– Na pewno byłabym sensacją w biurze – już widziała te miny kolegów i komentarze, że bogatej damulce znowu się wywróciło w głowie, chociaż raczej miała opinię tej poukładanej i nadmiernie poważnej. Ale już czuła uwagi Atreusa, jeszcze gotowi by o nie drzeć koty i podkładać sobie raportowe świnie. Ostatecznie nie brała tego na poważnie, chociaż sądziła, że Christopher byłby w stanie taką suknię faktycznie uszyć. A potem po prostu uśmiechnęła się, nie siląc się bardzo na udawanie, jak bardzo to ona ma siłę na wszystko. Nie miała. I kiwnęła głową. Tak, była wykończona – minął zaledwie tydzień i to było cholernie za mało, żeby posprzątać cały ten bajzel. Mieli tropy, mieli pościgi, patrole, mieli trupy w zawalonych, spalonych budynkach, choć te już zdążono wyciągnąć spod ruin. Mieli mnóstwo strat materialnych, ale w ludziach też i… Cholera. Kiedy się odbiją? Victoria tego nie wiedziała. I ciągle nie miała czasu nawet zatroszczyć się o swoje zdrowie, a przecież nawdychała się tego gówna przez całą noc. Domowe sposoby trochę pomagały, ale to było trochę za mało. – Wpadłam – nie było to kłamstwo, bo faktycznie na Śmierciożerców wpadła. Na przynajmniej jednego. Ale też na jakichś zwolenników Voldemorta, nie była pewna kim oni byli, a jednego udało się aresztować, nim spalił siebie i okoliczny budynek. – Chyba można powiedzieć, że miałam szczęście – uśmiechnęła się blado, bo czy to faktycznie było szczęście? Śmierciożerca, na którego wpadła, nie próbował jej zaatakować, chociaż zastanawiała się jak bardzo mocno musiał się uderzyć w głowę, skoro zaczepił właśnie ją: aurorkę na służbie, o której cała Anglia wiedziała, że wlazła do Limbo i zmierzyła się tam z Voldemortem. Albo jak bardzo był zdesperowany… Było wtedy grubo po trzeciej w nocy i jechała już na oparach, jakoś bardzo wątpiła, czy jej reakcje byłyby odpowiednio szybkie gdyby doszło do walki, z drugiej strony tamten typ też już chyba był wykończony. Ale nie miało to większego znaczenia. Nie aresztowała go. Ale odmówiła mu też pomocy bardzo dobitnie, choć podobno był ciężko ranny. Może zdechł gdzieś w rowie.
– Najwyraźniej – przyznała, porzucając ten trudniejszy temat o Spalonej Nocy. – Jakoś nie kojarzyłam cię z gotowaniem i pieczeniem. Muszę teraz wszystko przewartościować – mówiła półżartem, bo też w sumie nie wiedziała, czy gotowanie to nie jest jakaś pasja Christophera, którą po prostu nigdy się nie chwalił, a nie chciała go też w żaden sposób urazić. Nie widziała nic złego w gotowaniu, sama próbowała… z marnymi skutkami.
– Ooooch, to to tak pachniało! Czułam nawet przed wejściem, ale nie umiałam tego do niczego dopasować – ożywiła się wyraźnie, kiedy po chwili wahania jednak zdecydowała się pójść za Chrisem, uznając, że jego matka przecież ją znajdzie. – Teraz już wiem. Zapach jak w Hogwarcie – po prostu jej głowa jakoś odmawiała skojarzenia puddingu świątecznego z połową września. – No no, wygląda imponująco – pochwaliła, gdy już znalazła się w kuchni. – Więc… na pewno nie jesteś cukiernikiem? – zaczepiła go lekko. – Wygląda na to, że czego się nie dotkniesz, to wychodzi idealnie – nie zwróciła nawet uwagi na bałagan. Trzymała teraz jedną dłoń na mostku, niby niezobowiązująco gładząc palcami swoją szyję, ale prawda była taka, że czuła znowu to irytujące drapanie w gardle i miała nadzieję, że to choć trochę załagodzi ewentualny kaszel.