Łatwo było zauważyć, że to nie było jej środowisko, jej miejscem na ziemi były sterylne sale w szpitalu, a nie jakieś pole pełne śniegu w górach. Miotała się tutaj okropnie, chociaż i tak starała się nie pokazywać, jak bardzo tutaj nie pasuje. Jej gra aktorska była jednak naprawdę mierna i chyba każdy był w stanie to dostrzec, chociaż naprawdę próbowała sprawiać pozory. Z początku gotowanie, czy tam pieczenie, przygotowywanie posiłku niech będzie nie szło jej najgorzej, później jednak wydarzyła się ta drobna katastrofa, jakby coś lub ktoś chciało jej udowodnić, że nie ma na co liczyć, że nie będzie w stanie sobie tutaj poradzić. Ptak był za duży, albo to ona była za mała... jedno z dwóch, no, albo faktycznie debil naszykował to narzędzie na którym miała pracować.
Porozmawiali sobie o mniejszych ptakach, które mogłyby bardziej nadawać się do tego, żeby to ona się nimi zajmowała... to znaczy przygotowywała je do jedzenia, jednakże niestety indyk był najlepszym co mogło się im trafić, bo miał wykarmić najwięcej gęb, a w tym przypadku to było najważniejsze.
Później niby już było po wszystkim, ale skoro już znalazł się tuż obok niej, to stwierdziła, że czemu by go nie wykorzystać, poradził sobie z tym ptakiem dużo lepiej niż ona, miał pewny chwyt, przynajmniej nie będzie ryzykowała, że znowu jej się wymknie, to naprawdę doskonały pomysł, o ile się zgodzi. Nie wydawał się mieć nic przeciwko, nie uciekł w podskokach, no i wtedy zaczęła mu tłumaczyć, na czym miałoby polegać to jego nadziewanie, bo to wydawało jej się potrzebne, przy pierwszym wspomnieniu o nadzianiu chyba nie do końca załapał. No i mówiła, o wsadzaniu owoców w kuper indyka, bez zająknięcia, bez speszenia, bo gadali przecież o ich wspólnej kolacji, na pewno każdemu zależało na tym, aby była jak najbardziej smaczna.
Widziała, że patrzył to na ptaka, to na owoce, to na kuper. Nie wydawało się jej, aby było na co patrzeć - to była całkiem prosta sprawa, jeden szybki ruch i mieliby to z głowy, gdyby się odrobinę postarał, pewnie nawet nie musiałby się starać, wyglądał na kogoś kto miał dużo siły, no i działał precyzyjnie, widziała, jak wyłonił się znikąd i złapał niewspółpracujący rożen, z indykiem nie byłoby już takiego problemu, bo został dobrze nadziany na pal, teraz trzeba było tylko zadbać o to, aby nie był pusty w środku.
Podszedł nieco bliżej, to by oznaczało, że zamierzał wykonać zlecone przez nią zadanie, wspaniale, była skłonna się założyć, że jeśli miałaby zająć się tym sama, to dołączyłaby do tego ptaszora w tym ogniu, teraz nie musiało się to skończyć tak dramatycznie.
- Nie każę, nie dowodzę tu, to prośba. - Poprawiła go jeszcze, bo nie wydawało jej się, aby miała predyspozycje do wydawania poleceń, była tu od dzisiaj, po prostu zapytała go o to, czy ma chęć jej pomóc, nie rozkazywała mu.
Widziała jak patrzy na tę kupę mięsa, nie dziwiło jej to wcale, jeśli to był jego pierwszy raz, gdy miał ładować w kuper takie rzeczy... to mogło być to zastanawiające. Oczywiście, że tak. Nie odszedł, więc najwyraźniej nic nie stało na przeszkodzie, aby to zrobił. Doskonale.
- Musisz go trzymać i jednocześnie dopychać do końca, aż już nic więcej nie wejdzie, wtedy będzie idealnie. - Ton jej głosu był poważny, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak to brzmiało. Próbowała jednak zachować resztki godności, już teraz nie miała wyboru. Spoglądała na tego nieszczęsnego ptaszora. - Wystarczy chwila i będzie musiał dojść. - Wymsknęło jej się jeszcze okropnie niefortunnie.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control