Plotka zdecydowanie żyła własnym życiem, skoro nie było żadnego pierścionka, a jedynie sukienka. Albo, w przypadku Christophera, aż sukienka. Nie wiedziała co to była za dziewczyna, z którą poszedł wtedy na to wesele i chyba nie miało to większego znaczenia, skoro najwyraźniej ta znajomość niespecjalnie przetrwała, najwyraźniej w jakiś sposób wadziła tez Rosierowi, a przynajmniej Victoria odniosła takie wrażenie i nie planowała go więcej wypytywać o partnerkę z wesela Blacków, bo wiedziała już chyba wszystko. I jednocześnie doskonale rozumiała, że uszył dla tej dziewczyny sukienkę: chyba by go duma mocno ubodła, gdyby na takie wydarzenie poszła w kreacji jakiegoś innego autorstwa… Z drugiej strony gdy wysłał przed kilkoma dniami suknie Victorii, to nadmienił, że jest to tak późno, że zrozumie, jeśli pójdzie w czymś innym. Zupełnie jakby nie wiedział, że zdecydowaną większość szafy zajmowały sukienki jego autorstwa.
– Dwa? To niezbyt długo – to mniej-więcej tyle ile trwało jej narzeczeństwo z jego kuzynem. A później dokładnie tyle samo ile była zaręczona z Rookwoodem. Dwa miesiące okazywało się wiec jakąś dziwaczną granicą, może powinna zapytać numerologa (czyli Vasilija), czy ta dwójka to przypadkiem nie jest jakoś przeklęta. Lestrange uniosła brew (niestety, albo stety nie było to widoczne), kiedy Christopher zrobił tę dramatyczną pauzę, bo nie miała najlepszego zdania o tych mężczyznach, którzy nie potrafili najpierw zakończyć pierwszej relacji, by dopiero wtedy zająć się kolejną, ale wtedy historia dobiegła końca. I została zmuszona do zakrycia sobie ust dłonią, bo aż je otworzyła w zaskoczeniu.
Karczemna awantura za pokazanie się z ciotką. Na brodę Merlina – co to za popisy zazdrości? Czy ta dziewczyna była niespełna rozumu?
– Żartujesz? – odezwała się w końcu. – Ale wiedziała, że to twoja ciotka, prawda? – bo dopuszczała jeszcze możliwość, że z jakiegoś powodu nie wiedziała, ale jakoś nie wyobrażała sobie żeby w takim wypadku Chris robił z tą ciotką coś, co w ogóle zasługiwało na taką scenę zazdrości. Poza tym… jeśli nie wiedziała, to pewnie jej powiedział, nie? Victoria by powiedziała. A potem oczekiwałaby przeprosin. Co za absurd. W sumie to nie dziwiła się blondynowi, że się wymiksował z tej relacji, bo jak na początku były takie cyrki, to co dopiero później… – Ma chyba jakieś mocne problemy z zazdrością – skwitowała to ostatecznie. Rozumiała zazdrość, ona zwykle miała jakieś podłoże w danej osobie, w kompleksach, Victoria też je miała, choć wiele osób bardzo by się zdziwiło, ale taka awantura przechodziła jej zrozumienie. – Okej, wystarczy – trzeba było nie mieć za grosz godności i dumy, by przedstawiać się jakiejś innej dziewczynie jako narzeczona faceta, z którym ta przyszła… nie będąc nią. Rzeczywiście wariatka. – Co mogę powiedzieć… współczuję, o – zakończyła nieco kulawo, ale chciała trochę rozładować napięcie, miało to mieć więc nieco żartobliwy wydźwięk.
– Mogę się napić pierwsza, chodź – żeby mu udowodnić, że nie ma tam nic szalonego. I w ten właśnie sposób znaleźli się przy stole z przekąskami i drinkami, a Victoria sięgnęła po jednego z tych płonących. Cóż… ogień ją przyciągał. Kątem oka zobaczyła też fontannę z czekoladą i aż westchnęła. Za to mogła się dać pokroić. Zauważyła też stojących obok dwóch mężczyzn, z czego jeden nagle się oddalił.
!plonacedrinki