• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius

[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
16.12.2025, 04:01  ✶  
Nie planowałem tej rozmowy w takim kształcie, wydawało mi się raczej jasne, że Prue także nie - liczyła na spokój, wiedziałem to, zanim jeszcze to do mnie dotarło wprost, nim złożyłem fakty w coś, co dało się nazwać myślą, było w tym, jak siedziała przy oknie, w tym, jak jej ramiona na moment zesztywniały, gdy mnie zobaczyła, a potem powoli odpuściły, jakby uznała, że nie ma już sensu się bronić. Wieża astronomiczna była jej schronieniem, a ja wpadłem tu jak kamień wrzucony do wody, robiąc fale tam, gdzie miała być gładka tafla, tylko że zamiast mnie odprawić, zamiast zmarszczyć brwi i wyciągnąć całą listę powodów, dla których powinniśmy się nienawidzić konsekwentnie i do końca, została. A ja zostałem razem z nią.
Rogi na czapce poruszyły się, gdy poruszyłem głową. Udawałem, że tego nie zauważam, chociaż prawda była taka, że rejestrowałem każdy jej ruch, każdy moment, w którym jej spojrzenie wracało do mnie z tą niebezpieczną uwagą, od której robiło mi się za ciasno w klatce piersiowej. Wyglądała na zaskoczoną, ale też na… Zadowoloną, to było najbardziej dezorientujące. Nie spodziewała się, że będzie miło, ja też nie, a jednak rozmawialiśmy, jakby nikt nigdy nie wbił klina między nas, jakby ideologie nie miały zębów, jakby ojcowie nie rzucali cieni dłuższych niż korytarze Hogwartu. Słuchałem jej, naprawdę słuchałem, i łapałem się na tym, że entuzjazm przychodził mi naturalnie, bez tej zwyczajowej kalkulacji, czy aby na pewno nie dam jej amunicji na później. Patrzyłem na nią i wiedziałem, że nie przyszła tu po to, żeby mnie spotkać, ale niemal od razu znaleźliśmy wspólny język, rozmowa sama się składała, i może właśnie dlatego to spotkanie było tak niebezpiecznie dobre. To było najbardziej zdradliwe, ten sam rytm, co kiedyś, który pojawił się niespodziewanie między nami - to samo tempo, to samo poczucie, że dyskusja sama się niesie, bez wysiłku, i nie trzeba niczego udowadniać, nie trzeba wygrywać.
- Wiesz, raczej nie mogę się z tym zgodzić. Masz fatalny nawyk patrzenia na obiekty tak, jakbyś chciała je rozebrać na czynniki pierwsze. To czuć na milę. - To nie był przytyk, to było coś, co wypowiedziałem z uśmiechem na ustach, ale też w oczach. Pomyślałem, że gdyby ktoś zapytał mnie jeszcze godzinę wcześniej, czy możliwe jest, żebym tak stał, w tej czapce z idiotycznymi rogami, obok Prudence Bletchley i czuł się… Dobrze, parsknąłbym śmiechem. Teraz nie było mi do śmiechu, teraz było mi miękko.
Zmrużyłem oczy dokładnie w tym samym momencie co ona, jakbyśmy nadal mieli po trzynaście lat i odbijali od siebie gesty bezwiednie, zanim jeszcze zdążyliśmy je nazwać. Jej reakcja mnie rozbawiła, bo nie, nie mówiłem tego na kredyt ani z kurtuazji - zawsze wiedziałem, że była dobra w rzeczy niemożliwe, po prostu kiedyś łatwiej było mi to przyznać, a potem przyszły czasy, w których lepiej było udawać, że niczego nie zauważam.
- Nigdy nie mówiłem, że byłoby łatwo. - Rzuciłem z rozbrajającą swobodą. - Zresztą, walka z moimi „specjalnymi umiejętnościami” to sport dla ambitnych. Ty zawsze miałaś ambicje. - Uśmiech sam wpełzł mi na twarz, zanim zdążyłem go zatrzymać. - I tak. - Dodałem bez wahania, stukając palcem w róg czapki, który znów się poruszył. Rozmowa w tym tonie składała się sama, bez szarpania, bez tej gry w rywali, którą ostatnio uprawialiśmy z uporem godnym lepszej sprawy. - Absolutnie twierdzę, że jest uniwersalnie twarzowa. To kwestia postawy, nie cech wizualnych, ty też, gdybyś ją założyła, wyglądałabyś, jakbyś robiła to ironicznie. - Nie powiedziałem, że na niej wyglądałaby obłędnie, zostawiłem to w domyśle, tam, gdzie było bezpieczniej. Uśmiechnąłem się tylko, kiedy odwzajemniła uśmiech, i pozwoliłem rozmowie popłynąć dalej, w stronę nietoperzy, prawników i małżeńskich dramatów, które wcale nie były o nietoperzach - nie do końca, wiedzieliśmy to, prawda, w pewnym momencie te rozważania przestały być zupełnie bezsensowne, ale nie przestawaliśmy ich snuć. Słuchałem jej teorii z uwagą, kiwając głową, jakbym naprawdę rozważał każdy wariant.
Tak - gdy mówiła, słuchałem jej naprawdę, bez tej zwyczajowej kalkulacji, bez układania w głowie ripost, które mogłyby się przydać później, kiedy znów będziemy po przeciwnych stronach barykady. Oparłem się mocniej o kamień, chłodny, jakbyśmy byli na zewnątrz, nawet przez grube warstwy muru, i miałem absurdalne wrażenie, że ktoś na chwilę wyciągnął mnie z właściwego czasu, postawił obok niej w miejscu, gdzie wszystko było prostsze, jakbyśmy znowu byli tymi dzieciakami, które spotykały się bez planu, bez konsekwencji, bez lęku, że jutro ktoś zapamięta za dużo. Rozmowa o nietoperzach płynęła dalej, a ja pozwalałem sobie na ten luksus, żeby nie wracać myślami do tego, kim dla siebie jesteśmy na co dzień. Śmieszyło mnie, jak bardzo potrafiliśmy się w to wkręcić, jakby od tego zależały losy świata, a nie wyimaginowanego małżeństwa z problemami komunikacyjnymi.
- Prawnicy są absolutnie kluczowi.  Przyznałem z powagą, której sam się po sobie nie spodziewałem. Opierałem się o mur, kiwając głową z namysłem, jakbym naprawdę rozważał każdy punkt tej nietoperzej odysei. - Nietoperze mają fatalny gust do nieruchomości. Zawsze zabytki, zawsze obiekty chronione, zawsze miejsca, w których każdy gwóźdź wymaga siedmiu pozwoleń i trzech pieczątek, większych niż one same, to nie jest życie dla kogoś o słabych nerwach i bez zaplecza prawnego. - Uśmiech sam wrócił mi na usta, kiedy zaczęła opisywać panią nietoperzową. Zbyt znajomy obraz, zbyt dobrze narysowany, jakby widziała ją wyraźnie przed sobą. - Widzę to. - Mruknąłem. - Egzekutywa. Metody miękkie, ale skuteczne. Pan nietoperz nawet nie zauważa, kiedy podejmuje decyzje, które od początku były jej pomysłem. Cóż, to klasyk. On myśli, że jest głową rodziny, a tymczasem jest szyją. Bardzo zaangażowaną, bardzo oddaną szyją. - Wzruszyłem ramionami, trochę bezczelnie. Pokręciłem głową, jakby naprawdę widział przed oczami tę całą scenę, i przez moment zapomniałem, że to tylko metafora. Uśmiechnąłem się krzywo, bo w tej wizji było coś boleśnie znajomego. Ten motyw starania się dla kogoś tak bardzo, że zgadzasz się na wszystko, nawet jeśli nie do końca wiesz, czy to jest też twoje. Wiedziałem, jak to działa, wiedziałem aż za dobrze.
- Zmienianie kogoś po ślubie to słaby plan. To trochę jak narzekać, że miotła nie pływa, kiedy od początku było wiadomo, że służy do latania. Poza tym święta sprzyjają amnestiom fabularnym. - Wzruszyłem ramionami, zadowolony z tego, że w to weszła, jej wersja „przymknięcia oka” rozbawiła mnie bardziej, niż chciałem. - Ta alternatywa ma pewien sens. To bardzo sprytne. Każde czuje się wygrane, wszyscy zadowoleni, żyrandol wisi prosto, a ego pana nietoperza pozostaje nietknięte. Pasuje do modelu „wszyscy są szczęśliwi, bo nikt nie musi przyznać, że coś było nie tak”, ale masz rację, to rozwiązanie tymczasowe. Udawanie ma krótkie nogi, nawet u nietoperzy. To działa wyłącznie wtedy, kiedy oboje grają w tę samą grę. Inaczej wciąż kończy się cichą wojną domową i pasywno-agresywnym trzepotaniem skrzydeł. To by się mogło udać. - Przyznałem. - Na chwilę, ale ja jednak wolę wersję, w której pani nietoperzowa zmruży oko nie dlatego, że musi, tylko dlatego, że chce. A pan nietoperz nie udaje, że zrobił wszystko sam, tylko wie, że robią to razem. Wspólna dominacja świata brzmi znacznie stabilniej. Prawdziwa siła tkwi w tym, żeby ktoś spojrzał na krzywy żyrandol i powiedział „jest krzywo, ale to nie koniec świata”. - Zaśmiałem się cicho, ale zaraz spoważniałem, bo gdzieś między słowami usłyszałem coś więcej. Przesunąłem dłonią po karku, mimowolnie myśląc o tym, jak często ludzie próbują zmieniać siebie nawzajem, zamiast nauczyć się żyć z tym, co już jest.
- To byłaby odważna pani nietoperzowa. -  Pokręciłem głową, wyobrażając sobie tę panią nietoperzową, o której mówiła, i nie umknęło mi, jak bardzo była w tej opowieści konsekwentna, jak bardzo logiczna w swoich założeniach. Zawsze taka była, nawet w bajkach potrzebowała spójnej struktury. - Powiedzieć „mam swoje marzenia” ludziom, którzy już je zaplanowali za ciebie. Trudna rozmowa, ale czasem jedyna, która ma sens. - Powiedziałem. - Czasem trzeba powiedzieć, że prestiż to nie wszystko, adres nie ogrzeje w nocy. - Roześmiałem się krótko, parsknięciem. - Chociaż znam takich, którzy woleliby marznąć w złotym pałacu, niż być szczęśliwi w byle czym. - Nie musiałem dopowiadać, o kim myślałem - nazwiska wisiały w powietrzu jak kurz, i chociaż tego nie chciałem, podejrzewałem, że Prudence dopisywała mnie do tej listy, nawet jeśli przecież żadne z nas nigdy nie było „statystycznie typowe”. Skrajności zawsze były naszą specjalnością - albo wszystko, albo nic. Albo przyjaźń, albo wojna. Nigdy nic pomiędzy. A teraz tkwiliśmy dokładnie w tym „pomiędzy”, nieumiejętnie, nieporadnie, jakby nikt nas nie nauczył, jak się w nim poruszać. Słuchałem jej dalej i nagle dotarło do mnie coś, co było oczywiste od dawna, tylko zazwyczaj skutecznie to ignorowałem - te konfrontacje, te spięcia, to wzajemne drażnienie się nie były przypadkiem. To była jedyna forma kontaktu, na jaką sobie pozwoliliśmy, odkąd zabraliśmy sobie wszystko inne. Lepiej było się kłócić niż nie rozmawiać wcale.
- Klasyczny manewr dyplomatyczny. -  Stwierdziłem. - Dzieci jako broń masowego rozczulania. Nikt nie pamięta starych uraz, kiedy musi pilnować, żeby maluchy nie latały głową w dół nad kominkiem. - Machnąłem ręką, by to zademonstrować, jednocześnie obserwowałem, jak śnieg za oknem wiruje w świetle, jakby świat próbował nas odgrodzić od reszty. Biały puch zasypywał świat za szybą, odcinając go od nas grubą, białą kurtyną. Przez moment miałem wrażenie, że ta wieża naprawdę nie należała do Hogwartu, że była jakimś bocznym pokojem rzeczywistości, w którym nie obowiązują normalne zasady.
- Mankament to wada konstrukcyjna. - Odparłem. - To, co opisujesz, to różnica perspektyw. A z perspektywą da się pracować. Czasem wystarczy zmienić kąt. - Przełknąłem ślinę, ale na moich ustach pozostał ten mój firmowy półuśmiech. Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, bez pośpiechu, pozwalając sobie na ten jeden moment zbyt bezczelnej szczerości, zanim znów schowałem się za uniesieniem brwi.
„Gdybym naprawdę chciała Cię zepchnąć z tej wieży…”
Nie zaśmiałem się od razu - to było pierwsze, co zauważyłem, więc parsknąłem krótko, bez wesołości. Zazwyczaj reagowałem szybciej, odruchem, żartem, półuśmiechem, czymkolwiek, co zdejmowało ciężar z powietrza. Tym razem jednak słowa zdążyły we mnie osiąść, ciężkie i znajome, jakby ktoś położył mi dłoń dokładnie tam, gdzie zawsze udawałem, że nic nie ma. Oczywiście, że miała swoje metody, nigdy w to nie wątpiłem. Sunny nie była typem, który pchał ludzi z wież w przypływie emocji. Ona planowała, analizowała, wybierała moment. A jeśli już kogoś by się pozbywała, to raczej w sposób, który pozwoliłby jej spać spokojnie, z czystym sumieniem i doskonale logicznym uzasadnieniem. Z drugiej strony, przy sobie nawzajem nigdy nie byliśmy całkowicie przewidywalni, ta świadomość zawsze działała na mnie… Trzeźwiąco. I trochę pociągająco, jeśli miałem być uczciwy, a byłem, przynajmniej we własnej głowie.
- Wiem. - Odpowiedziałem w końcu spokojnie, bez kpiny. - I właśnie dlatego nie prowokuję cię bardziej, niż to absolutnie konieczne. Samozachowawczość to moja najbardziej niedoceniana cecha. Bardzo głęboko ukryta. - Uniósłem brew i zerknąłem na nią spod rzęs, pozwalając sobie na ten ułamek sekundy zbyt długiego spojrzenia. Jej pytanie… Nie, stwierdzenie, że gdyby naprawdę miała mnie serdecznie dość, nie siedziałaby obok mnie, trafiło dokładnie w punkt, którego starałem się nie dotykać. Przez ułamek sekundy spojrzałem na nią uważniej, zbyt uważnie, jakby próbując zapamiętać ten moment, zanim znów się rozpadnie na coś ostrzejszego.
- „Radzić sobie” brzmi, jakbyśmy mieli na to instrukcję obsługi. - Rzuciłem lekko. Poruszyłem stopą po kamiennej posadzce, kreśląc kolejny bezsensowny łuk po to, żeby nie stać całkiem nieruchomo. - Albo chociaż broszurę ostrzegawczą. A tymczasem wszystko, co mamy, to intuicja i dość kiepskie wyczucie momentu. - Wzruszyłem ramionami, jakby to była zwykła obserwacja, nic znaczącego, a nie coś, co układało mi się w głowie w zbyt spójny wzór.
Tak, te słowa utkwiły mi pod skórą, to „siedziałabym teraz obok ciebie” było zbyt konkretne, zbyt trafione, żeby je zbyć jednym żartem - to było zbyt osobiste, nawet jak na metaforę, więc oczywiście zrobiłem dokładnie to, co zawsze. Oparłem stopę o mur, skracając dystans o tyle, żeby było to jeszcze akceptowalne, a już wyraźnie zauważalne.
- To bardzo przekonujący argument. - Potrząsnąłem głową z tym rozbawieniem, które zawsze przychodziło mi zbyt łatwo w jej towarzystwie, jakbyśmy znów stali po tej samej stronie planszy, nawet jeśli plansza była krzywa, a zasady dawno się rozmyły. - Siedzenie obok mnie nie należy do twoich ulubionych aktywności, jeśli dobrze pamiętam. Masz raczej talent do strategicznego odsuwania się, a jednak wiesz, faktycznie, to zabawne. - Powiedziałem, przeciągając słowa leniwie. Uniosłem brew i zerknąłem na nią z boku, tym spojrzeniem, które pojawiało się samo, zanim zdążyłem je powstrzymać. Flirt? Być może. Wtedy jeszcze bym się z tym nie zgodził. - Ludzie, którzy naprawdę kogoś nienawidzą, robią wszystko, żeby się nie spotykać. Ty natomiast… Regularnie lądujesz dokładnie tam, gdzie ja. - Powiedziałem to swobodnie, bez nacisku, bez wielkich słów, jakby to była czysta obserwacja, statystyka, suchy fakt. - Powiedz mi coś, Sunny. - Rzuciłem niby od niechcenia, głosem lekkim, prawie rozbawionym. - To, co właśnie powiedziałaś… Tobie też to nie brzmi przypadkiem jak przyznanie się do tego, że może trochę lubisz naszą częstotliwość? Dla mnie, na przykład, to brzmi jak bardzo skomplikowany sposób powiedzenia „tak, Wish, jesteś irytujący, ale bez ciebie byłoby monotonnie”. - Rzuciłem lekko, opierając się wygodniej o mur. Nie planowałem flirtować - Merlin mi świadkiem, to też nie było w planie wieczoru - chciałem tylko utrzymać ten ton, tę równowagę, w której żadne z nas nie musiało się bronić. Tylko że z Prue nigdy nie istniała wersja „neutralna”, była tylko bliskość albo tarcie, a tarcie zawsze generowało ciepło.
- W każdym razie - podsumowałem lżej, odwróciłem wzrok, jakbym dopiero wtedy zorientował się, że zrobiło się… osobliwie - jeśli to jest radzenie sobie, to całkiem nieźle nam idzie. Jak na dwoje ludzi, którzy teoretycznie powinni trzymać się od siebie jak najdalej, jeszcze się nie pozabijaliśmy. - Na sekundę znów spojrzałem w śnieg za oknem, jakbym naprawdę nie przywiązywał do tego wagi, chociaż doskonale wiedziałem, że pod skórą zrobiło mi się nieprzyjemnie ciepło.
Śnieg za oknem padał gęsto. Patrzyła na niego, a ja - nim się zorientowałem - znowu patrzyłem na nią, znowu przyszło to uczucie, że wszystko byłoby prostsze, gdybyśmy nigdy się nie poznali, tak, prostsze, ale też uboższe.
Podciągnięcie koszuli było impulsem, decyzją podjętą szybciej, niż rozsądek zdążył zaprotestować - to był ten sam gest, który wykonywałem setki razy w szatni, po meczach, bez myślenia, bez znaczenia. Tylko że tutaj, w tej wieży, pod jej spojrzeniem, nagle przestał być neutralny. Czułem chłód kamienia na plecach i coś zupełnie przeciwnego pod skórą, jakby powietrze zgęstniało za bardzo. Sun zawsze była zła w kłamaniu ciałem, właśnie dlatego nie odwróciłem wzroku od razu, chociaż rozsądek krzyczał, że powinienem. Zamiast tego pozwoliłem sobie na ten jeden, niepotrzebny moment, w którym byłem boleśnie świadomy, że to - czymkolwiek to było tego wieczoru - przez ten moment działało w obie strony. To spojrzenie było inne niż wszystkie inne, przy kimkolwiek innym byłoby paliwem, przy niej było dezorientujące. Przesunąłem dłonią po krawędzi parapetu, czując pod palcami chłód kamienia. Siedzieliśmy obok siebie, bliżej, niż powinienem był dopuścić, i doskonale o tym wiedziałem, gdyby to była jakakolwiek inna dziewczyna, już dawno bym się pochylił, sprawdził granice, przesunął rozmowę w inną stronę. Prudence jednak była wyjątkiem, zawsze była, wbrew pozorom, przy niej nie chodziło o to, żeby wygrać, tylko żeby zrozumieć, dlaczego w ogóle gramy w tę samą grę. Nigdy bym się do tego nie przyznał, przed sobą też było to trudne, ale prawdziwe - ja też pojawiałem się w jej przestrzeni, też to robiłem, też nie byłem odporny na nasze spotkania, może nie zawsze, ale czasami rzeczywiście ich chciałem - tej uwagi, zainteresowania, błysku w oczach Prue, choćby nawet był on poirytowany. To obojętności nie chciałem, nawet jeśli jednocześnie drażniło mnie moje własne wybijanie się przy niej z rytmu.
- Dramatyczne wypadki są wpisane w pakiet. Gdyby Quidditch był bezpieczny, połowa Gryffindoru straciłaby sens istnienia. - Pokręciłem głową, jej troska była wyczuwalna, nie powinna była być, a jednak była, i to właśnie drażniło mnie najbardziej, bo uruchamiało kolejne stare mechanizmy, których nie chciałem dziś włączać. - Fachowe oko już na to patrzyło. - Dodałem z nonszalancją. - Moje własne. I uznało, że nie ma sensu robić z tego dramatu. - Przesunąłem dłonią po miejscu, gdzie siniak był najbardziej czuły, bardziej po to, żeby mieć co zrobić z rękami, niż z potrzeby. Dopiero wtedy opuściłem koszulę, powoli, jakby przeciąganie tej chwili było rozsądne, chociaż doskonale wiedziałem, że nie jest. Materiał przyległ do skóry, a ja poczułem ulgę i coś na kształt rozczarowania jednocześnie, klasyka. Pokręciłem głową, parskając cicho, ale spojrzenie uciekło mi na bok, bo jej ton był zbyt znajomy.
- Ósemka? To pięć na dziesięć. Może pięć z kawałkiem. Ósemka to byłaby przesada. Wiesz, że mam wysoką tolerancję na ból. Obiecuję, że nie umrę w wieży astronomicznej. To byłoby strasznie melodramatyczne, nawet jak na mnie. - Odpowiedziałem, dziwnie na jednym wydechu, zanim zdążyła mnie naprawdę zbesztać. Chociaż teoretycznie już nie powinna mieć do tego prawa, ta część ustaleń między nami już dawno wygasła, ale z jakiegoś powodu miałem wrażenie, jakby wcale tak nie było. Widziałem to w jej oczach, zanim jeszcze przestała mówić - ten rodzaj skupienia, który pamiętałem z czasów, gdy oboje mieliśmy brudne kolana i za dużo wolnego czasu. To nie było spojrzenie rywalki, to było spojrzenie kogoś, kto wracał do rytmu, który ciało pamiętało lepiej niż głowa. I cholera, moje ciało też pamiętało to aż za dobrze. Zamilkłem na moment, pozwalając, by cisza zrobiła swoje. Śnieg dalej padał, a ja miałem wrażenie, że pod tą całą lekkością coś we mnie osiada ciężej, niż bym chciał przyznać. Nie było we mnie strachu, była nieostrożność podszyta czymś, co zbyt łatwo mogło zmienić się w pragnienie. Oparłem się wygodniej o mur, jakby rozmowa faktycznie dotyczyła wyłącznie abstrakcyjnych „predyspozycji”, a nie tego, że jej wzrok zdradzał znacznie więcej, niż chciała przyznać - widziała mnie. Nie w sensie fizycznym, chociaż i to było aż nadto oczywiste, ale w tym bardziej niebezpiecznym, tym, który zawsze sprawiał, że traciłem grunt pod nogami.
Uniósłem brew z wyraźnym rozbawieniem, kiedy padło to „nienajgorsze predyspozycje”, jakby właśnie wręczyła mi dyplom z bardzo oszczędną pieczątką uznania. Półuśmiech przyszedł mimowolnie, ten sam, który zwykle maskował fakt, że jej spojrzenie robiło ze mną rzeczy, których wolałbym dziś nie analizować. Było w tym coś więcej, cienka nić ciągnąca się od tamtych meczów, od jej obecności na trybunach, od momentów, w których robiłem rzeczy tylko dlatego, że wiedziałem, że patrzy.
- Wiesz, że to brzmi jak plan. Absurdalny, kompletnie niepraktyczny, czyli dokładnie taki, w który normalnie bym wszedł bez wahania, no, ale i… Wiem, że mamy święta i tak dalej, ale z tą racjonalnością to bym aż tak nie przesadzał. To dosyć długofalowy plan, co nie? I raczej skazany na porażkę z perspektywy czasu. Mógłbym chwilę powisieć, ale co dalej? To góra godzina, może dwie, wiszenia, nawet dla kogoś tak przystosowanego, jak ja. A egzamin końcowy na pewno trwa z dziesięć, dwanaście godzin. - Stwierdziłem z udawaną powagą. - Potem byłoby „Rookwood, Aloysius B. Stan: lekko zdezorientowany. Pozycja: kompletnie nieergonomiczna. Wnioski: nie stworzony do wiszenia głową w dół, ale uparcie próbuje”. - Machnąłem ręką, jakbym już widział ten raport końcowy. - Poza tym nie udawaj, przyszłabyś w nadziei, że spadnę i rozwalę sobie głowę, a nie po to, by być moim kibicem. To też w porządku, wiesz, może nie trzymanie kciuków za mój upadek, ale upadki są śmieszne - dodałem swobodnie - jak będę naprawdę liczył na entuzjazm, pójdę po opinię do trybun Gryffindoru. Tam zawsze będę legendą. - Uniosłem podbródek, triumfalnie, chociaż nie tego bym sobie tak naprawdę życzył.
A potem przeszliśmy do dalszych życzeń, wciąż w ten sposób, który wzbudzał we mnie wszystkie możliwe reakcje, chaotyczne i mieszane.
„Na pewno będziesz w stanie spełniać czyjeś życzenia.” Parsknąłem cicho, kręcąc głową, jakbym właśnie usłyszał coś rozbrajająco logicznego, a nie zdanie, które powinno mnie natychmiast postawić do pionu - coś zabawnego, a nie zdanie, które bezceremonialnie wsadziło palce pod żebra i nacisnęło dokładnie tam, gdzie zwykle udawałem, że nic nie ma. To był ten moment, w którym żart przestawał wystarczać, a ja i tak próbowałem go użyć jak plasterka na złamaną kość.
- Ostrożnie z takimi opiniami. - Rzuciłem półżartem. Uśmiech był na miejscu - wyuczony, dokładnie ten sam, którym zwykle gasiłem podobne komentarze, ale tym razem poczułem pod nim coś zupełnie innego. Odwróciłem wzrok, niby bezwiednie, ale jej spojrzenie nie było lekkie, było uważne, pewne, jakby naprawdę widziała mnie takim, jakim byłem wtedy, kiedy komuś zależało mi za bardzo, a ja to pamiętałem aż za dobrze. - Jeszcze ktoś uwierzy, że robię to z czystego altruizmu, a nie z chronicznej nieumiejętności odpuszczania. - Nie spojrzałem na nią od razu. Bałem się, że zobaczy w moich oczach coś, czego wcale nie chciałem wypowiadać na głos. Życzenia, nawet te niewypowiedziane, miały zbyt długą pamięć, a ja dobrze wiedziałem, że przy Sunny zawsze byłem niebezpiecznie skłonny brać je za swoje lub - co gorsza - nasze.
- Widzisz, problem z życzeniami polega na tym, że brzmią pięknie tylko do momentu, w którym zaczynasz je realizować. - Powiedziałem spokojniej, nie wiedzieć, czemu zagłębiając się w temat, zamiast go zmienić albo olać. Nie miałem pojęcia, czemu to robiłem. - Potem nagle okazuje się, że były skrótem myślowym. Albo kompromisem. Albo czyjąś próbą, żeby nie powiedzieć prawdy wprost. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, to był odruch stary jak ja sam, zawsze tak robiłem, kiedy coś zaczynało mnie uwierać - tak samo jak zawsze miałem tę cholerną skłonność do robienia z cudzych pragnień własnej misji, do brania na siebie rzeczy, o które nikt wprost nie prosił, ale które wydawały się oczywiste. Spełnianie życzeń brzmiało jednak romantycznie tylko w opowieściach, w rzeczywistości to była raczej gra w ciemno. Zwłaszcza te niewypowiedziane… One były najgorsze, zmiennokształtne, potrafiły wyglądać na coś zupełnie innego, niż to, czym były w środku. Przesunąłem dłonią po karku - kolejny stary gest - zupełnie niepotrzebny, a jednak konieczny, żeby gdzieś ulokować napięcie. Pod skórą wcale nie było mi lekko, bo wiedziałem aż za dobrze, że kiedyś była dla mnie tym życzeniem, i że właśnie dlatego teraz wolałem udawać, że to tylko filozoficzna rozmowa w wieży, a nie coś, co wciąż potrafiło zachwiać moją równowagą.
- Legilimencja to - przeciągnąłem językiem po zębach, jakbym szukał właściwego słowa, a potem wzruszyłem ramionami - oszustwo. Skrót, by zajrzeć komuś do głowy i udawać, że rozumie się jego pragnienia. A pragnienia nie działają wprost. Czasem to, co ktoś myśli, że chce, jest tylko bezpieczną wersją prawdy. Najbardziej niebezpieczne pragnienia są schowane głębiej. Tam, gdzie nawet właściciel nie chce zaglądać. - Oparłem łokcie o kolana, nachyliłem się odrobinę do przodu, jakbym rozważał to czysto teoretycznie, a nie dotykał miejsca, które nadal było zaskakująco czułe. Zamilkłem na moment, pozwalając, by cisza zrobiła to, czego ja nie chciałem robić słowami. Spojrzałem na nią spod rzęs, bez tej całej teatralnej nonszalancji, tylko na krótką sekundę. To ostatnie zdanie zawisło między nami niebezpiecznie blisko prawdy, więc od razu je obudowałem ironią, jak zawsze.
- Poza tym. - Dodałem, znów trochę lżej. - Spełnianie marzeń to kiepski pomysł na hobby. Ludzie mają tendencję do zmieniania zdania. Albo do żałowania tego, co dostali. A ja naprawdę nie potrzebuję kolejnych powodów, żeby ktoś patrzył na mnie z pretensją, dlatego celuję tylko w te spełnialne życzenia i jestem w tym zajebiście skuteczny, masz rację, życzenia właściwych ludzi spełniam bezapelacyjnie skutecznie. - Tyle że wiedziałem, że to nie cała prawda. Prawda była taka, że kiedyś spełniałem jej życzenia bez pytania, bez wahania, bez kalkulacji. I zrobiłbym to znowu, gdybym tylko pozwolił sobie na ten jeden krok za daleko, a potem… No, właśnie. To już nie było takie proste, jak kiedyś, przegapiliśmy ostatni moment na to, by cokolwiek naprawić. Wyprostowałem się z powrotem i znów wróciłem do półuśmiechu, jakbym zamknął klapę nad tym, co właśnie wypłynęło, po czym sięgnąłem po butelkę. Odchrząknąłem, opierając się mocniej o mur, jakbym potrzebował fizycznego oparcia, a gdy nasze palce się zetknęły, cofnąłem dłoń sekundę za późno - zbyt późno, by udawać, że nic się nie stało, zbyt wcześnie, by zrobić coś głupiego, nie w czas, jak zawsze w naszym przypadku, to było aż ironicznie wymowne - zawsze byliśmy w niewłaściwym punkcie w czasoprzestrzeni. To, że się spotkaliśmy, na chwilę nawiązując tamtą jedyną dobrą relację, było tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę. „Zobacz, co stracisz, nim będzie za późno i za wcześnie, zarazem.”
Poprawiłem się na parapecie, czując pod palcami chłód kamienia i, wraz z łykiem soku, odpychając tę myśl, by na nowo pozwalając sobie tę dziwną, niemal zapomnianą swobodę, która przychodziła tylko w jej obecności - taką, która nie miała nic wspólnego z miotłą ani z prędkością, raczej z tym, że przez chwilę nie musiałem być niczyim synem, reprezentantem nazwiska, rywalem, Gryfonem z krwi i kości. Mogłem być Wishem - tym, który kiedyś przynosił jej głupie pomysły zamiast sensownych odpowiedzi, tego wieczoru pijąc z nią sok dyniowy z wkładką, z jednego naczynia, jakbyśmy wcale nie byli sobie obcy. Sięgnąłem po butelkę, upiłem łyk i podałem ją Prue z powrotem, nie tłumacząc się z niczego. Czułem, jak alkohol rozlewa się przyjemnym ciepłem, kontrastując z zimnem kamienia i tym wszystkim wewnątrz mnie, co czułem, a czego nie chciałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (14755), Prudence Fenwick (9791)




Wiadomości w tym wątku
[Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 09.12.2025, 01:00
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 09.12.2025, 03:53
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 09.12.2025, 12:53
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 09.12.2025, 14:42
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 10.12.2025, 01:30
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 10.12.2025, 04:28
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 10.12.2025, 12:17
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 10.12.2025, 17:24
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 10.12.2025, 23:14
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 11.12.2025, 20:33
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 12.12.2025, 00:51
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 13.12.2025, 23:04
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Prudence Fenwick - 15.12.2025, 21:45
RE: [Yule 1957] how I Wish | Prudence & Aloysius - przez Benjy Fenwick - 16.12.2025, 04:01

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa