02.03.2023, 20:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2023, 20:33 przez Elliott Malfoy.)
Być może Erik miał rację, co do skandalu, jaki mogłoby wywołać jego zainteresowanie Eden, ale Elliott nie mógł powstrzymać satysfakcji jaką odczuwał, z powodu lekkiego przestrachu płynącego z gestów rozmówcy. Nie każdego dnia miał przed sobą metr dziewięćdziesiąt dorosłego mężczyzny obawiającego się skutków wypowiadanych słów. Zazwyczaj działo się to raz w tygodniu, co czwartek, gdy miał umówione najwięcej spotkań w pracy. Mimo to, jego głównym celem nigdy nie było wprawianie Longbottoma w zakłopotanie, przynajmniej nie tego typu. Przede wszystkim dlatego postanowił zakończyć te wymianę zdań odrobinę filuternym uśmiechem i przymrużeniem oczu.
- No nie - jęknął, zawiedziony - Nie mów mi, że ktoś zrzucił mnie z piedestału? A liczyłem chociaż na uściśnięcie ręki prezesa - wywrócił oczyma, w teatralnym zawodzie, który starał się wyrazić, aby wzmocnić przekaz ironicznego żartu. Zaśmiał się krótko pod nosem na sam koniec, bo mimo wszystko, musiał przyznać, ktoś, kto zamienił Norę w bobra musiał mieć niesamowite poczucie humoru, być okropnie pijany lub jedno i drugie. Cały ten ambaras był niesamowicie w stylu jego dobrego przyjaciela Leviego, ale tego Elliott nie widział wśród gości, więc geniusz przemieniania Figg w zwierzę futerkowe musiał należeć do kogoś innego.
Nie miałby nic przeciwko wykładowi na temat tego jak Longbottom czuje się z określaniem go jako 'idealnego', aczkolwiek wolał nie naciskać, wiedział, że tego typu tematy potrafią o wiele intensywniej psuć atmosferę niż wspomnienie o Eden Malf- Lestrange, a to już osiągnięcie samo w sobie. Zamiast tego skupił się na zaczynającej żyć swoim życiem fryzurze Erika. Krótko ścięte kosmyki nie miały za wielkiego pola do popisu, ale definitywnie się starały, opadając w jednym miejscu, a w drugim, zamiast przylegać odpowiednio, odstawały tworząc hieroglify nieładu. Malfoy przekrzywił odrobinę głowę, podążając spojrzeniem za palcami rozmówcy, które znów zatopiły się we włosach, rozwalając je jeszcze intensywniej, co w poprzedniej fazie wydawało się już niemożliwe, acz, jak pokazały czyny, definitywnie się stało. Bez dłuższej chwili zastanowienia, pozwalając umysłowi brylować pomiędzy słabymi resztkami kontrolowania swojej pozycji, aby nie rozjechać się na kanapie jak rozdeptana żaba, a słodkim upojeniem, które wciąż przepełniało jego skąpany w alkoholu krwiobieg, sięgnął dłonią do odstających kosmyków, przyklepując je delikatnie.
- Najlepiej wyglądałbyś bez... - ta rozmowa definitywnie wymykała się spod kontroli, czy tego żałował? Niekoniecznie. Chcąc zasiać odrobinę chaosu spojrzał prosto w oczy rozmówcy, robiąc długą pauzę, zupełnie jakby po prostu miał na myśli, że Longbottom wyglądałby najlepiej bez żadnego odzienia (bo tak tez uważał) - tej tiary Ministra. Zasłaniałaby Ci oczy, poza tym ojciec zawsze narzekał, że niszczyła mu fryzurę. Twoja i bez tego wydaje się wywijać w każdą stronę. - oczywiście powiedział to w żartobliwym tonie, w swój, charakterystycznie uszczypliwy i dwuznaczny sposób, oddając tez całą tę relację w ręce losu, co być może nie było do niego podobne, ale jeżeli chciało się osiągnąć jakieś wyniki, które nie były krążeniem wokół siebie w półsłówkach, należało od czasu do czasu powiedzieć coś pewniejszego, nawet jeżeli z zabezpieczeniem.
Dopiero kolejne słowa Erika kompletnie strąciły Malfoya z pantałyku, znowu.
Zamrugał, kompletnie obnażając się w swoim skonfundowaniu przed gospodarzem, tracąc wcześniejszą przekore i filuterność, które pewnie okazywał zaledwie pare sekund temu. Serce mu odrobinę przyspieszyło, a w uszach dudniła resztka strumienia muzyki przebijającego się przez zaklęcia wyciszające. Nie uciekł spojrzeniem, po prostu tak patrzył na rozmówce, jakby ten zaraz miał dodać coś bardziej bezpośredniego do swojej wypowiedzi, zamienić szachy na...
Na litość Merlina, słowa. Potrzeba słów, a nie idiotycznego wpatrywania się w niego jak w obrazek, Malfoy.
Zamiast odpowiedzieć złapał go pewnie za rękę, trochę jakby znowu byli na szkolnych błoniach i mieli wracać do zamku, aby zrealizować jeden z młodzieńczych, brawurowych pomysłów. Zamiast tego jednak byli w czterech ścianach balu charytatywnego, uwięzieni w dobrze wyglądających, acz cholernie ograniczających garniturach. Teoretycznie nie różniło się to prawie niczym od mundurków, szat w jakie wciskali ich w Hogwarcie, ale krawaty czy muchy wykwintnych kolacji i imprez zdawały się ciązyć na ciele o wiele mocniej niż bordowe czy szmaragdowe barwy szkolnych ubrań.
Wstał, odrobinę tego żałując, bo gdyby nie złapał Erika za rękę prawdopodobnie bardzo szybko straciłby równowagę i wylądował znowu na kanapie, a dzięki lekkiej równowadze jaki dał mu usadowiony drugi mężczyzna, mógł zachować odrobinę swojej nadkruszonej godności.
- Być może łódką to nie będzie, chyba że macie tutaj jakieś jezioro, ale twoja druga wizja wydaje się niesamowicie prosta do zrealizowania, na wyciągniecie ręki. Zamiast przysypiać tu możemy ją po prostu zrealizować w twojej sypialni, gdzieś tu... - rozejrzał się po pomieszczeniu - gdzieś tu była butelka wina. Nie jestem pewien, czy pamiętam w tym stanie jak się gra w szachy? Ale możemy wymyślić nową taktykę. - czy brzmiał jak podekscytowane dziecko, któremu właśnie powiedziało się, że zabierze się je do parku rozrywki? Jak najbardziej. Czy było to zaskakujące? Oczywiście.
Malfoy wydawał się tak pewny w swoim postanowieniu, że przez chwilę zapomniał, iż nie był u siebie w domu, że nie poprowadzi znajomego do góry po znanych schodach. Uświadomił go w tym widok przez okno, za którym widać było sad i rozświetlające go lampki.
- Ale, właściwie, to ty musisz prowadzić. Ja nie wiem jeszcze gdzie jest twoja sypialnia. - stwierdził ostatecznie, definitywnie skołowany, ale nie usiadł z powrotem, wciąż wyczekując reakcji. Znalazł spojrzeniem wino, więc tez na nim się skupił, chociaż postanowił je dopiero złapać, jeżeli wyruszą z Longbottomem na jakąkolwiek podróż na piętro.
W wyczekiwaniu postanowił jednak towarzysza zapewnić, że zrozumiał żart na temat wydania dwudziestu tysięcy galeonów na jeden wieczór spędzony w restauracji, który mógłby mieć i bez tego.
Uśmiechnął się pod nosem, delikatnie, trochę zawadiacko, jakby pozwalając wcześniejszej pewności powrócić na łono twarzy.
- Nic tak cennego nie przychodzi od tak, ale doceniam twoją kreatywność. Przyjmuję ten wniosek do realizacji i zapewniam, że odpowiedź będzie gotowa niebawem - zamierzał się z nim podzielić tym, gdzie wolałby spędzać te chwile, chociaż, musiał przyznać, że opisana wizja szachów z butelką wina, w sypialni była zbyt kusząca, aby móc jej odmówić, zbyć i nie przyjąć jako idealnego sposobu na zakończenie tego wieczora.
W normalnym stanie nie pozwoliłby sobie na tak pewne ujęcie za rękę, na pociągnięcie, na pierwszy ruch, którym było wstanie. Wydawałby mu się dziwnie zdesperowany, bo pewnie i taki był, ale jego pijany umysł był niesamowicie rozochocony wizją odrobiny prywatności, cokolwiek Erik miał przez to na myśli. Elliott wolał nie zakładać takich rzeczy, aby się nie rozczarować, mimo że jego umysł pogalopował już w o wiele dalsze zakamarki sypialnianych spraw niż partyjka szachów.
- No nie - jęknął, zawiedziony - Nie mów mi, że ktoś zrzucił mnie z piedestału? A liczyłem chociaż na uściśnięcie ręki prezesa - wywrócił oczyma, w teatralnym zawodzie, który starał się wyrazić, aby wzmocnić przekaz ironicznego żartu. Zaśmiał się krótko pod nosem na sam koniec, bo mimo wszystko, musiał przyznać, ktoś, kto zamienił Norę w bobra musiał mieć niesamowite poczucie humoru, być okropnie pijany lub jedno i drugie. Cały ten ambaras był niesamowicie w stylu jego dobrego przyjaciela Leviego, ale tego Elliott nie widział wśród gości, więc geniusz przemieniania Figg w zwierzę futerkowe musiał należeć do kogoś innego.
Nie miałby nic przeciwko wykładowi na temat tego jak Longbottom czuje się z określaniem go jako 'idealnego', aczkolwiek wolał nie naciskać, wiedział, że tego typu tematy potrafią o wiele intensywniej psuć atmosferę niż wspomnienie o Eden Malf- Lestrange, a to już osiągnięcie samo w sobie. Zamiast tego skupił się na zaczynającej żyć swoim życiem fryzurze Erika. Krótko ścięte kosmyki nie miały za wielkiego pola do popisu, ale definitywnie się starały, opadając w jednym miejscu, a w drugim, zamiast przylegać odpowiednio, odstawały tworząc hieroglify nieładu. Malfoy przekrzywił odrobinę głowę, podążając spojrzeniem za palcami rozmówcy, które znów zatopiły się we włosach, rozwalając je jeszcze intensywniej, co w poprzedniej fazie wydawało się już niemożliwe, acz, jak pokazały czyny, definitywnie się stało. Bez dłuższej chwili zastanowienia, pozwalając umysłowi brylować pomiędzy słabymi resztkami kontrolowania swojej pozycji, aby nie rozjechać się na kanapie jak rozdeptana żaba, a słodkim upojeniem, które wciąż przepełniało jego skąpany w alkoholu krwiobieg, sięgnął dłonią do odstających kosmyków, przyklepując je delikatnie.
- Najlepiej wyglądałbyś bez... - ta rozmowa definitywnie wymykała się spod kontroli, czy tego żałował? Niekoniecznie. Chcąc zasiać odrobinę chaosu spojrzał prosto w oczy rozmówcy, robiąc długą pauzę, zupełnie jakby po prostu miał na myśli, że Longbottom wyglądałby najlepiej bez żadnego odzienia (bo tak tez uważał) - tej tiary Ministra. Zasłaniałaby Ci oczy, poza tym ojciec zawsze narzekał, że niszczyła mu fryzurę. Twoja i bez tego wydaje się wywijać w każdą stronę. - oczywiście powiedział to w żartobliwym tonie, w swój, charakterystycznie uszczypliwy i dwuznaczny sposób, oddając tez całą tę relację w ręce losu, co być może nie było do niego podobne, ale jeżeli chciało się osiągnąć jakieś wyniki, które nie były krążeniem wokół siebie w półsłówkach, należało od czasu do czasu powiedzieć coś pewniejszego, nawet jeżeli z zabezpieczeniem.
Dopiero kolejne słowa Erika kompletnie strąciły Malfoya z pantałyku, znowu.
Zamrugał, kompletnie obnażając się w swoim skonfundowaniu przed gospodarzem, tracąc wcześniejszą przekore i filuterność, które pewnie okazywał zaledwie pare sekund temu. Serce mu odrobinę przyspieszyło, a w uszach dudniła resztka strumienia muzyki przebijającego się przez zaklęcia wyciszające. Nie uciekł spojrzeniem, po prostu tak patrzył na rozmówce, jakby ten zaraz miał dodać coś bardziej bezpośredniego do swojej wypowiedzi, zamienić szachy na...
Na litość Merlina, słowa. Potrzeba słów, a nie idiotycznego wpatrywania się w niego jak w obrazek, Malfoy.
Zamiast odpowiedzieć złapał go pewnie za rękę, trochę jakby znowu byli na szkolnych błoniach i mieli wracać do zamku, aby zrealizować jeden z młodzieńczych, brawurowych pomysłów. Zamiast tego jednak byli w czterech ścianach balu charytatywnego, uwięzieni w dobrze wyglądających, acz cholernie ograniczających garniturach. Teoretycznie nie różniło się to prawie niczym od mundurków, szat w jakie wciskali ich w Hogwarcie, ale krawaty czy muchy wykwintnych kolacji i imprez zdawały się ciązyć na ciele o wiele mocniej niż bordowe czy szmaragdowe barwy szkolnych ubrań.
Wstał, odrobinę tego żałując, bo gdyby nie złapał Erika za rękę prawdopodobnie bardzo szybko straciłby równowagę i wylądował znowu na kanapie, a dzięki lekkiej równowadze jaki dał mu usadowiony drugi mężczyzna, mógł zachować odrobinę swojej nadkruszonej godności.
- Być może łódką to nie będzie, chyba że macie tutaj jakieś jezioro, ale twoja druga wizja wydaje się niesamowicie prosta do zrealizowania, na wyciągniecie ręki. Zamiast przysypiać tu możemy ją po prostu zrealizować w twojej sypialni, gdzieś tu... - rozejrzał się po pomieszczeniu - gdzieś tu była butelka wina. Nie jestem pewien, czy pamiętam w tym stanie jak się gra w szachy? Ale możemy wymyślić nową taktykę. - czy brzmiał jak podekscytowane dziecko, któremu właśnie powiedziało się, że zabierze się je do parku rozrywki? Jak najbardziej. Czy było to zaskakujące? Oczywiście.
Malfoy wydawał się tak pewny w swoim postanowieniu, że przez chwilę zapomniał, iż nie był u siebie w domu, że nie poprowadzi znajomego do góry po znanych schodach. Uświadomił go w tym widok przez okno, za którym widać było sad i rozświetlające go lampki.
- Ale, właściwie, to ty musisz prowadzić. Ja nie wiem jeszcze gdzie jest twoja sypialnia. - stwierdził ostatecznie, definitywnie skołowany, ale nie usiadł z powrotem, wciąż wyczekując reakcji. Znalazł spojrzeniem wino, więc tez na nim się skupił, chociaż postanowił je dopiero złapać, jeżeli wyruszą z Longbottomem na jakąkolwiek podróż na piętro.
W wyczekiwaniu postanowił jednak towarzysza zapewnić, że zrozumiał żart na temat wydania dwudziestu tysięcy galeonów na jeden wieczór spędzony w restauracji, który mógłby mieć i bez tego.
Uśmiechnął się pod nosem, delikatnie, trochę zawadiacko, jakby pozwalając wcześniejszej pewności powrócić na łono twarzy.
- Nic tak cennego nie przychodzi od tak, ale doceniam twoją kreatywność. Przyjmuję ten wniosek do realizacji i zapewniam, że odpowiedź będzie gotowa niebawem - zamierzał się z nim podzielić tym, gdzie wolałby spędzać te chwile, chociaż, musiał przyznać, że opisana wizja szachów z butelką wina, w sypialni była zbyt kusząca, aby móc jej odmówić, zbyć i nie przyjąć jako idealnego sposobu na zakończenie tego wieczora.
W normalnym stanie nie pozwoliłby sobie na tak pewne ujęcie za rękę, na pociągnięcie, na pierwszy ruch, którym było wstanie. Wydawałby mu się dziwnie zdesperowany, bo pewnie i taki był, ale jego pijany umysł był niesamowicie rozochocony wizją odrobiny prywatności, cokolwiek Erik miał przez to na myśli. Elliott wolał nie zakładać takich rzeczy, aby się nie rozczarować, mimo że jego umysł pogalopował już w o wiele dalsze zakamarki sypialnianych spraw niż partyjka szachów.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦