Cóż to było — dwojakość rozterek dwóch zwaśnionych dusz, zderzenie, które powinno było eksplodować, a zamiast tego wygasło w połowie oddechu? Tylko tyle? Zdumienie osiadło w niej ciężarem nie mniejszym niż wcześniejsza furia. Ciało, jeszcze przed chwilą rozedrgane i gotowe na kolejne uderzenie emocji, nagle nie miało się o co oprzeć. Nie było wstrząsu, nie było wyczekiwanego pęknięcia, tej bolesnej iskry, która pozwala poczuć, że żyje się naprawdę — przez gniew, przez walkę, przez rozdarcie. Zamiast tego nastała cisza. Płaska, mdła, niemal obraźliwa w swej zwyczajności.
Aristov… tak po prostu odpuścił. Bez dramatycznego gestu, bez próby dominacji, bez tej charakterystycznej dla jemu podobnych potrzeby wygranej za wszelką cenę. Ech. Nuda. Myśl ta pojawiła się nieproszona, zabarwiona ironią i rozczarowaniem, które trudno było przed sobą ukryć. Przecież słyszała o nich tyle — o mężczyznach kroczących po cudzych granicach jak po własnym terytorium, o niszczeniu jako metodzie negocjacji, o dewastacji uczuć w imię kontroli i ambicji. O marszu naprzód, nawet po trupach, byle nie cofnąć się o krok.
— Skądże, do wyboru masz niewiele ponad dwie możliwości… Pokój i wojna, wszakże Twoja rodzina uwielbia to drugie ponad wszystko, racja? — Stał się nagle zbyt zwyczajny. Zbyt ludzki. Zbyt… cichy. Jakby cała ta burza, którą w niej rozpalił, była jednostronnym spektaklem, a on sam zszedł z widowni, zanim opadła kurtyna. Czuła w sobie irytację nie tyle nim, co pustką, którą po sobie zostawił — brakiem domknięcia, niedosytem konfliktu, który miał potencjał stać się czymś więcej niż tylko kolejną rysą na ich wspólnej osi czasu. — Mężczyźni… Nie bierz winy na siebie, gdy to mnie podsyca egoizm.
Dym wesoło kłębił się w powietrzu, osiadając miękką mgłą na krawędziach myśli, krążące wokół subtelnej sylwetki jej rozbawienia i szumu niewieściej zagwozdki, która nie chciała dać się uciszyć. Spodziewała się napaści, werbalnej rzezi, męskiej dominacji wyplutej z gardła z rosyjską twardością — a trafił się jej ktoś zaskakująco łagodny, niemal rozbrojony własną powściągliwością. Mięczak? Myśl była złośliwa, podszyta drwiną, lecz zarazem zdumieniem, bo przecież gdzieś w jej wyobrażeniu mężni Rosjanie nie składali broni tak łatwo. Gdzie się podziali, u licha, ci z legend i szeptów, z opowieści nasączonych dumą i przemocą?
— Anastazja… Źle wróży naszej znajomości, bywają niestrudzenie wredne… — Każda Ana bywała dosadnie wredna; jedną wręcz znała z szkoły i było torturą znosić jej płaskie wygibasy prostolinijności. Faktycznie do czasu, gdy ktoś się za nią nie wziął i niemalże naznaczył jej życiorys tragedią. Kontuzja, skrzydło szpitalne, a później rodzina straciła niemal wszystko. — Nakreślałam wizję was, mężczyzn obłudnych inną linią…
Koniuszek spalonego tytoniu opadł do szklanego naczynka, cicho, niemal ceremonialnie, a jej szarość spojrzenia wodziła za tym gestem z uważnością, która zdradzała więcej niż obojętność. Było w tym coś hipnotyzującego — obserwować, jak ogień gaśnie, zamiast wybuchać. Gdy się zbliżył, nie naruszył jej przestrzeni w sposób agresywny; po prostu położył się obok, jakby naturalnie, jakby świat nie wymagał już żadnych deklaracji. I zamarł. Ta cisza była osobliwa, gęsta, a jednocześnie zaskakująco bezpieczna. Wieczór przybrał ton poznawczy, niemal dokumentalny w swej szczerości. Mówił — dużo, rozwlekle, czasem chaotycznie — o życiu przeszłym, o dzieciństwie naznaczonym chłodem i dyscypliną, o wspomnieniach, które nie pachniały nostalgią, lecz przetrwaniem. Słuchała, z papierosem w palcach i półuśmiechem na ustach, ważąc każde słowo w myślach. I szczerze, bez triumfu czy wyższości, mogła przyznać przed sobą samą, że miała stokroć lepiej.
— Psychopaci, doprawdy… — Nie czuła współczucia wprost — raczej osobliwą ulgę, że tym razem nie musi się bronić, że nie jest zmuszana do roli przeciwnika. Emocje, zamiast eksplodować, układały się w leniwą spiralę, pozwalając jej oddychać. I może właśnie to było najbardziej niepokojące: że w tej miękkości, w tej nieoczekiwanej zwyczajności, znalazła coś, co wymykało się jej wcześniejszym oczekiwaniom. — Właściwie czym się zajmujesz, hm? Otwarcie, Aristov… — Dłuższe zakotwiczenie na nim wejrzenia; chwilowe smagnięcie czerni jego koszuli, lekko połyskującej w ciemnościach i pojedynczej świeci gdzieś z tyłu się tlącej.