Konsekwencje Spalonej Nocy wdawały się we znaki wszystkim, a na pewno Victorii Lestrange, która od jej wybuchu tylko jednego dnia nie była w pracy i nie robiła kolejnych nadgodzin – bo poszła na pogrzeb. Teraz jednak zaczynała już odczuwać zmęczenie, które układało się na jej barkach, krzycząc coś o tym, że potrzebuje dnia wolnego… może jutro. Na dzisiaj już na szczęście pracę skończyła, problem polegał na tym, że miała jeszcze trochę do zrobienia poza domem, robiła zresztą mentalną listę, a odwiedziny u Rosierów były jednym z punktem. Utrzymywała z nimi kontakt mimo tego, że zaręczyny nie były już na tapecie po tragicznej śmierci jej byłego – co prawda nie rozmawiała z jego matką, której unikała, ale nie było sensu udawać, że nikt tu się z nikim nie zna. Nawet jeśli swojego byłego nie znosiła, tak samo jak jego mamusi, i nie była to tajemnica chyba dla nikogo, kto miał oczy, bo tam, gdzie pokazywali się razem, tam Victoria ulatniała się najszybciej jak tylko mogła albo z towarzystwa Rosiera, albo z całej imprezy. Na szczęście nie trwało to długo.
Jako, że grafik miała trochę napięty, nie przebrała się nawet, zjawiła się więc u Rosierów w mundurze, pozbyła się jedynie odznaki, którą miała teraz w kieszeni. To była w końcu wizyta zupełnie prywatna. Wyglądała zresztą na zmęczoną może nawet nie tyle całym dniem, co całym tygodniem, kiedy dawała z siebie więcej niż zwykle, bo tego wymagała sytuacja. Mało spała, a gdy już spała – śniły jej się różne rzeczy. Zwykle po eliksirach nasennych, a musiała się nimi posiłkować, tak jak zresztą ostatniej nocy, snów nie miała, tym razem jednak ją nawiedził: i był to całkiem miły sen. Śniła o śniegu, śniła o wspomnieniu zimy w Hogwarcie, kiedy Brenna wyciągnęła ją i Cynthię na błonia i urządziły sobie bitwę na śnieżki – zupełnie nie w stylu ślizgonek i jak zawsze dziwiono się, że zadają się z gryfonką. Victorii to nie przeszkadzało. Miłe wspomnienie, nawet jeśli potem leżała w tym śniegu całkowicie pokonana i mokra. Potrzebowała takich snów, bo i potrzebowała w tym życiu odrobinę ciepła i spokoju. Jakież to ironiczne – bo tak dosłownie jak i w przenośni.
Zapukała do drzwi i czekała grzecznie, aż otworzy jej skrzat. Już przy wejściu czuła słodki zapach, który aż wywracał jej w żołądku – tak pięknie pachniało chyba jakimś wypiekiem. A kiedy weszła to czuć to było jeszcze bardziej, zwłaszcza, gdy siedziała teraz w salonie i czekała, aż Analise przyniesie jej paczkę, po która przyszła.