• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna Dziurawy Kocioł v
1 2 Dalej »
[11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy

[11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
15.12.2025, 21:24  ✶  
Zniknęliśmy sobie z życia na lata, a jednak kiedy wróciliśmy, wszystko wskoczyło na swoje miejsce z zadziwiającą łatwością. Zwolniła, więc zwolniłem. Zatrzymała się, więc ja też się zatrzymałem, instynktownie, jej rytm był moim rytmem, jakbym zawsze dokładnie wiedział, gdzie powinienem być. Zawsze tak było, nawet zanim sam to zauważyłem, czytałem ją z ruchów, z napięcia ramion, z oddechu, słowa nigdy nie były konieczne, automatycznie zrobiłem krok bliżej, ustawiając się bokiem, odruchowo, osłaniając ją od strony przechodzących ludzi. Nawet nie pomyślałem o tym świadomie, ciało zrobiło swoje, tak jak robiło to od lat, tyle tylko, że nigdy wcześniej wobec kogoś. Byłem większy, wyższy, cięższy i świat miał w zwyczaju odbijać się ode mnie, ale dopiero po chwili dotarło do mnie, że stanąłem tak, jakbym blokował dostęp do jej pleców, nie poprawiłem się jednak, nie było powodu. Parę osób obok zerknęło w naszą stronę, szybko odwracając wzrok. Znałem to spojrzenie - wysoki, postawny facet, blizny, ciężkie ramiona - dla obcych byłem potencjalnym problemem, dla niej byłem mężem.
„Żona”, proste słowo, a zmieniało wszystko - nie w tym tanim sensie, że ktoś mnie „naprawił”, po prostu pozwalałem jej wejść tam, gdzie inni nie mieli wstępu. Zawsze tak było, nawet kiedy byliśmy młodsi i udawaliśmy, że to tylko przyjaźń, niechęć lub coś jeszcze innego, już wtedy mówiliśmy sobie rzeczy, których nie mówi się byle komu. Może nie do końca tu, na ulicy, ale przy niej wszystko wyglądało inaczej, znikały stare nawyki, to odruchowe napięcie w barkach, które nosiłem latami jak drugi płaszcz. Zwłaszcza teraz, gdy nie musiałem budować dystansu, nie musiałem niczego ukrywać. Sięgała tam, gdzie niewielu miało dostęp, i robiła to bez wysiłku, jakby te miejsca zawsze były jej. Kiedyś tak było, teraz znowu było dokładnie tak samo, tylko już bez tej całej niepewności, bez nazw zastępczych.
Uśmiechnąłem się pod nosem, bo dobrze wiedziałem, że patrzyła tak intensywnie nie bez powodu, tylko jak zawsze wtedy, gdy coś było dla niej ważne - albo gdy chciała mnie rozbroić - mogłem wywracać oczami, ale działało to na mnie szybciej niż jakakolwiek klątwa. Przy niej wszystko działo się jakoś inaczej, chociaż wtedy, przed laty, jeszcze nie umiałem tego nazwać. Wiedziałem tylko, że Prudence potrafiła wytrącić mnie z toru, po którym zwykle się poruszałem. Z innymi ludźmi byłem inny, mentalnie zdystansowany, zewnętrznie prowokacyjny, przyzwyczajony do kontroli, przy niej jednak puszczały mi blokady - decyzje zapadały same, jakby ktoś wyłączał u mnie ten fragment głowy odpowiedzialny za analizę. Jeszcze niedawno „zawsze” i „nigdy” wydawały się pustymi pojęciami, a teraz miały wagę.
Prue nie podejmowała spontanicznych decyzji, wiedziałem o tym od zawsze, od pierwszych lat, kiedy jeszcze udawaliśmy przed sobą, że to tylko przyjaźń i że nic się pod spodem nie tli. A jednak wystarczyło, że byłem obok, a wszystko się w niej przestawiało, jakby ktoś jednym ruchem ręki zdejmował blokadę z mechanizmu. Widząc to, czułem znajome ukłucie w piersi - nie dumę, coś cichszego, współodpowiedzialność, może, albo zwyczajną świadomość, że kiedy jest przy mnie, pozwala sobie na więcej, bo wierzy, że jej nie pozwolę spaść. I nie pozwoliłbym, trzymaliśmy się razem. Niektóre relacje miały w sobie ciężar i intensywność, których nie dało się podrobić, nasza była właśnie taka, teraz nie trzeba było już niczego jednak pokrętnie nazywać ani udawać, nie byliśmy niczym „pomiędzy” - byliśmy małżeństwem, bliżej się nie dało. Pojęcia związane z byciem z kimś razem „na dobre i na złe” jeszcze niedawno brzmiały dla mnie jak żart, ale teraz przestały mnie drażnić. Zmieniło się coś zasadniczego - minęły lata, zniknęliśmy sobie z życia, a jednak kiedy znowu stanęliśmy obok siebie, wszystko wróciło na swoje miejsce.
Parsknąłem pod nosem, kiedy rzuciła to swoje o pamiętaniu do końca życia, bo znałem tę cechę aż za dobrze. Poznałem ją zbyt dobrze, żeby traktować to jak żart bez konsekwencji. Prue naprawdę pamiętała wszystko, potrafiła wrócić do takich rzeczy po latach, z idealnym wyczuciem momentu. Była jak archiwum z krwi i kości, tylko zamiast zakurzonych półek miała spojrzenie, którym potrafiła przypomnieć człowiekowi coś sprzed dekady w najmniej spodziewanym momencie.
- Świetnie. - Mruknąłem pod nosem, kręcąc lekko głową. - Czyli jeśli będzie obszydliwy, to będziemy mieli kolejne wspólne tlaumatyczne wspomnienie na zawsze. To balso cementuje związek. Lomantycznie. - Uśmiech sam wrócił mi na twarz, kiedy złapałem jej dłoń. Ten drobny gest wciąż działał na mnie zaskakująco mocno. Nie dlatego, że był czuły, tylko dlatego, że był oczywisty, naturalny, jakbyśmy nigdy nie przestali tego robić, tylko na chwilę się zagubili. Przypominało mi to czasy, kiedy jeszcze wszystko było proste, kiedy potrafiliśmy gadać godzinami o kompletnych bzdurach i najdziwniejszych myślach, jakby świat poza nami nie istniał. To wróciło szybciej, niż się spodziewałem - to nie było nowe, wróciło, jakby nigdy nie zniknęło, jakby te wszystkie lata rozłąki były tylko długą przerwą, a nie końcem. Rozumieliśmy się bez wysiłku, w pół zdania, w spojrzeniu, w drobnym geście dłoni, bez murów, bez tej starej czujności, którą nosiłem jak zbroję nawet wtedy, gdy nie było wojny.
Przy ladzie odruchowo ustawiłem się tak, żeby stać trochę za nią, trochę z boku, nawet się nad tym nie zastanawiałem, jej plecy znalazły się niemal pod moim barkiem, a ja zasłaniałem ją od tłumu, który napierał z tyłu. Nie robiłem tego demonstracyjnie, raczej instynktownie, jak coś, czego człowiek nauczył się sam nie wiedział, kiedy dokładnie, i już nie analizował. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że stawałem dokładnie w tej pozycji zawsze, kiedy gdzieś byliśmy publicznie, nawet jeśli nigdy tego ode mnie nie wymagała - to był odruch. Nie komentowałem tego, tylko zerknąłem po sali, oceniając sytuację.
Tłok był konkretny, ludzie nie tylko zajmowali krzesła, ale także stali przy stolikach, siedzieli na ławach, śmiali się za głośno, jakby próbowali zagadać ostatnie tygodnie strachu. Było tłoczno, głośno, żywo. Mieszkańcy wracali do swoich rytuałów, jakby świat nigdy się nie zatrzymał, jakby nie było pożarów, strachu, pustych ulic. Normalność miała tu smak grzanego wina - tego, które zamówiła dla nas Prudence, podczas gdy ja obserwowałem odbicie w mosiężnej listwie, wyłapując ruchy za nami. Barman podał kubki szybko, jakby nie miał najmniejszej ochoty przeciągać naszej obecności przy ladzie. Prue sięgnęła po oba, a ja już wiedziałem, że zaraz zacznie się rozglądać.
- Oczywiście. - Powiedziałem spokojnie, jakby załatwianie stolików w zatłoczonych pubach było moją drugą profesją. - Ty pilnuj gszańca, ja idę na łowy. Zobaczymy, czy chcemy tu zostać na kolację. - Przytaknąłem, bo to było całkiem logiczne. Odsunąłem się płynnie, wchodząc w tłum bez żadnego wysiłku, to było coś, co zawsze mnie bawiło - przy moim wzroście i masie powinienem się przeciskać, zahaczać, burzyć układ pomieszczenia, tymczasem poruszałem się jak cień, wsuwając się w luki, które same się przede mną otwierały. Rodzinny talent - wiedzieć, gdzie postawić stopę, kiedy skręcić barki, jak zniknąć na pół sekundy, żeby pojawić się dwa metry dalej. Ruszyłem w głąb sali bez pośpiechu, przeciskając się między ludźmi z tą swobodą, którą nabywało się po latach funkcjonowania w miejscach, gdzie przestrzeń osobista była luksusem. Rzuciłem kilka spojrzeń, krótkich i oceniających, od razu wyłapując, kto zaraz się zbiera, a kto dopiero zamówił kolejną rundę.
Dostrzegłem mały stolik przy ścianie, przy którym grupa właśnie się zbierała. Podszedłem bez pośpiechu, zdjąłem płaszcz i zawiesiłem go na oparciu krzesła ruchem, który nie pozostawiał pola do dyskusji. Spojrzałem na mężczyznę stojącego obok, niezbyt przyjemny typ, sądząc po twarzy, od razu poczułem nić porozumienia, gdy spotkaliśmy się wzrokiem. Nie powiedziałem ani słowa, a on kiwnął głową, jakby wszystko stało się dla niego nagle jasne, i odsunął się, zabierając resztę towarzystwa. Stolik był nasz, zostało przynieść grzańce i usiąść, co w tym tłumie mogło być wyzwaniem. Niewiele się namyślając, zostawiłem naszą „rezerwację”, kilka chwil później wyrastając u boku Prue.
- Mamy miejscówkę. - Poinformowałem, wyciągając do niej rękę, by poprowadzić nas przez zbitą masę ludzi, tym razem już nie jak cień, tylko jak naturalny taran, oczekując, że to inni się usuną. To nie było takie trudne.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5787), Prudence Fenwick (4533)




Wiadomości w tym wątku
[11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 12.12.2025, 23:33
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 13.12.2025, 02:05
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 14.12.2025, 19:32
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 14.12.2025, 22:43
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 15.12.2025, 01:36
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 15.12.2025, 21:24
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 16:10
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 02:01
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 21:22
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 03:01
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 18.12.2025, 18:04
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 19.12.2025, 02:04

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa