16.12.2025, 15:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2025, 23:59 przez Baldwin Malfoy.)
- W twoim przypadku to znaczy, że będziemy mieć bezmączne pierniczki.- Odparł całkiem skwaszonym tonem, próbując samemu dojść do tego, co to znaczy "odpowiedni lukier". Nie za gęsty, nie za rzadki. No genialnie. Tylko co dodawal wody - to za dużo, co sypał cukru do miski - to za mało. Ostatecznie skończył z największą miską jaką mieli w Necronomiconie i z ilością lukru nie na parę pierniczkowych ludzików, a całą cholerną armię.
Wszystko przez tą całą idiotkę Małgosię i pieprzonego Jasia. Tylko debil by się wpakował do chatki w całości zrobionej ze słodyczy i jeszcze zaczął zżerać parapety. Ale Frida absolutnie uwielbiała tą bajkę, uwielbiała sypać Rozalindzie okruszki udając że robi ścieżkę do domu, uwielbiała bawić się w Babe Jagę i zamykać lalki w piecu. Dobrze wiedziała, że samej jej do środka wchodzi nie wolno, ale lalki to co innego. Zresztą żadna nie miała lekkiego życia, poza Marią Antoniną.
Tak więc mała despotka zażyczyła sobie piernikowego domku. A kiedy niedobrzy rodzice zniszczyli to marzenie, to zażyczyła sobie pierniczków. Ale nie takich kupionych w pierwszej lepszej cukierni. Nie. Ponieważ panna Frida weszła w bunt sześciolatki i etap "ja wszystko sama" to cała kuchnia wyglądała aktualnie jak pobojowisko. Trochę rozsypanej mąki, kawałki ciasta przyklejone do blatu. No i ta zajebiscie wielka miska z lukrem, na którą Frida polowała od jakiegoś czasu.
Obserwował te nieszczęsne pierniczki w piecu, odliczając minuty do wolności. Ale nie. Oczywiście. Bogowie przewidzieli jego ambitny plan zejścia do Eurydyki i zarechotali. O naiwny.
Odetchnął cicho.
- No ale po co zaraz te łzy...- Powiedział tak łagodnie jak tylko potrafił. Głównie po to, żeby pochlipywanie nie zamieniło się w pełnoprawną rozpacz. Sięgnął po łyżkę z lukru. Wręczył ją ghoulce do oblizania, co rzeczywiście sytuację odrobinę poprawiło. Już nie szlochała, zbyt zajęta łakociem. No ale z drugą nie było tak prosto.
- To tylko głupie ciastka.- Mruknął cicho siostrze do ucha, obejmując ją lekko jedną ręką w pasie, a drugą machając różdżką.
Zaklęcia kuchenne nie były aż tak trudne, więc w ruch zaraz poszedł wałek i foremki. Gwiazdki, serduszka, choinki. Ułożyły się grzecznie na pustej blasze, po czym poszybowały do pieca.
- Zobaczysz, wyjdą najlepsze na całym Nokturnie.- Stwierdził nastawiajac stary budzik na mniej więcej tyle czasu ile trwało owe nieszczęsne siedem zdrowiasiek. Nie przerywał czułego głaskania wili po głowie, wplatając i wyplatając palce spomiędzy jej srebrzystych loków. Dobra. Przecież to pieczenie nie może być tak wykurwiście trudne, nie?
Popatrzył na blachę absolutnie sfajczonych pierniczków, zupełnie jakby gapienie się w nie, jak szpak w pizdę miało cokolwiek pomóc. Otóż nie pomogło.
- Ten przepis jest zjebany.- Oświadczył stanowczo wrzucając swoją kulinarną porażkę do zlewu. Przy okazji wziął wyczyszczoną do czysta łyżkę od Fridy, wrzucając ją razem z blachą. Łyżkę, nie Fridę. Tą wziął na ręce. Zignorował nawet fakt, że ghoulka jest cała od lukru lepka, bo co słodkiego nie trafiło do buzi wylądowało na policzkach, paluszkach, fartuszku a nawet nosku. Jak? Nie miał pojęcia.
- Dobra, tu potrzeba takiego wiesz Lorr... dorosłego pro. Idziemy do Malouelów. Madeleine na bank ma jakiś przepis, który nie wymaga składania w ofierze pierworodnych baranków.- oznajmił stanowczo, z pełną pogardą patrząc na uwalone mąką wydanie Czarownicy. Wredna sucz z tej Barbrey. Co by było jakby się zabrały za to pieczenie tuż przed Yule???
Wszystko przez tą całą idiotkę Małgosię i pieprzonego Jasia. Tylko debil by się wpakował do chatki w całości zrobionej ze słodyczy i jeszcze zaczął zżerać parapety. Ale Frida absolutnie uwielbiała tą bajkę, uwielbiała sypać Rozalindzie okruszki udając że robi ścieżkę do domu, uwielbiała bawić się w Babe Jagę i zamykać lalki w piecu. Dobrze wiedziała, że samej jej do środka wchodzi nie wolno, ale lalki to co innego. Zresztą żadna nie miała lekkiego życia, poza Marią Antoniną.
Tak więc mała despotka zażyczyła sobie piernikowego domku. A kiedy niedobrzy rodzice zniszczyli to marzenie, to zażyczyła sobie pierniczków. Ale nie takich kupionych w pierwszej lepszej cukierni. Nie. Ponieważ panna Frida weszła w bunt sześciolatki i etap "ja wszystko sama" to cała kuchnia wyglądała aktualnie jak pobojowisko. Trochę rozsypanej mąki, kawałki ciasta przyklejone do blatu. No i ta zajebiscie wielka miska z lukrem, na którą Frida polowała od jakiegoś czasu.
Obserwował te nieszczęsne pierniczki w piecu, odliczając minuty do wolności. Ale nie. Oczywiście. Bogowie przewidzieli jego ambitny plan zejścia do Eurydyki i zarechotali. O naiwny.
Odetchnął cicho.
- No ale po co zaraz te łzy...- Powiedział tak łagodnie jak tylko potrafił. Głównie po to, żeby pochlipywanie nie zamieniło się w pełnoprawną rozpacz. Sięgnął po łyżkę z lukru. Wręczył ją ghoulce do oblizania, co rzeczywiście sytuację odrobinę poprawiło. Już nie szlochała, zbyt zajęta łakociem. No ale z drugą nie było tak prosto.
- To tylko głupie ciastka.- Mruknął cicho siostrze do ucha, obejmując ją lekko jedną ręką w pasie, a drugą machając różdżką.
Zaklęcia kuchenne nie były aż tak trudne, więc w ruch zaraz poszedł wałek i foremki. Gwiazdki, serduszka, choinki. Ułożyły się grzecznie na pustej blasze, po czym poszybowały do pieca.
- Zobaczysz, wyjdą najlepsze na całym Nokturnie.- Stwierdził nastawiajac stary budzik na mniej więcej tyle czasu ile trwało owe nieszczęsne siedem zdrowiasiek. Nie przerywał czułego głaskania wili po głowie, wplatając i wyplatając palce spomiędzy jej srebrzystych loków. Dobra. Przecież to pieczenie nie może być tak wykurwiście trudne, nie?
Kolejna porcja pierniczków, co by Scarlett nie musiała jeść węgielków.
◉◉◉○○ Rzemiosło
◉◉◉○○ Rzemiosło
Rzut Z 1d100 - 27
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Popatrzył na blachę absolutnie sfajczonych pierniczków, zupełnie jakby gapienie się w nie, jak szpak w pizdę miało cokolwiek pomóc. Otóż nie pomogło.
- Ten przepis jest zjebany.- Oświadczył stanowczo wrzucając swoją kulinarną porażkę do zlewu. Przy okazji wziął wyczyszczoną do czysta łyżkę od Fridy, wrzucając ją razem z blachą. Łyżkę, nie Fridę. Tą wziął na ręce. Zignorował nawet fakt, że ghoulka jest cała od lukru lepka, bo co słodkiego nie trafiło do buzi wylądowało na policzkach, paluszkach, fartuszku a nawet nosku. Jak? Nie miał pojęcia.
- Dobra, tu potrzeba takiego wiesz Lorr... dorosłego pro. Idziemy do Malouelów. Madeleine na bank ma jakiś przepis, który nie wymaga składania w ofierze pierworodnych baranków.- oznajmił stanowczo, z pełną pogardą patrząc na uwalone mąką wydanie Czarownicy. Wredna sucz z tej Barbrey. Co by było jakby się zabrały za to pieczenie tuż przed Yule???