02.03.2023, 20:23 ✶
- Masz talent – rzucił kąśliwie, wciąż leżąc na podłodze i starając się powstrzymać przed kichnięciem. – Pewnie skończyłeś Hogwart z wyróżnieniem?
Przeturlał się nieco w kierunku sklepowej lady i przytrzymał jej, próbując podciągnąć do siadu. Coś strzykało mu w barku, jakby miał przynamniej z siedemdziesiąt lat, a nie dwadzieścia trzy i całe życie przed sobą. Patrząc jednak na to, co wciąż działo się za szybą witrynową, cudem było, że w ogóle dożyli wpadnięcia do sklepu Ollivanderów. Nawet jeśli przez chwilę mogli poczuć się bezpiecznie, nie zdziwi się, jeżeli ktoś za chwilę dostrzeże ich przez okna i postanowi poszukać tutaj schronienia. A Fergus niespecjalnie kwapił się do tego, aby wpuszczać tu w tym momencie obcych ludzi. Lestrange’a kojarzył jeszcze z lat szkolnych, podczas marszu trzymali się razem i w dodatku ocalił go przed rozkwaszeniem mu nosa – zasługiwał na to, żeby się tu skryć.
Przyglądał się, jak William wyciąga połamane okulary. Sam obawiałby się trzymać coś tak delikatnego po prostu w kieszeni, bez żadnego dodatkowego pudełka. Mimo wszystko czarodzieje bez problemu mogli naprawiać wszelkie rozbicia i wygniecenia. Po co więc mężczyzna miałby się przejmować czymś takim jak opakowanie? Różdżki też większość nosiła przecież w kieszeniach płaszczy czy spodni, narażając na zbędne złamania i ukruszenia. Tak też się zresztą stało w przypadku Lestrange’a.
- Lepszego miejsca nie mogłeś znaleźć – zażartował i podniósł się, zataczając nieco na nogach. Pozycja siedząca zdawała mu się o wiele przyjemniejszą, ale skoro już stał, nie zamierzał ponownie lądować na podłodze. Chwycił się lady, próbując utrzymać równowagę, a drugą dłonią przetarł twarz, by bardziej wrócić do rzeczywistości. Nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Wynurzył się na zewnątrz tylko po to, by przez chwilę popatrzeć, a przypadkiem wpadł w epicentrum niebezpiecznych wydarzeń, których nie przetrwałby, gdyby nie dawny znajomy ze szkoły.
- Mam wrażenie, że gazety obrócą to wszystko przeciwko protestującym i przypiszą zachowanie kontr-manifestu charłakom – przyznał po słowach Williama, układając je sobie w głowie. – Prorok lubi sobie podkoloryzować.
Czując się pewniej, odsunął się od lady i skinął Lestrange’owi głową w kierunku zaplecza. Nawet jeśli światło pozostawało zgaszone, a na dworze zaczynało się powoli ściemniać, nadmierne ruchy mogły przykuć czyjąś uwagę. A i tak musieli znaleźć mu nową różdżkę, a o wiele większy wybór Ollivanderowie mieli poza głównym pomieszczeniem.
- W takim razie mam nadzieję, że nigdy nie spotkam wampira albo ghoula – przyznał, prowadząc Williama w kierunku biura, choć do niego nie weszli. Zatrzymali się w korytarzu, dość szerokim, by pomieścić dwie osoby. Po obu jego stronach wznosiły się aż do sufitu podłużne pudełka, a każde z nich opisane srebrnym, starannym pismem. Drewna, rdzenie i długości – wszystko to, co było potrzebne do określenia danej różdżki. – Chcesz spróbować sam sobie jakąś wybrać? Może intuicja podpowie ci coś dobrego – zaproponował, wskazując na wieże kartonów. Jeśli Lestrange’owi się nie powiedzie, pewnie mu pomoże. – Mogę ewentualnie spróbować naprawić ci poprzednią różdżkę, ale taniej i szybciej będzie znaleźć nową.
Nadal docierały do nich krzyki tłumu, trzaski i wybuchy, jednak przytłumione przez ściany budynku i odległość. Jak gdyby znajdowali się w akwarium, otoczeni przez niebezpieczny protest.
Przeturlał się nieco w kierunku sklepowej lady i przytrzymał jej, próbując podciągnąć do siadu. Coś strzykało mu w barku, jakby miał przynamniej z siedemdziesiąt lat, a nie dwadzieścia trzy i całe życie przed sobą. Patrząc jednak na to, co wciąż działo się za szybą witrynową, cudem było, że w ogóle dożyli wpadnięcia do sklepu Ollivanderów. Nawet jeśli przez chwilę mogli poczuć się bezpiecznie, nie zdziwi się, jeżeli ktoś za chwilę dostrzeże ich przez okna i postanowi poszukać tutaj schronienia. A Fergus niespecjalnie kwapił się do tego, aby wpuszczać tu w tym momencie obcych ludzi. Lestrange’a kojarzył jeszcze z lat szkolnych, podczas marszu trzymali się razem i w dodatku ocalił go przed rozkwaszeniem mu nosa – zasługiwał na to, żeby się tu skryć.
Przyglądał się, jak William wyciąga połamane okulary. Sam obawiałby się trzymać coś tak delikatnego po prostu w kieszeni, bez żadnego dodatkowego pudełka. Mimo wszystko czarodzieje bez problemu mogli naprawiać wszelkie rozbicia i wygniecenia. Po co więc mężczyzna miałby się przejmować czymś takim jak opakowanie? Różdżki też większość nosiła przecież w kieszeniach płaszczy czy spodni, narażając na zbędne złamania i ukruszenia. Tak też się zresztą stało w przypadku Lestrange’a.
- Lepszego miejsca nie mogłeś znaleźć – zażartował i podniósł się, zataczając nieco na nogach. Pozycja siedząca zdawała mu się o wiele przyjemniejszą, ale skoro już stał, nie zamierzał ponownie lądować na podłodze. Chwycił się lady, próbując utrzymać równowagę, a drugą dłonią przetarł twarz, by bardziej wrócić do rzeczywistości. Nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Wynurzył się na zewnątrz tylko po to, by przez chwilę popatrzeć, a przypadkiem wpadł w epicentrum niebezpiecznych wydarzeń, których nie przetrwałby, gdyby nie dawny znajomy ze szkoły.
- Mam wrażenie, że gazety obrócą to wszystko przeciwko protestującym i przypiszą zachowanie kontr-manifestu charłakom – przyznał po słowach Williama, układając je sobie w głowie. – Prorok lubi sobie podkoloryzować.
Czując się pewniej, odsunął się od lady i skinął Lestrange’owi głową w kierunku zaplecza. Nawet jeśli światło pozostawało zgaszone, a na dworze zaczynało się powoli ściemniać, nadmierne ruchy mogły przykuć czyjąś uwagę. A i tak musieli znaleźć mu nową różdżkę, a o wiele większy wybór Ollivanderowie mieli poza głównym pomieszczeniem.
- W takim razie mam nadzieję, że nigdy nie spotkam wampira albo ghoula – przyznał, prowadząc Williama w kierunku biura, choć do niego nie weszli. Zatrzymali się w korytarzu, dość szerokim, by pomieścić dwie osoby. Po obu jego stronach wznosiły się aż do sufitu podłużne pudełka, a każde z nich opisane srebrnym, starannym pismem. Drewna, rdzenie i długości – wszystko to, co było potrzebne do określenia danej różdżki. – Chcesz spróbować sam sobie jakąś wybrać? Może intuicja podpowie ci coś dobrego – zaproponował, wskazując na wieże kartonów. Jeśli Lestrange’owi się nie powiedzie, pewnie mu pomoże. – Mogę ewentualnie spróbować naprawić ci poprzednią różdżkę, ale taniej i szybciej będzie znaleźć nową.
Nadal docierały do nich krzyki tłumu, trzaski i wybuchy, jednak przytłumione przez ściany budynku i odległość. Jak gdyby znajdowali się w akwarium, otoczeni przez niebezpieczny protest.