16.12.2025, 21:13 ✶
Zgasił go jak papierosa.
Nie wiedział czym dla siebie byli?
Oczywiście. Łączyło ich tylko kilka lat mówienia sobie, że są dla siebie wszystkim. No ale w gruncie rzeczy co miał powiedzieć? Udawać, że mogliby być przyjaciółmi? Morfeusz miał już swoich przyjaciół. Bandę ludzi, która okazała się w każdym możliwym aspekcie ważniejsza od durnego Dolohova wyobrażającego sobie wspólny wyjazd do Ameryki. Miał swoją rodzinę, o którą dbał i zawsze wybierze spędzanie czasu z nimi. Nie dla Dolohova było w tej opowieści miejsce gwiazdki na jego niebie – był nią Anthony. Nie dla niego wyłożono nakrycia przy stole podczas yulowej kolacji w Warowni – siedzieli tam przyjaciele i rodzina, a Dolohov żadnym z nich nie był. Kim był? Jakąś kurwa zjawą z przeszłości. Wspomnieniem czegoś, czego Morfeusz wcale nie chciał mieć i podjął dość jednoznaczne decyzje. Pewnie łatwiej było udawać nieistnienie i mówić, że się nie wie takich oczywistych rzeczy, zamiast nazwać to otwarcie i mierzyć się później z tym, że kiedy miało się w garści wszystko o czym ten dureń z Praw Czasu marzył, jednocześnie skazywało się go na samotne picie wina w zaciszu gabinetu żeby łatwiej i szybciej zasnąć, bo wtedy nie trzyma było myśleć o spędzaniu kolejnej ważnej daty samotnie. Sam stosował to wyparcie. Gdyby się nie spotkali na tym nieszczęsnym weselu Blacków, robiłby to nadal.
Dolohov stał w bezruchu. Milczał. Obserwował swoją rękę, ale oczywiście kątem oka widział, jak Morfeusz zasłania lustro wiszące naprzeciw. Krew kapiąca do umywalki powoli ustawała, bo tak mocno zacisnął palce. W ranie nie mogło być żadnego szkła, bo ból stałby się teraz czymś absolutnie nie do zniesienia, a zamiast tego zmalał lekko – na przekór temu, czego Vasilij teraz potrzebował. Cokolwiek co mogło odciągnąć go od pierwszego skojarzenia ze słowami, jakie wypowiedział drugi z wieszczy, prawdopodobnie uratowałoby tę sytuację.
Nie ma sensu składać obietnic bez pokrycia.
Oczywiście. Dlaczego po tych wszystkich latach w ogóle przychodziło mu na myśl, że cokolwiek mogłoby działać inaczej? To była czysta desperacja. Każde słowo przelatujące przez jego głowę, skłaniające go do ponownego brodzenia w tym mule, cała ta miłość jaką żywił do tego człowieka i która paliła go teraz w gardło... Pewnie jakaś część niego nigdy się z tego nie wyleczy, ale nie musiał już sam siebie skazywać na cierpienie. Morfeusza dało się zerwać jak plaster, bo on nie potrafił odnaleźć się w takich sytuacjach. Nigdy tego nie potrafił. Ani kiedy byli w szkole, ani kiedy byli dorośli. Byli ze sobą w związku nie dlatego, że zobaczył Dolohova i postanowił go zdobyć – byli ze sobą w związku, bo z tych wymijających wypowiedzi koszmarnego buca Dolohov potrafił wyciągnąć prawdę, nazwać ją po imieniu i kiedy krzyknął nie sposób było tych słów zignorować. Byli ze sobą w związku, bo Dolohov to sobie wyszarpał, jak wszystko inne w swoim życiu. I teraz też mógłby to zrobić. Mógłby chwycić go za fraki w furii, w niemożliwym do stłumienia szale. Mógłby mu zachlapać ten kostium mnicha krwią i uderzać go rękoma drąc się tak długo, aż by tych szkaradnych, pozbawionych wyczucia słów nie wycofał, a później nie odgryzłby sobie języka za karę, że w ogóle śmiał śmieć.
Powiedz to! Powiedz! POWIEDZ, ŻE MNIE...!
Wszechświat znów rzucił monetą.
Nie zrobił tego. Zamiast tego suchą ręką przesunął po policzku, po którym spłynęła pierwsza z kilku łez. Cóż, nie udało mu się zachować tutaj twarzy. Nie potrafił. Brak kontroli był powodem, dlaczego zagrał z Peregrinusem w tak otwarte karty, chociaż nikt o zdrowych zmysłach nie przyznałby się obecnemu partnerowi do żywienia uczuć ukierunkowanych w kogoś, kto mógł być obiektem tak płomiennej zazdrości.
Szybko je wytarł. Przeczesał palcami włosy i głośno przełknął ślinę. Wsłuchał się w ciszę, udając przed samym sobą, że da się z niej wyłapać przytłumione dźwięki przyjęcia. Za moment uda, że idzie tam zamaskować się w towarzystwie, ale w rzeczywistości nie miał na to siły. Powie Annaleigh gdzie się zaszył i pójdzie zasnąć odurzony jej eliksirami i alkoholem w jej pokoju. Wpierw jednak, kompletnie ignorując wyciągniętą w jego kierunku rękę i prośbę, otworzył trzecią szufladę pod zlewem, żeby wyciągnąć z niej malutką ściereczkę i przyłożyć ją do rozcięcia. Następnie podniósł z podłogi maskę księżyca. Przygotowany w ten sposób, spojrzał na Morfeusza ponownie.
– Idę do swojej żony. – Powiedział to tak, jakby to miało być jakieś wyznanie. Jakby go nie truła latami. Jakby nie był gejem odkąd pamiętał. Jakby łączyła go z nią czerwona nić i pójście do niej było oczywistością. Jakby nie obdarła go z resztek godności i nie skrzywdziła okrutnie. Jakby to nie było oczywiste, że go wciąż mdli na myśl o obcowaniu z kobietą. A tych kilkanaście sekund kiedy Morfeusz bawił się w mówienie do niego wierszem, on zdążył już ułożyć sobie plan na resztę dnia. Ten plan obejmował udawanie, że nie poryczał się drugi raz w tym roku w łazience w posiadłości czystokrwistego rodu. Wszedł w rolę, której używał do brylowania na salonach. Ta rola była bezgranicznie zakochana w utlantowanej uzdrowicielce prowadzącej swój gabinet przy Alei Horyzontalnej i zapomniał kim jest Morfeusz Longbottom lata świetlne temu.
Nie wiedział czym dla siebie byli?
Oczywiście. Łączyło ich tylko kilka lat mówienia sobie, że są dla siebie wszystkim. No ale w gruncie rzeczy co miał powiedzieć? Udawać, że mogliby być przyjaciółmi? Morfeusz miał już swoich przyjaciół. Bandę ludzi, która okazała się w każdym możliwym aspekcie ważniejsza od durnego Dolohova wyobrażającego sobie wspólny wyjazd do Ameryki. Miał swoją rodzinę, o którą dbał i zawsze wybierze spędzanie czasu z nimi. Nie dla Dolohova było w tej opowieści miejsce gwiazdki na jego niebie – był nią Anthony. Nie dla niego wyłożono nakrycia przy stole podczas yulowej kolacji w Warowni – siedzieli tam przyjaciele i rodzina, a Dolohov żadnym z nich nie był. Kim był? Jakąś kurwa zjawą z przeszłości. Wspomnieniem czegoś, czego Morfeusz wcale nie chciał mieć i podjął dość jednoznaczne decyzje. Pewnie łatwiej było udawać nieistnienie i mówić, że się nie wie takich oczywistych rzeczy, zamiast nazwać to otwarcie i mierzyć się później z tym, że kiedy miało się w garści wszystko o czym ten dureń z Praw Czasu marzył, jednocześnie skazywało się go na samotne picie wina w zaciszu gabinetu żeby łatwiej i szybciej zasnąć, bo wtedy nie trzyma było myśleć o spędzaniu kolejnej ważnej daty samotnie. Sam stosował to wyparcie. Gdyby się nie spotkali na tym nieszczęsnym weselu Blacków, robiłby to nadal.
Dolohov stał w bezruchu. Milczał. Obserwował swoją rękę, ale oczywiście kątem oka widział, jak Morfeusz zasłania lustro wiszące naprzeciw. Krew kapiąca do umywalki powoli ustawała, bo tak mocno zacisnął palce. W ranie nie mogło być żadnego szkła, bo ból stałby się teraz czymś absolutnie nie do zniesienia, a zamiast tego zmalał lekko – na przekór temu, czego Vasilij teraz potrzebował. Cokolwiek co mogło odciągnąć go od pierwszego skojarzenia ze słowami, jakie wypowiedział drugi z wieszczy, prawdopodobnie uratowałoby tę sytuację.
Nie ma sensu składać obietnic bez pokrycia.
Oczywiście. Dlaczego po tych wszystkich latach w ogóle przychodziło mu na myśl, że cokolwiek mogłoby działać inaczej? To była czysta desperacja. Każde słowo przelatujące przez jego głowę, skłaniające go do ponownego brodzenia w tym mule, cała ta miłość jaką żywił do tego człowieka i która paliła go teraz w gardło... Pewnie jakaś część niego nigdy się z tego nie wyleczy, ale nie musiał już sam siebie skazywać na cierpienie. Morfeusza dało się zerwać jak plaster, bo on nie potrafił odnaleźć się w takich sytuacjach. Nigdy tego nie potrafił. Ani kiedy byli w szkole, ani kiedy byli dorośli. Byli ze sobą w związku nie dlatego, że zobaczył Dolohova i postanowił go zdobyć – byli ze sobą w związku, bo z tych wymijających wypowiedzi koszmarnego buca Dolohov potrafił wyciągnąć prawdę, nazwać ją po imieniu i kiedy krzyknął nie sposób było tych słów zignorować. Byli ze sobą w związku, bo Dolohov to sobie wyszarpał, jak wszystko inne w swoim życiu. I teraz też mógłby to zrobić. Mógłby chwycić go za fraki w furii, w niemożliwym do stłumienia szale. Mógłby mu zachlapać ten kostium mnicha krwią i uderzać go rękoma drąc się tak długo, aż by tych szkaradnych, pozbawionych wyczucia słów nie wycofał, a później nie odgryzłby sobie języka za karę, że w ogóle śmiał śmieć.
Powiedz to! Powiedz! POWIEDZ, ŻE MNIE...!
Wszechświat znów rzucił monetą.
Nie zrobił tego. Zamiast tego suchą ręką przesunął po policzku, po którym spłynęła pierwsza z kilku łez. Cóż, nie udało mu się zachować tutaj twarzy. Nie potrafił. Brak kontroli był powodem, dlaczego zagrał z Peregrinusem w tak otwarte karty, chociaż nikt o zdrowych zmysłach nie przyznałby się obecnemu partnerowi do żywienia uczuć ukierunkowanych w kogoś, kto mógł być obiektem tak płomiennej zazdrości.
Szybko je wytarł. Przeczesał palcami włosy i głośno przełknął ślinę. Wsłuchał się w ciszę, udając przed samym sobą, że da się z niej wyłapać przytłumione dźwięki przyjęcia. Za moment uda, że idzie tam zamaskować się w towarzystwie, ale w rzeczywistości nie miał na to siły. Powie Annaleigh gdzie się zaszył i pójdzie zasnąć odurzony jej eliksirami i alkoholem w jej pokoju. Wpierw jednak, kompletnie ignorując wyciągniętą w jego kierunku rękę i prośbę, otworzył trzecią szufladę pod zlewem, żeby wyciągnąć z niej malutką ściereczkę i przyłożyć ją do rozcięcia. Następnie podniósł z podłogi maskę księżyca. Przygotowany w ten sposób, spojrzał na Morfeusza ponownie.
– Idę do swojej żony. – Powiedział to tak, jakby to miało być jakieś wyznanie. Jakby go nie truła latami. Jakby nie był gejem odkąd pamiętał. Jakby łączyła go z nią czerwona nić i pójście do niej było oczywistością. Jakby nie obdarła go z resztek godności i nie skrzywdziła okrutnie. Jakby to nie było oczywiste, że go wciąż mdli na myśl o obcowaniu z kobietą. A tych kilkanaście sekund kiedy Morfeusz bawił się w mówienie do niego wierszem, on zdążył już ułożyć sobie plan na resztę dnia. Ten plan obejmował udawanie, że nie poryczał się drugi raz w tym roku w łazience w posiadłości czystokrwistego rodu. Wszedł w rolę, której używał do brylowania na salonach. Ta rola była bezgranicznie zakochana w utlantowanej uzdrowicielce prowadzącej swój gabinet przy Alei Horyzontalnej i zapomniał kim jest Morfeusz Longbottom lata świetlne temu.
with all due respect, which is none