• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence

[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
15.12.2025, 04:19  ✶  
Byliśmy już po tej stronie świata, w której słowa zaczynające się od „kiedyś” traciły sens. Nie byliśmy parą, żartobliwą czy realną, zostaliśmy małżeństwem, to nie było kolejne zbliżenie, jeden z wielu momentów, w których traciłem grunt pod nogami - to było jak zmiana grawitacji. Sama świadomość, że nie istniał już żaden termin ważności, żadna umowna data końcowa, rozsadzała mi klatkę piersiową od środka, przyspieszając puls i bicie serca. „Zawsze” brzmiało absurdalnie dobrze, to słowo wciąż odbijało mi się w głowie jak echo w pustej katedrze, poważne i nieodwracalne, a jednocześnie zaskakująco lekkie. Znaleźliśmy się po tej stronie granicy, po której nie było już prostego, pozornie wygodnego odwrotu, tylko dalsza droga przed nami, wspólna, jakakolwiek by nie była, i czułem to w każdym nerwie, w każdym spiętym mięśniu - czułem to w przyspieszonym pulsie, w napięciu mięśni, w tym, jak instynktownie przyciągałem ją bliżej. Należeliśmy do siebie i choć zbliżaliśmy się do siebie nie raz, gubiliśmy się w sobie, to teraz było w tym coś zupełnie innego. Świadomość, że to dopiero początek, nie było już żadnego mitycznego terminu ważności, żadnej prowizorki, żadnego „zobaczymy”, sprawiała, że serce waliło mi szybciej, uparcie, jakby chciało nadrobić pół życia uciekania w przeciwną stronę. Przyciągnąłem ją bliżej, zanim zdążyłem to przemyśleć, bo przemyślenia zawsze były moim wrogiem.
Moje dłonie same znalazły jej talię, zawsze wiedziały, gdzie trafić. Uniosłem ją nad ziemię bez wysiłku, a ona zareagowała odruchowo, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, jakbyśmy robili tak milion razy - może faktycznie robiliśmy, tylko w innych wersjach siebie, w innych życiach, które do tej pory omijałem szerokim łukiem. Była lekka, idealnie mieściła się w moich ramionach, kompaktowa w sposób, który zawsze mnie rozbrajał. Pomyślałem, że los miał poczucie humoru, skoro zestawił prawie dwumetrowego klątwołamacza z dziewczyną, którą można było bez trudu podnieść jedną ręką. Półtorej dekady przerwy okazało się żałosnym argumentem wobec pamięci mięśni. Świat zwolnił, kiedy znowu wpiłem się w jej usta, ten pocałunek był głęboki, zachłanny, pełen obietnic, których nie musiałem wypowiadać. Taki, w którym nie było miejsca na słowa, bo wszystko i tak było powiedziane. Zacisnęła dłonie na mojej szyi, przywarła do mnie całym ciałem, a ja przez ułamek sekundy pomyślałem, że to jest właśnie ta granica, za którą zawsze bałem się zajrzeć - ta, po której przekroczeniu przestajesz być tylko sobą, a zaczynasz być prawdziwie czyjś. Wiedziałem, że to inne. Nie dlatego, że wcześniej nie było namiętności. Była, cholera, była aż za bardzo. Inne było to, że nie było już zegara, żadnego terminu przydatności, żadnej drogi ewakuacyjnej. Tylko „zawsze”, teraz trzymałem ją tak, jakbym mógł zatrzymać czas. Była moja, brzmiało to absurdalnie prosto jak zdanie wyciągnięte z taniej ballady, a jednak w tej chwili miało ciężar pieczęci, którą ktoś wcisnął w rozgrzany wosk, miało posmak rytuału odbytego w środku nocy, bez świadków.
Oddychałem ciężej, niż bym chciał, bo po tym, co zrobiłem przed chwilą, ciało nie bardzo miało ochotę udawać spokój. Chciałem więcej - kolejnych pocałunków, zgubienia się w tej bliskości już nie na próbę, nie na kredyt, tylko na serio, na zawsze. „Początek” to słowo zwykle mnie irytowało, ale tym razem było jak obietnica bez daty ważności. Przez lata byłem wszystkim, tylko nie kimś, kto zostaje. Byłem już dawno po tej stronie życia, w której człowiek nie wierzył w nagłe szczęśliwe zwroty akcji, a jednak tej nocy stałem na korytarzu z obrączką i z kobietą w ramionach, która właśnie została moją żoną. Trzymałem ją pewnie, instynktownie, jakby moje ramiona od zawsze wiedziały, do czego zostały stworzone. Zawsze była mniejsza ode mnie, bardziej zwarta, kompaktowa, jakby ktoś zaprojektował ją z myślą o tym, żeby idealnie mieściła się pod moją brodą, pomyślałem o tym z rozbrajającą czułością i parsknąłem cicho pod nosem. Świat skurczył się do jej oddechu i do ciężaru, który był śmiesznie mały w porównaniu z tym, jak bardzo potrafiła mnie rozbroić.
Przez pół życia nie miałem adresu, a teraz prowadziłem nas do wyjątkowo luksusowych drzwi, za którymi miało się zacząć coś stałego - ironia losu była piękna. Przez lata byłem twardy, ostry, trochę zbyt pewny siebie. Teraz byłem zakochany i świeżo po ślubie, i to brzmiało absurdalnie nawet dla mnie, to mnie rozbrajało najbardziej. Nie smoki, nie klątwy, nie rzeczy, które próbowały mnie zabić w ciemnych miejscach świata. Rozbrajała mnie świadomość, że naprawdę to zrobiliśmy, pozwoliła mi przeciąć własną dłoń, połączyliśmy krew bez strachu, bez kalkulacji. Ja, który przez lata nie pozwalałem nikomu, zwłaszcza sobie, zostać na dłużej, patrzyłem na nią intensywnie, a jednocześnie próbowałem złapać oddech, bez skutku - to, co zrobiła mi chwilę wcześniej, wciąż pulsowało pod moją skórą. Chciałem więcej, chciałem kolejnych pocałunków, chciałem zatracić się w tej bliskości bez pośpiechu i bez alibi. Wiedziałem, gdzie się znajdowaliśmy i że to nie było miejsce na zatracanie się do reszty, ale prawda była taka, że gdyby ktoś nas zobaczył, nie obchodziłoby mnie to ani trochę. Nie przejmowałem się niczym innym, poza tym, że była w moich ramionach i teraz mogłem sobie na to pozwolić bez żadnych „ale”. Szliśmy przed siebie korytarzem, pustym i cichym, z miękkim dywanem tłumiącym kroki, słyszałem tylko własny oddech, jej oddech, serce, które biło jak po długim locie na miotle pod wiatr.
- Podpisałaś pakt s własnej woli, to niewątpliwie. - Przytaknąłem półgłosem, należeliśmy do siebie i to nie było poetyckie nadużycie ani ładna formułka do powtarzania w głowie, to nie było to samo „należenie”, które znałem wcześniej z chwil, z łóżek, z obcych miast i adresów zapamiętywanych tylko na fragment nocy. To było prawdziwe. - A potem, zupełnie niepotszebnie, przypieczętowałaś go klwią. Lytuał klwi, wyoblaszasz to sobie. Stlasznie staloświeckie, ale skuteczne. Wiesz, jak tludno to odklęciś. - Uśmiechnąłem się szerzej, bo samo to brzmiało jak żart, a jednocześnie jak coś śmiertelnie poważnego. Świat mógł nam kibicować, ale nawet jeśli nie, mieliśmy sobie poradzić, zawsze byliśmy dobrzy w robieniu rzeczy po swojemu.
Metal cicho szczęknął, drzwi ustąpiły, a ja poczułem coś na kształt triumfu, który nie miał nic wspólnego z wygrywaniem, raczej z dotarciem - z tym, że po wszystkich drogach wreszcie byłem dokładnie tam, gdzie powinienem. Pokój pachniał świeżością i obietnicą snu, który i tak nie miał przyjść szybko. Nie zapaliłem światła, nie było takiej potrzeby, apartament oddychał luksusem nawet w półmroku, a ja wolałem to, co robiły cienie. Zamknąłem za nami drzwi nogą, bez pośpiechu, jakby nigdzie nam się nie spieszyło, choć prawda była taka, że spieszyło mi się do wszystkiego, co miało nadejść potem. Drzwi zamknęły się za nami z tym dyskretnym kliknięciem, które w drogich hotelach brzmiało jak obietnica poufności. Świat został na zewnątrz, razem z naszymi dawnymi wersjami. Dywan był miękki, tłumił dźwięki, a cisza miała w sobie coś ceremonialnego. W kilku długich, ale spokojnych krokach zatrzymałem się przy oknie, zasłony były odsunięte, jakby ktoś wiedział, że to miejsce nie znosiło zasłaniania widoków. Londyn nocą wyglądał jak coś, co można by pokochać, gdyby nie wiedziało się, ile ma ostrych krawędzi. Tamiza płynęła poniżej, ciemna, ciężka, posypana światłami miasta - lśniąca, jakby ktoś rozlał atrament z odrobiną srebra księżyca i złota setek migoczących punkcików.
- To dlugi najpiękniejszy widok tego wieczolu. - Powiedziałem cicho, patrząc na rzekę, chociaż wiedziałem, że i tak patrzę głównie na jej odbicie w szybie. Byłem romantykiem na swój własny, koślawy sposób, chociaż w życiu nie powiedziałbym tego na głos, a jednak ten wieczór był dowodem tych starań - nie kwiaty, nie fanfary - widok miasta, które widziało już wszystko i nadal trwało. Pasowało do nas, do ludzi po przejściach, którzy spotkali się zbyt późno, a jednak dokładnie na czas. Odchyliłem głowę i zamknąłem na moment oczy, oddychając jej zapachem, tą mieszanką znajomości i nowości, która była dokładnie nami.
- Zabawne. - Odezwałem się po chwili. - Pszez pół szycia uciekałem od takich okien. Od takich chwil. Myślałem, sze jak się zatszymam, to mnie dopadną. A telas stoję tutaj i jedyne, czego się boję, to sze ktoś splóbuje mi wmówiś, sze to sen. - Poprawiłem chwyt, instynktownie, jakby moje ciało bało się, że jeśli na moment poluzuję uścisk, to czar pryśnie. Była lekka, ale nie krucha, zawsze taka była, zdolna przetrwać więcej, niż ktokolwiek zakładał. Stałem tak z nią, nie całując jej, nie spiesząc się. Czułem jej serce, swoje własne, i coś jeszcze, nowego, ciężkiego, dobrego - odpowiedzialność, przynależność.
- Wiesz, ile lasy mówiłem sobie, sze związki to nie moja liga. - Dodałem. - Sze jestem tylko pszystankiem, noclegiem, chwilą między jednym zleceniem a dlugim. A potem pojawiasz się ty, po piętnastu latach, patszysz na mnie jak dawniej i nagle… Nagle podpisuję własne imię pod słowem „zawsze”. - Otworzyłem oczy i spojrzałem na szybę, na nasze niewyraźne odbicie - duży facet i drobna sylwetka w jego ramionach, absurdalnie pasujące. - Chyba kiepski ze mnie demon. - Prychnąłem cicho, starając się odebrać słowom ten niezamierzenie poważny, nostalgiczny wydźwięk. Spojrzałem znowu na rzekę, światła drżały na wodzie, jakby same nie były pewne swojej trwałości, nasze odbicia były jednak nieruchome - jedyny stały punkt w migoczącym krajobrazie. Światła mostów odbijały się w wodzie, łodzie sunęły powoli, jakby ktoś celowo zwolnił czas.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7798), Prudence Fenwick (6940)




Wiadomości w tym wątku
[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 12.12.2025, 18:16
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 13.12.2025, 23:34
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.12.2025, 16:57
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 14.12.2025, 21:32
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 15.12.2025, 04:19
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 20:54
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 20:30
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 22:18
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 16:20
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 18.12.2025, 20:57
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.12.2025, 17:18
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.12.2025, 13:56

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa