– Córka mistrza Dolohova – a przynajmniej tak napisał jej Aidan w wiadomości, nie miała powodu by mu nie wierzyć. Według niej to była bardzo niezła partia – Lyssę co prawda znała słabo, ale widziała ją w lipcu i według niej była to ładna dziewczyna. Wiedziała też co nieco od Annaleigh, bardziej martwiła się o to, czy to Aidan się na tej randce nie zbłaźnił i nie zrobił z siebie kompletnego pacana, albo czy nie zachowywał się jak dupek… a przecież potrafił. – Yyym, nie sądzę, żeby pobił się o nią – dodała do tego i przekrzywiła o nią. – Wiesz, był ten cały pojedynek Lou z Nottem, Atreus był sekundantem Louvaina. No iii Loretty miało tam nie być, ale się potem pojawiła i wyobrażam sobie, że mogła być wtedy jakaś zadyma? – nie było jej przy tym, bo niedługo po zakończonym pojedynku się stamtąd ulotniła, przekonać się dokładnie, jakim Nott jest bufonem. Mogłaby mu jeszcze powiedzieć o bójce podczas Lammas… ale nie było na to czasu.
Wyjrzała zza ramienia Christophera, by się przekonać, czy tamta kobieta za nimi poszła, ale wyglądało na to, że nie. Stanęła więc już normalnie, a nie na palcach i przyglądała się teraz Rosierowi. Wyglądał na zmieszanego i w sumie nie mogła się mu dziwić, bo pewnie też by się tak czuła na jego miejscu, ale nie wyobrażała sobie, że ktoś miałby się tak dokleić do niej, byłoby to bardziej niż idiotyczne.
– Ano, doszły do mnie takie słuchy, że tamta dziewczyna jakiś pierścionek od ciebie nosiła? – nie żeby miała jakoś dużo czasu na plotkowanie, nie słyszało się to tu, to tam, takie właśnie wiadomości. – Rozumiem, że to była bardzo ślepa plotka – tym bardziej, jeśli to było ich pierwsze wspólne wyjście i najwyraźniej niezbyt udane… Wiedziała sama jak działają plotki. Na przykład w maju gadali o niej, że wcale się nie zaręczyła, tylko wzięła ślub, co było okropnym kłamstwem. Potem, że spotyka się raz z Laurentem, raz z byłym narzeczonym… To ostatnie było prawdą, ale nie pełną, a dużo bardziej skomplikowaną. A teraz to już w ogóle nie miało to żadnego znaczenia, a Victoria starała się nie dawać po sobie poznać, jak bardzo ją to wszystko boli. – Szalona? – o Cressidzie coś tam słyszała, ale nigdy nie było im po drodze ze sobą, więc nie zostały nawet koleżankami. – Co masz na myśli? – przy „wielkich fryzurach” tylko się uśmiechnęła. – Chyba, że to, że oszalała na twoim punkcie? – tutaj Victoria nie miała jak współodczuwać, nie miała za sobą takich relacji, w których druga strona chciałaby jej robić na złość.
– Nie robiłam tych eliksirów, ale nie sądzę, żeby ktoś z mojej rodziny wpadł na to, żeby podawać ludziom amortencję – to by mogło wywołać za duży skandal. – I… Mam takie poczucie, że to jeszcze trochę za wcześnie, żeby ta panna się spiła – bal w końcu dopiero się zaczął… Nawet jeśli ktoś zjawił się pół godziny wcześniej, to jak słabą głowę musiał mieć, żeby być już pod wpływem?