Cholera jasna, nie chciała go widzieć — i ta myśl była jak skurcz mięśnia, nagły, bezwzględny, wyrywający powietrze z płuc. Nie chciała patrzeć, zerkać ukradkiem, słyszeć tej obcej mowy, upstrzonej akcentem rosyjskiej melancholii, która niegdyś była jej tak boleśnie bliska, niemal domowa. Brzmiała jak echo dawnych wieczorów, gdy czytywała listy od babki, starannie składane, pachnące suszonymi ziołami i atramentem, oraz od ojca, który wrócił w piękne rejony bułgarskiej zieleni, w świat miękki i ciepły, zostawiając ją samą — tu, po tej stronie decyzji, w chłodzie cudzych ambicji. Została zamknięta w klatce sporządzonej z umów, zobowiązań i zjednań, pieprzonego Aristova i Karkaroffa, męskich ambicji rozciągniętych nad jej życiem jak ciężka kotara, nieprzepuszczająca światła. Czuła, jak to wszystko ją dusi, jak każdy dzień dokładał kolejną warstwę zmęczenia, kolejną rysę na dumie.
Wyrywała sobie włosy w bezsilnym geście, jakby mogła w ten sposób wyrwać z głowy tamtą decyzję, tamto „tak”, wypowiedziane zbyt łatwo, zbyt miękko, w chwili, gdy myślami wciąż była w tańcu, w obrocie ciał i spojrzeń, w pulsie Wiednia, z którego wróciła nieobecna, rozedrgana, podatna. Pluła w brodę losowi, sobie samej, temu, jak łatwo dała się poprowadzić, jak bardzo uwierzyła, że to przejściowe, że jeszcze zdąży się wymknąć. Teraz jednak emocje kotłowały się w niej jak burza bez ujścia — gniew mieszał się z tęsknotą, wstyd z żalem, a pod tym wszystkim pulsowała samotność, ciężka i lepka, przypominająca, że została tu nie dlatego, że chciała, lecz dlatego, że ktoś uznał to za stosowne.
— Naszej rodzinie? — Pogarda sączyła się z różanych warg tak naturalnie, że niemal przerażająco — jakby była substancją wrodzoną, krążącą w krwiobiegu od zawsze, czekającą tylko na odpowiedni moment, by wytrysnąć bez kontroli. Nie było żadnej „naszej” rodziny; nie istniała i nigdy istnieć nie miała, nie w tej konfiguracji, nie w tym układzie sił i ambicji. — Dbasz wszakże o swoje nazwisko, lecz nie dumy bułgarskiego padołu… — Zamiast tego miał być Aristov, jego chłodna obecność i ta podwładna baba, której wolnością były podróże po kontynencie, hotele pachnące obcymi perfumami i miasta, gdzie mogła oddychać bez ciężaru jego spojrzenia, bez codziennej kontroli i teatralnej troski. Tam mogła żyć — naprawdę żyć — szaleć w granicach własnych wyborów, wypuszczać z ust brzydkie słowa owiane metaforą, zrzucając winę na niego, na jego nazwisko, na jego ambicje, jakby to one były jedynym źródłem chaosu. A przecież gdzieś pod tą narracją tliła się gorzka świadomość, że to właśnie on był osią, wokół której wszystko się obracało, niewygodnym centrum jej gniewu i niespełnienia. — Сволочь, rządzisz mną niźli radzisz poradą, codziennością, czymkolwiek.
Głupi do szczętu, myślała z wyższością podszytą żalem, niezdolny pojąć, że nie była stworzona do roli dodatku, do bycia porcelanową figurką ustawioną na kominku cudzych aspiracji. Mogła kiedyś nosić jego nazwisko, mogła zostać jego żoną w pełnym tego słowa znaczeniu, ale nigdy posłuszną laleczką, nigdy cieniem przy jego boku. Kręgosłup moralny i emocjonalny był zbyt twardy, zbyt boleśnie ukształtowany przez podróże, straty i własne wybory, by zgodzić się na życie w klatce pozorów. Pogarda była więc tarczą i bronią jednocześnie — maską, za którą kryła się zraniona duma, i ostrzem, którym odcinała się od wizji przyszłości, jaka próbowała ją sobie przywłaszczyć.
— Na wspomnienie dnia wczorajszego i kolejnego! — Mogła wybaczyć niemal wszystko — drobne kłamstwa utkane z wygody, przemilczenia rodzące się z tchórzostwa, nawet zdrady lojalności wobec obietnic składanych półgłosem — lecz nie tak haniebnego policzka wymierzonego w środek jej godności. Trzymał pod jej nosem, bezwstydnie, obok ich wspólnego łóżka, zdjęcie jakiejś kobiety o obcym spojrzeniu i taniej obietnicy w rysach; relikt nocy, które nie miały prawa istnieć w przestrzeni, gdzie ona składała swoje zaufanie jak ofiarę. To było nie tylko okrucieństwo — to była premedytacja, demonstracja władzy i lekceważenia, akt brutalnej szczerości, który palił bardziej niż kłamstwo. — Wasi stronnicy nazywali mnie tańczącą kurtyzaną, a to mój pieprzony narzeczony puszcza się na lewo i prawo! — On nawet nie spróbował być ostrożny. Zostawił dowód, jakby chciał, by zobaczyła, by poczuła, by pękła. Nienawiść wezbrała w niej gwałtownie, gorąca i lepka, nasycona rozczarowaniem, które miało smak metalu na języku. Prychnęła krótko, odruchem obronnym, jakby chciała strząsnąć z siebie cudzy zapach i cudzą historię. Odsunęła się, unosząc zdjęcie w dłoni — ten nędzny prostokąt papieru stał się nagle symbolem wszystkiego, co utraciło sens. Pięknie je dewastując w dłoni. — Трахнуть тебя! Nienawidzę Cię!