wykładzinę, a cisza była tak gęsta, że niemal całkowicie intymna. Byliśmy sami, naprawdę sami - żadnych oczu, żadnych ról, żadnych oczekiwań. Tylko ona i ja, w tym ostatnim niewłaściwym pomieszczeniu, które prowadziło prosto do naszego azylu. Pociągnąłem Prue do siebie, zanim zdążyłem pomyśleć, nim rozsądek - ten dawny, rodowy, wyniosły, pasujący do oficjalności drogiego hotelu, jak i jakikolwiek inny, którego zresztą zawsze mi przy niej brakowało - spróbował wtrącić swoje trzy knuty. Nie pozwoliłem nam zrobić kolejnego kroku, tylko odruchowo złapałem ją, obróciłem nas jednym ruchem, który był czystą pamięcią ciała, instynktem kogoś, kto powstrzymywał się dostatecznie długo, i przycisnąłem moją żonę do ściany. Pocałunek wymknął mi się spod kontroli w tej samej sekundzie, w której jej usta odpowiedziały. Cała ta powściągliwość, udawanie, że jestem kimś innym, rozpadło się bez śladu. Czułem jej ciepło, jej oddech, to napięcie, które narastało między nami. Oddychała tak samo nierówno jak ja, odwzajemniając palącą potrzebę bliskości - wiedziałem to, zanim odsunąłem usta, nim spojrzałem jej w oczy, które zawsze zdradzały wszystko szybciej niż słowa. Były ciemniejsze niż zwykle, roziskrzone, zdradzały mi tak wiele, chociaż nawet przez sekundę nie musiałem się domyślać, co w nich zobaczę - dokładnie to samo, co paliło mnie od środka. Zdecydowanie zbyt długo czekaliśmy na tę chwilę, nie chodziło nawet o ten konkretny wieczór, by teraz udawać opanowanie.
- I… Stop. - Powiedziałem półgłosem, jakby ktoś mógł jeszcze krzyknąć „cisza na planie” - ten numer był czysty, technicznie bezbłędny, ale kompletnie nie do utrzymania dłużej niż kilka minut. Uśmiechnąłem się krzywo, ale jednocześnie tym uśmiechem, którego nigdy nie miałem prawa pokazywać w tamtym poprzednim życiu, z którego uciekłem, ani którego nigdy nie miałem w tym świecie, w którym przeżyłem wszystkie ostatnie lata.
Moje dłonie znalazły jej talię, jakby znały właściwą drogę od zawsze, a potem znów zagarnęły wargi, nie było w tym delikatności, była za to ulga, ta dzika, nieprzyzwoita ulga, że wreszcie mogliśmy być sobą i nie płacić za to żadnej ceny. Znowu ją pocałowałem, mocniej, zachłannie, z tą niecierpliwością, która była we mnie odkąd powiedziała „tak”, a ja sam przestałem udawać kogoś, kim nie chciałem już być. Znałem ten dotyk na pamięć, a jednak za każdym razem uderzał we mnie z tą samą siłą - to nie był pocałunek, który zaczynał noc, to był pocałunek, który ją przypieczętowywał. Powietrze zgęstniało, była tak blisko, że wystarczyło jedno poruszenie ramion, żebym zapomniał, kim byłem we wszystkich poprzednim życiach. Jej usta były wszystkim, czego potrzebowałem. Zgubiłem oddech, ale miałem ją - więc co z tego?
Kiedy uniosłem ją nad ziemię, zrobiłem to naturalnie, z lekkością, bez wysiłku i zastanowienia, jakby była dokładnie tam, gdzie powinna być. Serce waliło mi jak u chłopaka, nie jak u trzydziestotrzyletniego mężczyzny, który podobno powinien już wiedzieć, jak trzymać się w ryzach. Jej nogi oplotły mnie instynktownie, a ja poczułem ten znajomy, przeszywający dreszcz, który zawsze pojawiał się, gdy była tak blisko. Wszystko, co się teraz działo było odruchem, czystą fizyczną decyzją - byłem naładowany adrenaliną i uczuciem, które nie znało zmęczenia, dążąc tylko do tego jednego punktu - idealnej kulminacji długiej i chaotycznej nocy w jeszcze dłuższym i bardziej chaotycznym życiu, które teraz miało się zmienić. W chwili, w której poczułem oddech na policzku, ciepły i nierówny, moje palce same zacisnęły się pewniej na jej pośladkach, jakby istniało jakiekolwiek ryzyko, że mógłbym ją puścić, a przecież była lekka. Ramiona objęły mnie za szyję - ten gest zawsze rozbrajał mnie do reszty, chociaż moment później puściły, gdy spytałem o numer pokoju. Kiedy rozplotła dłonie, by sprawdzić klucze, parsknąłem cicho.
- Sześćset, oczywiście. - Głos miałem chrapliwy, taki, który sam w sobie brzmiał jak obietnica. - To bardzo symboliczne, małszonko. - Mruknąłem, powoli ruszając w stronę końca korytarza. - Szóstka to liczba diabła, a z tego, co pamiętam, demony zawsze były twoim typem. - Podchwyciłem jej spojrzenie, uniosłem brew, a uśmiech, ten teatralnie wymowny, rozciągnął się powoli, prawie niedostrzegalnie. Był niemal idealnym odbiciem tego, jaki robiłem, gdy nazywała mnie w ten sposób, zarzucając mi moje „nietypowo ludzkie odruchy”, poza błyskiem w oczach. Tamten człowiek nie uśmiechał się w ten sposób. Ten - nie potrafił inaczej.
Korytarz był pusty, długi, wyłożony grubym dywanem, który tłumił kroki, światło lamp ściennych było ciepłe, przygaszone, ten hotel nocą niewątpliwie sam sprzyjał temu, by wszystko działo się tu wolniej, bliżej ciała niż głowy. Zapach - wosk, drewno, coś czystego i drogiego - uderzył mnie nagle i w jednej chwili zrozumiałem, że naprawdę tu byliśmy, tylko we dwoje, nie było już windziarza, spojrzeń, planu do odhaczenia, tylko kilka kroków do tego właściwego apartamentu. Zatrzymałem się przed drzwiami, metal klamki błysnął w świetle, klucze zadźwięczały cicho w dłoni Prue, nie postawiłem jej jednak na ziemi. Zamiast tego obróciłem się powoli, dopasowując ruch tak, żeby mogła swobodnie wsunąć klucz do właściwego zamka, trzymając ją cały czas blisko, jakby wypuszczenie jej choć na sekundę było po prostu nie wchodziło w grę. Byliśmy u progu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7798), Prudence Fenwick (6940)




Wiadomości w tym wątku
[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 12.12.2025, 18:16
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 13.12.2025, 23:34
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.12.2025, 16:57
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 14.12.2025, 21:32
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 15.12.2025, 04:19
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 20:54
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 20:30
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 22:18
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 16:20
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 18.12.2025, 20:57
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.12.2025, 17:18
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.12.2025, 13:56

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa