16.12.2025, 08:00 ✶
- Już zdecydowanie spokojniej, niż te pierwsze, mniej stresu i nerwów za kulisami - odpowiedział na pytania przyjaciół - Ale widownia wciąż pełna, a oklaski tak samo entuzjastyczne. Powinniście go zobaczyć - uśmiechnął się.
Rola Merlina była wymagająca fizycznie i och, jaka przyjemna do grania, ale początkową ekscytację nowością powoli zastępowała spokojna pewność i znajomość. Wciąż daleko było Hannibalowi do poczucia znudzenia. Wciąż łowił słuchem zaskoczone, gwałtowne wdechy z widowni, kiedy pierwsze uderzenie bicza spadało na jego plecy, wciąż z zapartym tchem liczył skrzydlate piruety Mathildy, których trudność wykonania mógł docenić tylko drugi tancerz.
- Słyszałem, że jeden z tych grzańców jest na whiskey, jestem ciekaw, jak to wyszło - wsadził nos po kolei w pozostałe dwa kubeczki i faktycznie, para unosząca się z jednego niemal szczypała w oczy. Z powrotem podniósł do ust ten słodki, który już napoczął - Dodałbym do niego... więcej cynamonu. I imbir. I Hestia ma rację, więcej zimowego klimatu.
Oparł policzek na dłoni i zapatrzył się w przestrzeń. Uwaga o śniegu przypomniała mu coś.
- Znacie ten przesąd, że pierwszy sen, który się śni w nowym miejscu się spełni? - zapytał nagle - Wyobraźcie sobie, że pierwszej nocy po przeprowadzce śniła mi się Spalona Noc.
Mówił podejrzanie spokojnie, jak na kogoś, kto właśnie sugerował, że tragedia z 8 września może się powtórzyć. Inna sprawa, że od tamtego czasu sny o Spalonej Nocy nie były dla niego niczym niezwykłym, zwłaszcza, kiedy spędzał noc samotnie. Ten jednak był trochę inny.
- Śniło mi się, że szedłem przez płonące miasto, ale było całkiem puste - Hannibal kontynuował równym, nieco nieobecnym tonem, trudno było powiedzieć, czy naprawdę tak zamyślony, czy udając dla efektu - Z nieba sypał popiół i było go coraz więcej i więcej, ale w pewnym momencie zorientowałem się, że to nie popiół, tylko śnieg pada. Więcej i więcej… aż przykrył to wszystko, ogień i sadzę, i zniszczenia… aż w końcu nie mogłem już odróżnić ulicy od chodnika i nawet kształtów kamienic, bo wszystko było białe. Kiedy spojrzałem za siebie, zobaczyłem, że nie zostawiam na nim śladów. Nawet najmniejszych… jakby mnie tam w ogóle nie było - urwał i przeniósł na nich spojrzenie, z którego trudno było cokolwiek wyczytać - Jak myślicie, co to może znaczyć?
Gdyby sam miał zinterpretować ten sen, nasuwały mu się wcale niewesołe wnioski. Może dlatego zdecydował się nim podzielić - w nadziei, że przyjaciele zaoferują lepsze wyjaśnienie, niż jego własne. A może po prostu grzane wino wypite na pusty żołądek sprawiało, że łatwiej mu przychodziły zwierzenia.
Tymczasem kelnerka doniosła ich dania. Trudno było przeżywać egzystencjalne rozterki nad rybą z frytkami, a jednak… Hannibal, głodny, wyrwany z zadumy i nie chcąc psuć atmosfery przy stole, sięgnął po widelec i po drugi kubeczek grzańca. Sen nie był jednym z tych, z których budził się zlany potem, ale wcale nie był pewien, czy ta wszechobecna biel była lepsza, jakby w ogóle nie istniał, ani on, ani spalone, wypatroszone z mieszkańców miasto...
Rola Merlina była wymagająca fizycznie i och, jaka przyjemna do grania, ale początkową ekscytację nowością powoli zastępowała spokojna pewność i znajomość. Wciąż daleko było Hannibalowi do poczucia znudzenia. Wciąż łowił słuchem zaskoczone, gwałtowne wdechy z widowni, kiedy pierwsze uderzenie bicza spadało na jego plecy, wciąż z zapartym tchem liczył skrzydlate piruety Mathildy, których trudność wykonania mógł docenić tylko drugi tancerz.
- Słyszałem, że jeden z tych grzańców jest na whiskey, jestem ciekaw, jak to wyszło - wsadził nos po kolei w pozostałe dwa kubeczki i faktycznie, para unosząca się z jednego niemal szczypała w oczy. Z powrotem podniósł do ust ten słodki, który już napoczął - Dodałbym do niego... więcej cynamonu. I imbir. I Hestia ma rację, więcej zimowego klimatu.
Oparł policzek na dłoni i zapatrzył się w przestrzeń. Uwaga o śniegu przypomniała mu coś.
- Znacie ten przesąd, że pierwszy sen, który się śni w nowym miejscu się spełni? - zapytał nagle - Wyobraźcie sobie, że pierwszej nocy po przeprowadzce śniła mi się Spalona Noc.
Mówił podejrzanie spokojnie, jak na kogoś, kto właśnie sugerował, że tragedia z 8 września może się powtórzyć. Inna sprawa, że od tamtego czasu sny o Spalonej Nocy nie były dla niego niczym niezwykłym, zwłaszcza, kiedy spędzał noc samotnie. Ten jednak był trochę inny.
- Śniło mi się, że szedłem przez płonące miasto, ale było całkiem puste - Hannibal kontynuował równym, nieco nieobecnym tonem, trudno było powiedzieć, czy naprawdę tak zamyślony, czy udając dla efektu - Z nieba sypał popiół i było go coraz więcej i więcej, ale w pewnym momencie zorientowałem się, że to nie popiół, tylko śnieg pada. Więcej i więcej… aż przykrył to wszystko, ogień i sadzę, i zniszczenia… aż w końcu nie mogłem już odróżnić ulicy od chodnika i nawet kształtów kamienic, bo wszystko było białe. Kiedy spojrzałem za siebie, zobaczyłem, że nie zostawiam na nim śladów. Nawet najmniejszych… jakby mnie tam w ogóle nie było - urwał i przeniósł na nich spojrzenie, z którego trudno było cokolwiek wyczytać - Jak myślicie, co to może znaczyć?
Gdyby sam miał zinterpretować ten sen, nasuwały mu się wcale niewesołe wnioski. Może dlatego zdecydował się nim podzielić - w nadziei, że przyjaciele zaoferują lepsze wyjaśnienie, niż jego własne. A może po prostu grzane wino wypite na pusty żołądek sprawiało, że łatwiej mu przychodziły zwierzenia.
Tymczasem kelnerka doniosła ich dania. Trudno było przeżywać egzystencjalne rozterki nad rybą z frytkami, a jednak… Hannibal, głodny, wyrwany z zadumy i nie chcąc psuć atmosfery przy stole, sięgnął po widelec i po drugi kubeczek grzańca. Sen nie był jednym z tych, z których budził się zlany potem, ale wcale nie był pewien, czy ta wszechobecna biel była lepsza, jakby w ogóle nie istniał, ani on, ani spalone, wypatroszone z mieszkańców miasto...