16.12.2025, 14:49 ✶
Alexander nie do końca rozumiał o co jej się tak rzeczywiście rozchodzi. No bo z jednej strony, jakby nie patrzeć, odpychała go przy każdej okazji. A on nie był człowiekiem, który potrzebował dowartościować się prze boku kobiety. Chciała go odepchnąć, więc dawał się odepchnąć. Chciała się przyciągnąć, przytulić? To on nadal pozostawał zdystansowany. Bo ona potrzebowała czasu, on potrzebował czasu. Szkoda, tylko że czas nie zaleczał żadnych ran. Pozwalał się tylko z nimi pogodzić. Zapomnieć.
Bo w zasadzie skąd miał wiedzieć czego Lena od niego oczekuje? Nigdy w zasadzie nie usiedli i nie porozmawiali, nie szczerze, nie na ważne tematy. Dlatego tak krążyli wokół siebie, w nienawiści, w miłości. Zamknięci w swoich uczuciach jak w klatkach ze złota, wystraszeni? A może zbyt dumni, aby otworzyć sobie wzajemnie drzwi. A może to i to. Kto to wie? I nie tylko jej było tu źle, w obcym kraju, w kraju gdzie nie znali nikogo, gdzie byli z dala od swoich rodzin. Tęsknota za domem, zmuszenie do tego małżeństwa, rozumiał czemu Lena zachowywała się tak jak się zachowywała, ale miał ochotę powiedzieć jej, żeby dorosła. Nie jest małą dziewczynką, którą zesłano tu za karę. Miała przez większość czasu wolną rękę. Mogła robić co jej się żywnie podobało. Dlatego chyba mógł wymagać, aby raz na jakiś czas była mu posłuszna.
Alexander zacisnął pięści, aż jego knykcie zbielały od siły z jaką zaciskał dłonie. Dlaczego musiała być aż tak uparta!? Pieprzeni Karkaroffowie. Ich przeklęta duma. Jeszcze kiedyś jej upór przypieczętuje jego los. Dałby sobie za to rękę uciąć.
-Więc to tego oczekujesz!? Codzienności!? - wyrzucił z siebie ostro, stając nad nią, jakby próbował ją zastraszyć. Twarz nie wyrażała żadnych emocji. Była pusta, pozbawiona czegokolwiek. Nawet rumieńca. Czarne włosy, kontrastowały z jego bladą cerą, jakby same śniegi sybiru odstąpiły mu swojego śnieżnego koloru. -To jest to czego pragnie twoje serce? Poszanowania twojego nazwiska!? Twoje nazwisko będzie niedługo takie jak moje. Twój ród jest moim rodem. Chcesz większej autonomii? Chcesz wolnej ręki? Czy chcesz nas pogrążyć?
Głos jednak tym razem miał znacznie spokojniejszy. Ona jak nikt potrafiła wywrócić wszystko do góry nogami, wyprowadzić go z równowagi. Zatrząść jego światem. Wiedziała gdzie nadepnąć, aby zabolało, gdzie uderzyć, aby zabrać oddech. Oh i robiła to. Bez wahania, używała wszystkiego co mogła, aby zadać cios. A przecież mógł ją traktować jeszcze gorzej. Mógł na stałe zamknąć ją w tej złotej klatce, wyrzucić klucze i traktować ją jako wyposażenie domu. Mógł ją ukarać czymś co odbiłoby się na niej tak okrutnie, że straciłaby wszystko. Mógł jej zabronić występować. Mógł zabrać jej możliwość wyjazdów, zamknąć przed nią sceny całej europy, aby tylko pokazać jej gdzie jest jej miejsce. Mógł. A jednak nie zrobił tego. Nie zamknął jej w domu. Dał jej to czego chciała. Wolność.
Spojrzał jeszcze raz na zdjęcie, na kobietę, która mrugała do niego z kartki papieru. Ten cud, na te usta, te oczy, które znał tak dobrze. Na jej ciepło, które lgnęło do jego jego ciepła. A potem wrócił do Leny swoim spojrzeniem. Ta nienawiść, którą ją darzył podpowiadał mu, żeby ją udusić. Że ją ukarać. Żeby poczuła czym jest prawdziwy ból. Ale wiedział, że nawet jeśli zraniłby ją dotkliwie to bardziej odbiłoby się to na nim. Oczywiście nie potrzebował bezużytecznej żony. To o to chodzi. Nie o to, ze po prostu brakowałoby mu jej...
Zaraz jednak Lena wyrzuciła z siebie kolejne zdanie i Alexander cofnął się o krok osłupiały. Że co? Aristov przyłożył dłoń do twarzy, przejechał nią po swoim zaroście, aż znowu spojrzał Yelenie w oczy. Czy ona była niespełna rozumu?
-Она потеряла рассудок. - powiedział tylko, odwracając się do niej tyłem, aby się trochę uspokoić. Ona uważała, że on byłby w stanie ją zdradzić? Nienawidził ją. Oj tak. Całym swoim istnieniem, ale też całym swoim życiem kochał ją. Każdą komórką jego ciała. Kochał ją. Tym stwierdzeniem jeszcze bardziej go zraniła. Tylko bardziej wyprowadziła go z równowagi. Tylko bardziej go wkurwiła. -Czy ty, kretynko, uważasz, że ta kobieta na zdjęciu, jest moją kochanką?
Zapytał z udawanym spokojem, podchodząc do okna, za którym zaczynało świtać. Leniwe, poranne promienie słońca wpadały do sypialni, jak niechciani goście. Jakby chcieli zapytać czy chcą się dowiedzieć czegoś o ich zbawicielu Jezusie Chrystusie. Nie. Nie chcieli. Aristov odetchnął głęboko, zatrzymał powietrze w płucach na dłuższą chwilę, dopiero potem wypuszczając je ze świstem.
-Pomyśl przez chwilę. Czy gdybym miał kogoś na boku, kładłbym jej zdjęcie koło łóżka? Na widoku? Razem z liścikiem od niej? Czy ty próbujesz obrazić teraz moją inteligencję? Uważasz mnie za tak głupiego!? - Alexander oparł się o parapet, żaby zaraz uderzyć w niego otwartą dłonią. Próbował być cierpliwy. Próbował szczerze, ale jej odzywki, jej bezczelność dawały mu mocno w kość. Ponownie przesunął dłonią po swoich ustach, już zdecydowanie spokojniejszy. Zaraz odwrócił się do niej przodem, opierając się o uderzony wcześniej parapet. -To zdjęcie Anastazji. Mojej młodszej siostry. Adnotacja też jest od niej. Извини. - że nic Cie nie powiedziałem. Że tak o mnie pomyślałaś.
To przynajmniej trochę oczyściło atmosferę. Wybuchł z jego strony był oczyszczający. Nie pierwszy, nie ostatni. Ale on wiedziała, że nie skrzywdziłby jej. Że nigdy nie będzie w stanie jej zranić. A choćby podniósł na nią rękę, to sam ją sobie odetnie.
Bo w zasadzie skąd miał wiedzieć czego Lena od niego oczekuje? Nigdy w zasadzie nie usiedli i nie porozmawiali, nie szczerze, nie na ważne tematy. Dlatego tak krążyli wokół siebie, w nienawiści, w miłości. Zamknięci w swoich uczuciach jak w klatkach ze złota, wystraszeni? A może zbyt dumni, aby otworzyć sobie wzajemnie drzwi. A może to i to. Kto to wie? I nie tylko jej było tu źle, w obcym kraju, w kraju gdzie nie znali nikogo, gdzie byli z dala od swoich rodzin. Tęsknota za domem, zmuszenie do tego małżeństwa, rozumiał czemu Lena zachowywała się tak jak się zachowywała, ale miał ochotę powiedzieć jej, żeby dorosła. Nie jest małą dziewczynką, którą zesłano tu za karę. Miała przez większość czasu wolną rękę. Mogła robić co jej się żywnie podobało. Dlatego chyba mógł wymagać, aby raz na jakiś czas była mu posłuszna.
Alexander zacisnął pięści, aż jego knykcie zbielały od siły z jaką zaciskał dłonie. Dlaczego musiała być aż tak uparta!? Pieprzeni Karkaroffowie. Ich przeklęta duma. Jeszcze kiedyś jej upór przypieczętuje jego los. Dałby sobie za to rękę uciąć.
-Więc to tego oczekujesz!? Codzienności!? - wyrzucił z siebie ostro, stając nad nią, jakby próbował ją zastraszyć. Twarz nie wyrażała żadnych emocji. Była pusta, pozbawiona czegokolwiek. Nawet rumieńca. Czarne włosy, kontrastowały z jego bladą cerą, jakby same śniegi sybiru odstąpiły mu swojego śnieżnego koloru. -To jest to czego pragnie twoje serce? Poszanowania twojego nazwiska!? Twoje nazwisko będzie niedługo takie jak moje. Twój ród jest moim rodem. Chcesz większej autonomii? Chcesz wolnej ręki? Czy chcesz nas pogrążyć?
Głos jednak tym razem miał znacznie spokojniejszy. Ona jak nikt potrafiła wywrócić wszystko do góry nogami, wyprowadzić go z równowagi. Zatrząść jego światem. Wiedziała gdzie nadepnąć, aby zabolało, gdzie uderzyć, aby zabrać oddech. Oh i robiła to. Bez wahania, używała wszystkiego co mogła, aby zadać cios. A przecież mógł ją traktować jeszcze gorzej. Mógł na stałe zamknąć ją w tej złotej klatce, wyrzucić klucze i traktować ją jako wyposażenie domu. Mógł ją ukarać czymś co odbiłoby się na niej tak okrutnie, że straciłaby wszystko. Mógł jej zabronić występować. Mógł zabrać jej możliwość wyjazdów, zamknąć przed nią sceny całej europy, aby tylko pokazać jej gdzie jest jej miejsce. Mógł. A jednak nie zrobił tego. Nie zamknął jej w domu. Dał jej to czego chciała. Wolność.
Spojrzał jeszcze raz na zdjęcie, na kobietę, która mrugała do niego z kartki papieru. Ten cud, na te usta, te oczy, które znał tak dobrze. Na jej ciepło, które lgnęło do jego jego ciepła. A potem wrócił do Leny swoim spojrzeniem. Ta nienawiść, którą ją darzył podpowiadał mu, żeby ją udusić. Że ją ukarać. Żeby poczuła czym jest prawdziwy ból. Ale wiedział, że nawet jeśli zraniłby ją dotkliwie to bardziej odbiłoby się to na nim. Oczywiście nie potrzebował bezużytecznej żony. To o to chodzi. Nie o to, ze po prostu brakowałoby mu jej...
Zaraz jednak Lena wyrzuciła z siebie kolejne zdanie i Alexander cofnął się o krok osłupiały. Że co? Aristov przyłożył dłoń do twarzy, przejechał nią po swoim zaroście, aż znowu spojrzał Yelenie w oczy. Czy ona była niespełna rozumu?
-Она потеряла рассудок. - powiedział tylko, odwracając się do niej tyłem, aby się trochę uspokoić. Ona uważała, że on byłby w stanie ją zdradzić? Nienawidził ją. Oj tak. Całym swoim istnieniem, ale też całym swoim życiem kochał ją. Każdą komórką jego ciała. Kochał ją. Tym stwierdzeniem jeszcze bardziej go zraniła. Tylko bardziej wyprowadziła go z równowagi. Tylko bardziej go wkurwiła. -Czy ty, kretynko, uważasz, że ta kobieta na zdjęciu, jest moją kochanką?
Zapytał z udawanym spokojem, podchodząc do okna, za którym zaczynało świtać. Leniwe, poranne promienie słońca wpadały do sypialni, jak niechciani goście. Jakby chcieli zapytać czy chcą się dowiedzieć czegoś o ich zbawicielu Jezusie Chrystusie. Nie. Nie chcieli. Aristov odetchnął głęboko, zatrzymał powietrze w płucach na dłuższą chwilę, dopiero potem wypuszczając je ze świstem.
-Pomyśl przez chwilę. Czy gdybym miał kogoś na boku, kładłbym jej zdjęcie koło łóżka? Na widoku? Razem z liścikiem od niej? Czy ty próbujesz obrazić teraz moją inteligencję? Uważasz mnie za tak głupiego!? - Alexander oparł się o parapet, żaby zaraz uderzyć w niego otwartą dłonią. Próbował być cierpliwy. Próbował szczerze, ale jej odzywki, jej bezczelność dawały mu mocno w kość. Ponownie przesunął dłonią po swoich ustach, już zdecydowanie spokojniejszy. Zaraz odwrócił się do niej przodem, opierając się o uderzony wcześniej parapet. -To zdjęcie Anastazji. Mojej młodszej siostry. Adnotacja też jest od niej. Извини. - że nic Cie nie powiedziałem. Że tak o mnie pomyślałaś.
To przynajmniej trochę oczyściło atmosferę. Wybuchł z jego strony był oczyszczający. Nie pierwszy, nie ostatni. Ale on wiedziała, że nie skrzywdziłby jej. Że nigdy nie będzie w stanie jej zranić. A choćby podniósł na nią rękę, to sam ją sobie odetnie.