No i tu właśnie był pies pogrzebany. Stella miała całkowitą rację. Wyszła aby się z nim zobaczyć. Wyglądała przy tym tłumie niczym milion galeonów. A on co? Zamiast się szykować to stał tak przed nią w ministerialnym mundurze i pilnował grupy rozwydrzonych charłaków.
-Nic się nie stało. To w końcu to należy do naszych obowiązków - stwierdził zgodnie z faktem na słowa młodej damy. W głębi duszy cieszył się, że ta jest mu wdzięczna. Prawda była taka, że kilka minut temu specjalnie się rzucił w ten tłum. Nie zmieniało to jednak faktu, że nadal czuł się trochę… Dziwnie? - Trochę nadgodzin nigdy nikomu nie zaszkodziło… - powiedział bez przekonania w głosie.
- Ale no wiesz… - podrapał się po brodzie. Nie wiedział jak ma to powiedzieć. Z jednej strony strasznie słabo wyszło, że ją wystawił bo tak to odbierał. Mieli się za chwilę spotkać, a on nawet nie wyszedł jeszcze z pracy. Z drugiej strony dobrze jednak, że w tej pracy został, ponieważ pomógł jej wyjść z potrzasku - Głupio wyszło trochę, nie? - zaczął unikać kontaktu wzrokowego z dziewczyną.
Ostentacyjnie rozejrzał się wokół czy nikt może nie potrzebuje akurat interwencji brygadzistów. Ku jego złości, nikomu w tym momencie nie był potrzebny. Teraz, kiedy jakiekolwiek zamieszki były dla niego na wagę złota to ich nie było. Wszyscy równo maszerowali i żądali dodatkowych praw.
Przygryzł górną wargę z niezadowolenia i odwrócił się z powrotem do Stelli. Zbierał się chwilę w sobie aby móc wykrztusić cokolwiek. Zauważył, że był to już kolejny raz w obecności tej kobiety, kiedy nie potrafił się wziąć w garść. Tym bardziej kiedy tracił kontrolę nad sytuacją albo wydarzyło się coś na co nie miał żadnego wpływu.
- Pamiętałem… No ale mnie tu wezwali. Co mogłem zrobić? - zaczął się usprawiedliwiać przed nią. Przybrał postawę całkowicie obronną jakby obawiał się najgorszego. Jakiejś kary lub wykluczenia. Czemu tak było? Nie wiedział. Może zaczęło mu trochę zależeć na niej? I przez tak głupią, niezależną od niego całkowicie sytuację wszystko miało się zawalić?
- Puść mnie draniu! Puszczaj mnie! - padło gdzieś z tłumu, a Stanley nie zastanawiając się ani chwili ruszył w kierunku nawoływania. Skłamałby mówiąc, że nie czekał na taką sytuację. Wzrok Stelli zaczął go po prostu… Stresować? Tym bardziej, że wyczuwał w nim swego rodzaju ocenę jego osoby.
- Co tu się dzieje?! - wykrzyczał podchodząc do dwójki osób, które wdały się w kłótnię. Pewnym ruchem złapał za fraki chłopaka próbującego zabrać jednej z protestujących kobiet torebkę. Młodzieniec spróbował swojego szczęścia w ucieczce kiedy poczuł pociągnięcie od pleców. Niestety nie był to dzisiaj jego szczęśliwy dzień, ponieważ kiedy zaczął się zbierać do biegu usłyszał tylko - Nawet nie próbuj. Nie chcesz tego robić. Uwierz mi. Stan zagroził chłopakowi, a następnie się do niego bardzo serdecznie uśmiechnął. Chciał dla niego jak najlepiej. Trafić do więzienia za kradzież w tak młodym wieku? I to jeszcze próbując okraść zapewne jakiegoś charłaka, który nic nie ma? Całkowicie bez sensu.
- Idziesz ze mną - pociągnął chłopaka za sobą w kierunku swoich kompanów - Macie. Zajmijcie się nim. Próbował zabrać jednej z protestujących jej własność. Wiecie co z nim zrobić - przekazał młodocianego przestępcę w ręce swoich kolegów.
- Przepraszam Cię - rozłożył ręce podchodząc z powrotem do Stelli. W końcu dorósł do tego, aby jej to powiedzieć. Nadal jednak unikał kontaktu wzrokowego z nią. Czuł się winnym zaistniałej sytuacji. Pewnie mógł się w jakiś sposób przeciwstawić Markowi i powiedzieć mu, że na żadną akcję nie pójdzie ale takie zachowanie mogło mieć opłakane skutki dla jego kariery.
Stał jeszcze kilka dobrych minut i udawał, że obserwuje kontr manifestantów, których już tutaj dawno nie było. Potrzebował ułożyć to sobie jakoś w głowie, jakby właśnie rozgrywał partię magicznych szachów.
- W ramach przeprosin za dzisiaj mogę Cię zabrać w wyjątkowe miejsce - zaoferował - Ale to w niedalekiej przyszłości. Jak trochę się sprawy wyprostują i będzie więcej wolnego... - zapewnił ją i wyglądało jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, jednak widząc poruszenie wśród innych brygadzistów zaniechał tego.
- Tamci ostatni ze znakami przejdą i ruszamy za nimi jako zamknięcie korowodu - oznajmił jeden z ministerialnych funkcjonariuszy wskazując na coraz mniej liczne skupiska ludzi.
Czy to oznaczało, że niedługo będzie już po całym wydarzeniu? W porównaniu z przodem protestu, tył był bardzo kulturalny i nie powodował większych problemów. Pomyśleć tylko co by się stało gdyby cały marsz tak wyglądał. Taka praca to byłoby coś pięknego, jednak realia były inne. Stanley jednak ucieszył się, że chociaż końcówka dnia będzie spokojna.
- Stello - zwrócił się do niej ostatni raz, ponieważ reszta brygadzistów już się zbierała aby wyruszyć za tłumem - Wyglądasz nieziemsko - skomplementował ją - Ale wróć do domu dla twojego bezpieczeństwa - zaproponował, bojąc się trochę, że tej może stać się krzywda jeżeli tutaj zostanie - Spotkamy się nie długo. Słowo Borgina! - wykrzyknął do niej i ruszył biegiem za resztą funkcjonariuszy.
Dla nich to nie był jeszcze koniec dnia. Musieli zaczekać, aż całe zgromadzenie się rozejdzie, a oni następnie udadzą się do ministerstwa na spotkanie. W końcu trzeba było podsumować ten cały harmider i sporządzić odpowiednie raporty albowiem przełożeni chcieli się dowiedzieć o wszystkim co tu miało miejsce. Zapowiadała się długa i ciężka noc przy akompaniamencie czarnej lury i stosu raportów do wypełnienia. Noc marzenie.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972