15.12.2025, 00:47 ✶
Vasilij Dolohov był idealnym mówcą i aktorem. Gdyby nie zajął się nauką, z pewnością robiłby w świetle scenicznych reflektorów inną karierę – bo był przede wszystkim celebrytą, dopiero na drugim miejscu odkrywcą. Nie potrzeba było szczególnej bystrości aby wiedzieć, że patrząc na niego widziało się dokładnie to, co Dolohov chciał ci pokazać. Dlatego właśnie to co robił mogło wydawać się tak... dziwne. Ten ułożony, błyskotliwy człowiek to prostował się, to znów w panice zmywał z rąk własną krew i wydłubywał z rozcięcia pokruszone szkło, jakby nagle nie potrafił przybrać roli, jaką powinien przybierać z łatwością. Morpheus mógł więc zorientować się w tym, że drugi z wieszczy zwyczajnie nie wiedział jak chce się zachować. To nie była wtopa wizerunkowa, klątwa, ani załamanie nerwowe. Vasilij zwyczajnie nie wiedział co miał robić. Sam nigdy nie doprowadziłby do takiej sytuacji, nie wykreowałby jej i zapewne zrobił wszystko co w jego mocy, żeby to przewidzieć. Bo to było trudne. Miłość była trudna. Były w tym wszystkim rzeczy proste – wierność, nigdy by przecież z własnej woli nie zdradził Peregrinusa. Były też rzeczy skomplikowane – nostalgia, spod której wystawały rozgrzane do czerwoności wspomnienia pełne scen i słów, które go ukształtowały. Tej nostalgii nie można było podnosić, jeżeli nie chciało przyzwyczajać się znów do ciepła, które mogło zniknąć.
Może sen ze Spalonej Nocy również był snem proroczym? Może przewidział, że ich usta zetkną się, a może... To była fantazja jego umysłu, która nie powinna się spełnić. Przyłożył nieokaleczoną dłoń do ust i położył na nich palce, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Przeżywał ten pocałunek, to było oczywiste. Nie ogarniała go gorycz, ale nie był też szczęśliwy. Wyglądał, jakby rozpracowywał jakąś zagadkę.
– Powstrzymałbyś? – Powtórzył po nim, przez moment wpatrując się w swoje odbicie w lusterku przy umywalce. Jak bardzo zachłannym i dziecinnym był człowiekiem, jeżeli nie do końca mu się to spodobało? Odkrył w sobie jakąś sprzeczność. Jego miłość do Trelawneya była absolutnie niepodważalna. Już dawno wybrał, Morpheus startował z przegranej pozycji – więc czemu? Dlaczego tak duża część jego serca wciąż łopotała jak proporzec na wietrze kiedy docierało do niego, że Morpheus nie chciał desperacko skorzystać z takiej okazji? To głębokie rozczarowanie musiało być objawem skrajnego okrucieństwa, ale nie mógł zaprzeczyć jego obecności. Ten wspaniały człowiek, prawdopodobnie najinteligentniejszy prorok jakiego kiedykolwiek poznał, klęczący przed nim i ofiarowujący mu swój umysł wciąż pozostawał dla Dolohova obiektem pożądania. Lubił w nim tę jego niezdrowe obsesje, bo w poetyckości jaką niosły ze sobą te jego kanibalistyczne skłonności nie dało się nie dostrzec czegoś oczywistego – że gdyby tylko Vasilij mógł zeżreć jego umysł, być może wreszcie poczułby się kimś wystarczającym i kompletnym.
Odwrócił twarz i spojrzał mu głęboko w oczy.
– Przywołuje wspomnienia, co? – Oczywiście. Nie mieli wiele poza tym. Próbował patrzeć na niego wyłącznie przez pryzmat Ætherii, ale w tej cholernej łazience, z krwią na rękach, wciąż brodził w przeszłości. Uniósł tę nieszczęsną dłoń i jeszcze mu jej nie podał. – Tylko teraz nie możesz nagadać ścianie co zrobisz mojemu tacie, bo to wyjątkowo nie... – urwał. A może to była jego wina? Przesunął spojrzeniem po jego twarzy. Od oczu do ust i znów do oczu. Nie drżał, nie bał się ani trochę kontaktu wzrokowego. Bardo chciał powiedzieć, że Morpheus wyglądałby ładnie w szmince i to była prawda, ale nie powiedział tego, bo pewnych rzeczy nie wypadało mówić. Pewnych rzeczy nie dało się cofnąć.
Może sen ze Spalonej Nocy również był snem proroczym? Może przewidział, że ich usta zetkną się, a może... To była fantazja jego umysłu, która nie powinna się spełnić. Przyłożył nieokaleczoną dłoń do ust i położył na nich palce, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Przeżywał ten pocałunek, to było oczywiste. Nie ogarniała go gorycz, ale nie był też szczęśliwy. Wyglądał, jakby rozpracowywał jakąś zagadkę.
– Powstrzymałbyś? – Powtórzył po nim, przez moment wpatrując się w swoje odbicie w lusterku przy umywalce. Jak bardzo zachłannym i dziecinnym był człowiekiem, jeżeli nie do końca mu się to spodobało? Odkrył w sobie jakąś sprzeczność. Jego miłość do Trelawneya była absolutnie niepodważalna. Już dawno wybrał, Morpheus startował z przegranej pozycji – więc czemu? Dlaczego tak duża część jego serca wciąż łopotała jak proporzec na wietrze kiedy docierało do niego, że Morpheus nie chciał desperacko skorzystać z takiej okazji? To głębokie rozczarowanie musiało być objawem skrajnego okrucieństwa, ale nie mógł zaprzeczyć jego obecności. Ten wspaniały człowiek, prawdopodobnie najinteligentniejszy prorok jakiego kiedykolwiek poznał, klęczący przed nim i ofiarowujący mu swój umysł wciąż pozostawał dla Dolohova obiektem pożądania. Lubił w nim tę jego niezdrowe obsesje, bo w poetyckości jaką niosły ze sobą te jego kanibalistyczne skłonności nie dało się nie dostrzec czegoś oczywistego – że gdyby tylko Vasilij mógł zeżreć jego umysł, być może wreszcie poczułby się kimś wystarczającym i kompletnym.
Odwrócił twarz i spojrzał mu głęboko w oczy.
– Przywołuje wspomnienia, co? – Oczywiście. Nie mieli wiele poza tym. Próbował patrzeć na niego wyłącznie przez pryzmat Ætherii, ale w tej cholernej łazience, z krwią na rękach, wciąż brodził w przeszłości. Uniósł tę nieszczęsną dłoń i jeszcze mu jej nie podał. – Tylko teraz nie możesz nagadać ścianie co zrobisz mojemu tacie, bo to wyjątkowo nie... – urwał. A może to była jego wina? Przesunął spojrzeniem po jego twarzy. Od oczu do ust i znów do oczu. Nie drżał, nie bał się ani trochę kontaktu wzrokowego. Bardo chciał powiedzieć, że Morpheus wyglądałby ładnie w szmince i to była prawda, ale nie powiedział tego, bo pewnych rzeczy nie wypadało mówić. Pewnych rzeczy nie dało się cofnąć.
with all due respect, which is none