Coś stuknęło, najwyraźniej ktoś rozbił bombkę, Norka ustawiała wtedy jeden z wielkich półmisków na stole, więc nawet się nie odwróciła, to było normalne podczas świąt, szczególnie, gdy w jednym miejscu znajdowało się tak dużo ludzi, zawsze coś musiało paść na ziemię, stłuc się, pojawiały się straty, mniejsze lub większe. Longbottomowie na pewno byli na to przygotowani.
- Mabel? W Little Whinging, możemy więc dzisiaj zrobić sobie wieczór pełen kolorowych drinków, jutro ktoś mi ją tu podrzuci, ale w ludzkich godzinach, zdążymy więc nawet przespać ewentualnego kaca. - Spojrzała na Erika z blaskiem w oczach, oczywiście, że zamierzała w pełni wykorzystać jeden z nielicznych wieczorów, kiedy nie musiała być mamą na pełen etat i oczywiście, że to on miał jej w tym towarzyszyć, przecież był jej najlepszym przyjacielem, no kto inny odnalazłby się lepiej w tej roli, a wiedziała, że jak ona uwielbiał kolorowe drinki, już się postara stworzyć takie, żeby nie mógł jej odmówić.
- Jakby miało zabraknąć jedzenia, to na szybko coś wyczarujemy, wiesz, że to żaden problem, nic takiego, szybka sprawa, rachu ciachu i już. - Nie spodziewała się, że w ogóle istniała taka możliwość, jednak musiała jakoś uspokoić Brennę, miała ją, a w kuchni mało kto był w stanie jej dorównać - nie oszukujmy się, miała doświadczenie w karmieniu ludzi i to w ilościach zdecydowanie większych niż ta, jaka miała się tutaj dzisiaj pojawić. Przepracowała u Lizzy niezliczoną ilość godzin, wykarmiła tysiące ludzi, i przygotowywała jedzenie na naprawdę ogromnej ilości przyjęć. Nie ma szans, że zabraknie im jedzenia.
Odstawiła ostatni z półmisków, po czym spojrzała na Brennę. - To może ja zrobię grzańca, mam nową, wspaniałą recepturę, mam nadzieję, że Malwa mi wybaczy. - Wiedziała, że skrzatka Longbottomów miała zmysł bimbrownika i sama uwielbiała zajmować się alkoholem, ale nie tym razem.
Figgówna znalazła się w kuchni, rzuciła okiem na to, co robiła Millie, nie wchodziła jej jednak w drogę, dzisiaj nie musiała się zajmować ciastkami, zresztą swoje już upiekła i przyniosła.
Sięgnęła po wielki gar, do którego wlała jakieś dziesięć butelek wina, na taką ilość osób, potrzebowali ich naprawdę wiele, później dorzucała tam przypraw korzennych, miodu, goździków, dolała odrobinę soku malinowego, i mieszała, mieszała, aby mieć pewność, że wszystko na pewno będzie doskonałe. Przyjemny zapach grzańca zaczął ulatniać się po kuchni i zmierzał dalej, już niedługo przesiąknie nim cała Warownia.
Akcja nieudana