Drażniło go, że Vasilij odbijał się w lustrze. Czuł ciarki, które przechodziły mu przez plecy, tym razem nie te przyjemne, lecz lękliwe. Wciąż wyciągnięta ręką zaczęła się trząść jeszcze bardziej, więc Morpheus rozciągnął na szerokość palce, rozczapierzył je, aż zabolała go skóra i zacisnął ją nagle w pięść, aby rozluźnić po sekundzie, uspakajając denerwujący tik. Zaczął normalniej oddychać. Tylko normalniej, nie normalnie, bo zbyt duża ilość sprzecznych bodźców rozbijała jego tętnem, jak ciałem utopca po klifach.
To nie mogło uspokoić jego głowy, która dorabiała scenariusze do wiszącego na ścianie lustra. Ot, instrument do przypudrowania noska. Narzędzie inwigilacji, portal między światami, tajemne przejście. Lustro mogło być wszystkim, po drugiej stronie mogła stać służba z aparatem, przygotowująca właśnie materiały do szantażu ich obojga. Gdy Vasilij patrzył na bok, robił to również Morpheus, czując czyjeś spojrzenie na sobie, nie Dolohova. Obce, badające, takie, które niszczy.
— Vakel. Nie wiem, czy jesteśmy wobec siebie, ale nie tym, bez względu na to, czego bym chciał... — spojrzał w jasny absolut spojrzenia swojej jedynej miłości. Nie dał rady. Nagle zdjął z głowy i ramion jasny szal i zatknął go za brzeg lustra, aby zakryć srebrną taflę, odbijającą ich sylwetki z lepszego świata, gdzie w zapętleniu istnieli tylko w chwili zarejestrowanej przez odbicie. Dopiero, gdy tkanina zasłoniła je przed spojrzeniem, mógł skupić się na Dolohovie. Działanie było tak nagłe, zryw znikąd, zmiana w śnieżnej kuli, w której zamknęli się tego wieczoru, a mimo to wrócił do kontinuum w tej samej formie co wcześniej i tylko brak szala i inaczej ułożone fałdy szafy zdradzały, że w ogóle zmienił pozycję.
— Pewne rzeczy się nie zmieniają, tak jak moje odczucia wobec twojego ojca. — zmieniły się na pewno włosy Morpheusa, znów, teraz krótkie, ledwie ukazujące wzór fali, która normalnie była piękną spiralą lub zadbanym zaczesaniem. — Nie ma sensu składać obietnic bez pokrycia.
Podsumował całość goryczą własnej reminescencji. Jakby krew sprawiła, że stał się dziwnie trzeźwy. Jakby wszechobecny ogień go wypalił do cna. Jakby wystarczyła mu wyciągnięta dłoń, która cały czas czekała na inspekcję rany.
— Chciałbym... — chciał coś powiedzieć, ale przełknął to w sobie. To było ewidentne. Stąpał po cienkim lodzie swoich wybuchów i wątłych skrzydeł kukułki w ostrzeżeniu karty. Nie mógł powiedzieć za dużo, aby miecz nie przeciął jedynej pewnej, umowy o pracę w instytucie. — Żebyś podał mi tę rękę. Nie naprawię jej, ale wyjmę szkło, żeby nie weszło głębiej.
Tyle lat, tyle lat spędzonych z braćmi, z ojcem, tyle przemocy w jego życiu, a on nadal nie umiał sobie poradzić ze zwykłą raną. Oczyszczenie i zawiązanie czymś czystym stanowiło szczyt jego umiejętności, ale teraz Vasilij miał tylko jego. Mógłby powiedzieć, że przyprowadzi kogoś dla niego, jeżeli tylko chce, ale egoistycznie nie zaproponował. Chciał na chwilę mieć Vakela tylko dla siebie, bo to nie mogło się powtórzyć. Tak, jak nie powtórzy się pocałunek, który zmieni się w noc pełną błędów, ten układ planet nad nimi i rozkład kart na ten dzień.
Pragnął, aby to już się skończyło. Pragnął nigdy nie wychodzić z tych czterech ścian.