— Nie, nie idziesz — oznajmił Morpheus. Mógł nie być tak charyzmatyczny, jak Vakel, nie miał do końca tej iskry, którą mieli ludzie dowodzący całymi drużynami bojowymi i zarządzali biurami, ale było w nim dość desperacji, żeby zatrzymać Dolohova. Razem ze słowami, poszło ciało. Oparł się barkiem drzwi, nie zamierzając przepuścić czarodzieja na drugą stronę. — Nie idziesz, dopóki mi nie powiesz, co próbujesz osiągnąć. Chyba, że po prostu sprawia ci przyjemność machanie mi przed nosem czymś, czego nigdy nie będę mieć. Oferta pracy, złośliwe odpowiedzi. Wszystko we w mnie krzyczy, że powinienem zabrać cię na parkiet, korzystając z masek, ten jeden raz z tobą publicznie zatańczyć, nakarmić diamentami i zabrać do siebie do domu i nigdy więcej nie wypuścić. Ale w tym momencie nawet nie mam domu, Vasilij. Więc nie, nie wyjdziemy stąd, nawet gdyby do drzwi dobijali się Śmierciożercy.
To nie był gniew. To była desperacja.
— Muszę wiedzieć, kim dla ciebie jestem. Bo po tylu latach mnie pocałowałeś i nie będę udawać, że mnie to nie dotknęło. Że każde twoje słowo nie jest kolejnym mieczem. A jeśli to jest to, czego chcesz, mojego cierpienia, to też mi powiedz, po prostu nie będę błagał o nic innego.
Jeśli chodziło o Vasilija, Morpheus był absolutnie żałosny. Dlatego właśnie, że w ostatecznym rachunku nie kochał go absolutnie nikt. Dlatego łapał się tej jedynej iskry, gdzie pojawiały się nagłe uczucia, szukając ciepła. Dlatego karmił swoją obsesję i był gotowy zostać szmatą do podłogi Dolohova, a jednocześnie próbował go odpychać, odbijając słowa swoim okrucieństwem, tworząc niespójny mur obronny z otworzonymi wrotami na znak poddaństwa. Dlatego, że w jego głowie Vasilij był księżniczką w zamku, która ma klucze do drzwi, po prostu nie chciała uratować swojego rycerza, bo nie był tego wart. Morpheus wiedział, że kochanie go było ciężką pracą, której nikt nie będzie się chciał nigdy podjąć nigdy więcej. I że nikt nigdy nie będzie kochał go, jak on kochał Vasilija.
Ta świadomość, chociaż znana od lat gdzieś głęboko, uderzyła w niego, jak rozpędzony pociąg. Zachłysnął się powietrzem i absolutnie rozsypał. Nie panował nad spazmami ręki, kolana poddały się, uderzając o posadzkę. Paciorki powstrzymywanych od miesięcy łez pociekły brzydkimi strumieniami.
— Ja i mój bóg — wypowiedziały bezwiednie jego usta. Nawet nie wiedział, że na głos, chociaż trudno to było nazwać głosem, gdy gardło było ściśnięte, jakby Vasilij rzucił na niego zaklęcie i odbierał mu oddech i mowę.
Realnie nie stanowił żadnej przeszkody ku drugiej stronie łazienki.